Migawki
Karol, wieczny hipokryta. Zagorzały katolik, przykładny mąż, ojciec. Dla rodziny jest w stanie poświęcić wszystko, ukochał Boga i wierzy całym sercem. Czasami nawet mówi do żony „kochanie”. Wtedy, kiedy patrzą. Albo kiedy chwilę wcześniej groził, że ją zabije. Właśnie wrócił ze mszy, jego wzrok padł na kilka ziarenek na stole. Suszą się w oczekiwaniu na wiosnę, ale przecież nie mogą tutaj. Przeszkadzają, drażnią. Nie, nie w jego domu. Karol krzyczy, coś o pustych głowach i tym, że ją kiedyś zapierdoli. A jak ona nie zmądrzeje to on nawet po siekierę pójdzie. Właśnie, ona.
Magda. Zawsze chciała tylko spokojnie żyć. Mieć męża, dziecko, dom - standard. Jak się mieszka na wsi i pochodzi z wielodzietnej rodziny nie można wybrzydzać. Tym bardziej, gdy ma się wiele kilogramów nadwagi i okulary minus pięć dioptrii. Małżeństwo z rozsądku wydawało się jej pewnie jedynym wyjściem. Karol był miły, może niezbyt inteligentny, ale w końcu podstawówkę skończył i miał pracę. Żeby być listonoszem nie trzeba być specjalnie rozgarniętym, za to wtedy można stwarzać pozory wzorowego człowieka, niemal pozbawionego wad. Bo w tych czasach pijaństwo nie jest wadą. Na wsi piją wszyscy, ale nie wszystkich łapie potem policja. Magda nigdy nie dowiedziała się tego od niego. Karol widać uważał, że jeśli ON czegoś nie powie, to sprawy nie ma. Sprawy nie było też, gdy poroniła bo musiała mu pomagać w gospodarstwie, dźwigając ciężkie deski. Jak było przy drugim dziecku, tego już nie wiedział.
Wojtek. Bo tylko tyle udało mu się przeczytać z zapisków matki. Sam już nie wie, czy nie chciał czytać dalej czy po prostu nie mógł. On był tym trzecim, a więc teoretycznie miał największy fart. Niestety, tylko teoretycznie. Kim był teraz? Cholernie nieśmiałym nastolatkiem z dysgrafią i trzęsącymi się rękami. Nie, nie brał. Ręce trzęsły mu się, gdyż w dzieciństwie zasłaniał się nimi przed pasem ojca. Czasem zasłaniał się przed batem, ale to tylko w dniach, gdy ojciec wracał pijany. W pozostałe wystarczał pasek lub kabel od żelazka. Wojtek naprawdę się starał, ale nie nad wszystkim mógł zapanować. Kiedy nie panował, dostawał. Zwykle kilka razy w tygodniu, choć to nie było regułą. Najbardziej lubił, gdy ojciec kilka dni z rzędu pił tak, że po powrocie do domu nie był już w stanie nic zrobić. Wtedy był spokój. Mijały lata i sytuacja się zmieniła. Już nie podnosił na niego ręki, teraz znęcał się nad nim psychicznie. Nie było dnia by o coś się nie przyczepił. Wojtek starał się z nim nie rozmawiać, ale nawet przymusowe kontakty rano przed wyjściem do szkoły i wieczorem po powrocie zawsze kończyły się kłótnią. Ale to nie on się kłócił, krzyczał zawsze jego ojciec. Nie uwierzylibyście, co może być powodem karczemnej awantury. Nie zgaszone światło, gdy wychodził tylko na chwilę, okulary umyte nie w łazience, ale skropione wodą z kranu, szklanka umyta nie tam, gdzie powinna. Wojtek wytrzymywał to zawsze, płakał coraz rzadziej. Stopniowo pogarszała mu się dykcja, zaczął się jąkać i zapominać niektóre słowa. Przestał zajmować się takimi sprawami jak przyjaźń, bo wolał nie zapraszać nikogo do siebie. Wtedy czuł się jak w matni - ojciec zawsze potrafił zrobić jak najlepsze wrażenie, stawiając za to syna w złym świetle. No chyba, że był pijany.
Poznaliście ich, mieszkają przecież tuż obok. Być może wzruszył was nawet los patologicznej rodziny. Ale nie zrobiliście nic, co mogło by ten los poprawić. Nie warto się wtrącać, uprzejmość sąsiedzka i solidarność międzyludzka mają swoje granice, prawda? I dobrze, siedźcie cicho. Nie zauważajcie tego, co znajduje się pod skorupką ułudy. Przecież to tylko i wyłącznie ich sprawa. Magdy czekającej już tylko na swoją śmierć i Wojtka, któremu coraz trudniej nawiązywać kontakty. Każdy ma swój ogródek i własne chwasty. Czemu mielibyście wyrywać cudze?
aliud est celare, aliud tacere
Tuxedo