#37
<< poprzednie | spis treści | następne >> 
strona
22

| Valencia

     Rafa Benitez odchodzi z klubu !!! Przeczytałem wiadomość, umieszczoną na pierwszej stronie informacji sportowych, i zamyśliłem się. Co teraz Valencia, zrobi bez niego ?? I kto będzie jego następcą. Wtedy wpadł mi do głowy szalony pomysł.. Czemu by nie wysłać zgłoszenia. Nie byłem może znaną marką w światowym futbolu, ale miałem duże sukcesy w pracy z młodzieżą. Hutnik z niezłego klubu rozrósł się do zespołu który sięgnął 3 razy z rzędu po młodzieżowe Mistrzostwo Polski. Poza tym mieliśmy kilka sukcesów na arenie międzynarodowej. Wróciłem z wolna do domu spisałem szybko CV i wysłałem faksem do zarządu Valencii. Nie namyślali się chyba długo, a może nie mieli wielu kandydatów- 2 godziny później wysłali mi zaproszenie na rozmowę. Na pierwszy trening przyszedłem, w towarzystwie prezesa. Krótkie przedstawienie i już drużyna była moja. Mój hiszpański był dość ubogi, jednak chyba zrozumieli pokrótce czego od nich wymagam. System wraca do sprawdzonego 4-4-2, z dużą uwagą na grę skrzydłowych. Rozdzieliłem treningi i poszedłem porozmawiać ze skautami. Powiedziałem, jakich piłkarzy mają mi znaleźć. Praca biurowa przebiegła sprawnie. Zakontraktowałem kilka sparingów, przejrzałem oferty za moich piłkarzy. Zdecydowanie wyróżniała się propozycja za Fabio Aurelio. 9 milionów gotówką piechotą nie chodzi. Poza tym miałem na tę pozycję upatrzonego zawodnika. Nie będę was zanudzał sprawami czysto organizacyjnymi, powiem tylko że w tym czasie wymieniłem prawie połowę składu.

Odeszli Mista, Salva, Dos Santos, Aurelio, Jorge Lopez, i kilku innych rezerwowych. Z pokaźnymi funduszami, ściągnąłem na ich miejsce Mexesa, Kapo, Cisse, Evre, czy tez młodziana Vaz Te. Na pierwszy sparing pojechaliśmy do Zaragozy. Wygrana 2-0 mnie usatysfakcjonowała, jednak moi chłopcy, mieli jeszcze problemy z przystosowaniem się do nowej taktyki. Obie bramki strzelił nowo rodzący się gwiazdor – Cisse. Zaimponował grą, także młody Duńczyk Arietta. Na kolejne sparingi postanowiłem wrócić we własne strony. Kolejne sparingi z Lechem, Arką i Hetmanem utwierdziły mnie w przekonaniu, że wszystko idzie w dobrym kierunku. Obrona popełniała drobne błędy, ale naprawiał je świetny Canizares. Bramkami dzielili się wszyscy zawodnicy. A to gola walnął Aimar, a to z wolniaka kropnął Vincente. Vaz Te mimo szesnastu lat na karku, kręcił obroną przeciwników z dużą gracją. Zanim zaczął się sezon, zdążyłem wyrzucić z teamu Palopa, a w jego miejsce ściągnąć, Argentyńczyka Saję. Do tego moi wysłannicy przysłali ciekawe materiały, na temat młodzieży. Zaprosiłem wiec na testy zawodnika Bayernu- Campsa. Jego gra spowodowała, że podpisałem kontrakt , ale zaraz wysłałem na wypożyczenie do jednej z drugoligowych drużyn. Na początek oglądnąłem ciekawy mecz o Superpuchar, pomiędzy Lazio, a Spartakiem Moskwa. Mecz zakończył się zwycięstwem Włochów 3-1, a wszystkie bramki dla zwycięzców zdobył Corradi. Zapisałem sobie go w notesiku, nigdy nie zaszkodzi zapytać o tego piłkarza- jeśli się będzie miało kasę.

Pierwszy mecz Albacete-Valencia 0-3 (Cisse 2, Kapo) Valencia Canizares 6- Evra 7, Mexes 6(78 Marchena 6), Ayala 8, Curro Torres 7 – Vincente 7( 70 Cannobio 7) ,Aimar 9, Albelda 7, Kapo 8- Cisse 10, Vaz Te 5(45 Carew 6). Co tu dużo mówić zagraliśmy po prostu dobry mecz. Aimar zdominował środek pola, a młodzi zawodnicy beniaminka, nie mogli się temu przeciwstawić. Dwie ładne bramki Cisse, i jedna Kapo, z karnego dała drużynie pewne 3 pkt. i pierwsze miejsce w tabeli. Następne mecze układały się również po mojej myśli. Villareal odprawiony 2-0, Sociedad 2-1, Sevilla 3-2, Santander 1-0 . Zawodnicy strzelali, bronili się, i wszystko byłoby piękne, gdyby nie pechowy mecz z Amicą w Pucharze UEFA. Lekka zadyszka Valencia – Amica Wronki 5-0 (Vaz Te 2, Cannobio, Marchena, Kapo). Zagrałem trochę eksperymentalnym składem ale się udało. Vaz Te mieszał moich rodaków, aż żal było na nich patrzeć. Gdy Kapo, przepięknym strzałem z 25m pokonał Cierzniaka, postanowiłem zrobić zmianę, która spowodowała ..... Wpuściłem na boisko w 45 minucie Cannobio( Chciałem żeby Vincente odpoczął, przed derbami z Levante). Urugwajczyk poczynał sobie bardzo dobrze, trafił nawet gola( dośrodkowanie od Ruffete z prawej strony, Cannobio nie pilnowany pakuje piłkę do siatki.


Kilka minut później, czy to z nerwów czy z przypadku, wślizg Dawidowskiego i mój zawodnik skręca się z bólu. Lekarze już od początku podejrzewają zerwanie więzadeł. Zawodnicy nie wiedza o tym i jakby dla Cannobio zdobywają jeszcze bramki. Po meczu odwiedziłem Nestora. Płakał. Lekarze już wiedzieli, że czeka go 6 miesięczny rozbrat od piłki. Poklepałem go po ramieniu. Chciałem dodać otuchy... Następne mecze były w wykonaniu Nietoperzy żałosne. Odstawiali nogę, jakby się bali, że im się może również taka kontuzja przydarzyć. Remis z Levante i Deportivo, porażki z Celtą czy Malagą (0-4 ) wprawiły mnie w zły nastrój. Zrobiłem burdę, nie pamiętam co powiedziałem, ale to chyba nie było zbyt miłe...

Potrzebowałem samotności. Znalazłem miejsce gdzie mogłem odpocząć, zapomnieć o swoim gniewie. Na następny dzień przeprosiłem się z piłkarzami. Zdecydowaliśmy, że zaczniemy grać tak aby Cannobio był z nas dumny... odrodzenie ?? Nie rzucali słów na wiatr. Mecz z Alaves był już lepszy. Wprawdzie tylko 1-0 po trafieniu Baraji, ale zawsze to były to dodatkowe punkty. W pucharze UEFA, szliśmy znów jak burza. Dwa mecze na Messtalla i 7 bramek strzelonych przy zerowych ,,plecach,,. Przeciwnik nie był najwyższych lotów( Dynamo Moskwa i Hajduk Split) ale victoria zawsze dobrze smakuje. Na wyjazdach zostawiliśmy sporo zdrowia, ale opłaciło się. Carew i Vaz Te poprowadzili nas do dobrej gry z Palermo (3-1), zaś na Godison Park, bohaterem okazał się Mexes(1-0). W lidze grało się w kratkę (Osasuna 1-0, Mallorca 2-2, Bilbao 1-2), ale pozwalało to zachować kontakt z czołówką.

12 listopada udałem się na losowanie 1/16 finału naszego europejskiego pucharu pocieszenia. Rosenborg Trondheim był w zasięgu możliwości. Trochę się bałem jak moi playerzy zniosą pojedynek na wyjeździe, zwłaszcza o tej porze roku. Ale przed tym spotkaniem czekał mnie chyba najważniejszy sprawdzian, odkąd zostałem trenerem Valencii- wyjazd do Barcelony i mecz na Camp Nou. 14 XI 2004 20.30 Barcelona 1 – 2 Valencia (Saviola 16- Cisse 76, Ayala 90) Barca- Valdes- Puyol, Marquez, Sangol, Gio- Ferguson, Ronaldinho, Xavi, Motta- Kluivert, Saviola. Valencia- Canizares- Mexes, Evra, Ayala, Curro Torres- Kapo, Vincente, Baraja, Albelda- Aimar- Cisse. Wchodziliśmy na Camp Nou, troszkę przestraszeni. A może ja tylko się bałem. Nieważne... 100 tys. gardeł huknęło, na widok swoich pupili. Rozpoczął się mecz. Ronaldinho już od początku zaczął czarować, jednak Ruben i David nie dali sobie w kaszę dmuchać. Saviola był zaś szczelnie kryty przez Evrę (sam nazwałem to pojedynkiem 7 ze względu na ich numery). Wystarczyła jednak chwila zawahania. Motta przejął piłkę w środku pola, podał prostopadle do Savioli, a ten nie zważając na obrońców strzelił miedzy nogami Canizaresa. Huk jaki wtedy przeszył stadion był ogromny, kibice mogli by chyba mury burzyć. Ale potem coś się zacięło w szeregach BlauGrany. Co chwila musieli się odpędzać od ataków to Cisse, to zaś Kapo. Niestety ich strzały były mało celne. Pan Gonzalez zagwizdał i chłopcy ze spuszczonymi głowami opuszczali murawę do szatni. Powiedziałem im, że nic się nie stało, że na pewno coś ustrzelą i jestem z nich dumny. Chyba to ich połechtało. Druga odsłona była piorunująca. Valdes zwijał się jak w ukropie, obrońcy co chwila czyścili mu przedpole. Wprowadziłem, na boisku dodatkowego napastnika w miejsce Albeldy. John Carew także pokazał się z dobrej strony. To właśnie on został w 75 minucie przewrócony przez Marqueza na 20 metrze od bramki. Do piłki podszedł Aimar i strzelił mocno po ziemi. Djibril, który stał w murze, zmienił jeszcze lot piłki co kompletnie zmyliło Valdesa. Gospodarze przebudzili się i ruszyli do ataku, jednak obrona sterowana przez Evre i Ayale spisywała się bez zarzutów. Jedynie w 87 minucie nie upilnowali Kluiverta. Ubiegł go nasz bramkarz, który dalekim wykopem wznowił błyskawicznie grę. Futbolówka trafiła pod nogi Kapo, który pognał jak strzała i minął po drodze 3 przeciwników. Jego strzał był potężny, jednak interwencja Valdesa jeszcze ładniejsza. Piłka wyszła na korner. Piłkę wrzucił Kapo, a w zamieszaniu podbramkowym właśnie Ayala skierował ja do siatki. Camp Nou ucichło. Słychać było tylko kilkudziesięciu osobową grupy ze stolicy Lavantu. Była to końcówka spotkania. Chwile po wznowieniu gry przez Barce, sędzia zagwizdał po raz ostatni. Wygraliśmy , a ja byłem dumny z mych chłopców.... CDN...



Źródło: manusite.pl

<< poprzednie | spis treści | następne >> 
Grafika i teksty tutaj zawarte nie mogą być kopiowane i używane w wszelkiej formie bez zgody ich autorów. Wszelkie prawa Zastrzeżone!
Copyright: Layout & GFX: Urimourn (urimourn@vp.pl)