| ||||||||||||||||||||||||||||
| poprzednie - spis treści - następne | | ||||||||||||||||||||||||||||
Strona - 09 - Soulfly...
Jak przeskoczyć własną legendę - Soulfly
Zacznijmy od stanowczej deklaracji: ani słowa o Sepulturze, już dosyć. Minęło tyle czasu i płyt od rozpadu tej grupy, że można skupić się na rzeczach współczesnych. Szczególnie, że Max Cavalera śmiało idzie swoją własną drogą. Przyrzekam, jak usłyszę jeszcze raz zadawane mu pytanie dlaczego odszedł z Sepultury to zamienię się w maszynę zniszczenia. Podobnie zresztą jak na dźwięk pytania zadawanego Mike'owi Pattonowi, czemu Faith No More już nie istnieje. Skoro zatem ktoś jest święcie przekonany, że twórczość Maxa skończyła się wraz z Sepulturą, to nawet niech nie czyta dalej. Bo ja uważam akurat zupełnie inaczej, co postaram się wam przedstawić w poniższym tekście, który zdecydowanie traktować będzie o zespole Soulfly. A jest tak dlatego, że każde kolejne wydawnictwo tej kapeli stawia mnie w stan pogotowia i niecierpliwego wyczekiwania na możliwość zobaczenia ich na żywo. A że taka okazja nadarza się już niedługo, więc nie marnujmy czasu i przejdźmy do rzeczy.
Rok 2002 przyniósł nową płytę, do składu powrócił Roy Mayorga, Mikey Doling potwierdził swoją klasę, a ja odzyskałem wiarę w zespół. Zatytułowana po prostu "3" uderzyła znacznie mocniej niż poprzednia, zarówno pod kątem ciężkości brzmienia, jak i spójności. Nie ukrywajmy, prezentowane riffy nie są strasznie odkrywcze, właściwie analogiczne konstrukcje utworów, plemienne źródła inspiracji i metalowe korzenie można wychwycić na każdej produkcji Maxa, ale nie w tym tkwi przyczyna jego atrakcyjności. Bez tego człowieka obecna ciężka muzyka nie byłaby tam, gdzie jest - negatywną tego stroną jest całe mrowie kapel niumetalowych zrzynających z niego ile wlezie, ale to właśnie także pozwala uchwycić, w czym tkwi tajemnica Maxa. W jego charyzmie i zwierzęcej, autentycznej energii. Jego proste, wybuchowe i plemienne kompozycje mają w sobie tak duży ładunek emocji, że słucha się ich przede wszystkim sercem, nie dbając specjalnie o podobieństwa czy powtórzenia. Czego w skondensowanej postaci doświadcza się w czasie koncertów. Wtedy człowiek zapomina o bożym świecie, daje się porwać emanującej z Cavalery sile i szaleje w rytm muzyki Soulfly jak podczas rytualnego tańca. Tak mniej więcej było w Stodole w lutym ubiegłego roku, kiedy to przez przeszło półtorej godziny muzycy wyciskali z nas ostatnie poty i potwierdzili, że zwrot w stronę cięższego i bardziej "metalowego" grania nie był przypadkowy. Skoro znalazło się miejsce na utwory Nailbomb, Sepultury i soulfly'owe "specialitete de la maison", nie można było nie wyjść z klubu padniętym i zauroczonym. Parę miesięcy później miałem okazję zobaczyć Soulfly w belgijskim Dour, gdzie grali pod otwartym niebem i było to przeżycie wręcz mistyczne.
Właśnie zaczynało się ściemniać, więc warunki były prawie idealne. Scena wielgachna, za zespołem rozwieszone flagi z sylabą om i tribalem - logo kapeli. Rozległa przestrzeń i świecące gwiazdy dodały muzykom dodatkowego natchnienia, przez co festiwalowe oblicze zespołu było odmienne od klubowego. Grając Quilombo przeszli do Exodus Boba Marleya, za chwilę w Fire, po czym zespół na chwilę zniknął, grała jedynie perkusja, a po chwili pozostali muzycy dołączyli uzbrojeni w bębny. Potem kolejna niespodzianka, tym razem naprawdę duża. Soulfly zagrali z punkowym zacięciem Territorial Pissing Nirvany. Gdzieś w międzyczasie był jeszcze fragment utworu Headup, nagranego swego czasu przez Maxa razem z Deftones. Na tym właśnie polega unikalność tej grupy - amalgamat metalowej tradycji i plemiennego, korzennego źródła, skąd wywodzi się mentalna, nieuchwytna podstawa tej muzyki. Nazwa jest niewiarygodnie wręcz utrafiona, ponieważ Cavalerze udaje się przekazać w swoich wersach i riffach uczucia doświadczane przez duszę starającą się wznieść ponad ziemską egzystencję, sięgnąć do sfery mistycznej. I nadać występom niepowtarzalnego charakteru.
|
Minęły dwa lata i pojawiła się nowa płyta zespołu, zatytułowana "Prophecy". Tak gruntownej przebudowy składu jeszcze nie było. Jedynie perkusista Joe Nunez współpracował z Maxem wcześniej (zagrał na "Primitive"). Na gitarze gra niejaki Mark Rizzo (wcześniej w Ill Nino, co przyprawiło mnie o dreszcze przerażenia), rolę basisty pełniło dwóch muzyków - Bobby Burns (Primer 55) i Dave Ellefson (Megadeath). Skład co nieco zastanawiający, ale Soulfly ma jednego dyrygenta, więc każda sekunda płyty przynosi nam duszę Maxa Cavalery. Tak duże zmiany mogą się wydać zaskakujące, ale jak twierdzi sam Max: "Zdecydowałem, że ten album będzie odmienny od poprzednich. Jest on wynikiem podejścia, którego chciałem spróbować w tym momencie. Zawsze chciałem uniknąć tego, żeby Soulfly był zespołem takim, jak na przykład Metallica - ciągle tych samych czterech kolesi. Na każdej naszej płycie skład zmieniał się trochę i pewnie w przyszłości nadal tak będzie. Aby zrealizować moją wizję, musiałem zacząć tak jakby od początku i zebrać ludzi przyciągających moją uwagę, z którymi nigdy wcześniej nie grałem. I tak właśnie stworzyliśmy tę płytę."
Tuż po ukazaniu się albumu Soulfly wystąpił na trzech koncertach w ramach festiwalu Metalmania, jednak nie wybrałem się do Spodka ze względu na inne wątpliwe atrakcje tej imprezy. Dlatego też obecną letnią trasę możemy potraktować jako promującą "Prophecy" i będzie to swoisty sprawdzian dla nowych muzyków. Czego zatem możemy się spodziewać po czerwcowym występie? Jeżeli powiem, że niczego nowego, to będzie to przewrotnie najlepsza zachęta do wybrania się na ten koncert. Skoro w studiu Max i jego współpracownicy zdołali uchwycić tak potężną dawkę wigoru i czadu, to strach pomyśleć, co się będzie działo na scenie. Po prostu nie można się oprzeć sile przyciągania Maxa, jego dzikiej energii bijącej z niego samego i z każdego dźwięku uderzającego z głośników. Wspomniałem już Boba Marleya, on także należy do muzyków obdarzonych taką charyzmą i siłą przyciągania, że racjonalnie nie można wytłumaczyć, dlaczego przyciągają oni słuchaczy, dlaczego z ich grania bije taka desperacja. Współczesnemu światu brakuje odrobiny mistyki i rytuału, które porządkowały życie tradycyjnych społeczności i pozwalały im odnaleźć związki z otoczeniem, uporządkować świat dookoła i nadać mu duchowego wymiaru. I chyba do tych pokładów naszej świadomości odwołuje się Max Cavalera w swojej religijno-rewolucyjnej muzyce. Na samą myśl o ponownym zobaczeniu tego wiecznie młodego Brazylijczyka, zbliżającego się do mikrofonu by wrzasnąć nieodłączne: "uno, des, tres, quatro, com'on Poland!", na samą taką myśl krew zaczyna mi krążyć szybciej.
Autor:Nawrotus | |||||||||||||||||||||||||||
| | poprzednie - spis treści - następne | | ||||||||||||||||||||||||||||
|
Grafika i teksty tutaj zawarte nie mogą być kopiowane i używane w wszelkiej
formie bez zgody ich autorów. Wszelkie prawa Zastrzeżone! Copyright: Layout & GFX: Urimourn (urimourn@vp.pl) | ||||||||||||||||||||||||||||