Jak łamano charaktery...

Radzieccy śledczy znali ogrom sposobów mających nakłonić złapanego obywatela by przyznał się do winy. Niektórzy od razu katowali ofiarę, by ta podpisała każde oskarżenie, nawet najbardziej bzdurne, byleby tylko przestali bić... Ci inteligentniejsi jednak, zauważywszy że wierchuszka służb specjalnych stara się zachować formalnie czyste ręce nie zaczynali od tortur.

Pomagała im w tym pora: aresztowanie, kiedy trzeba było szybkiego wypełnienia normy osadzonych, dokonywana była w nocy. Wyrywano więc takiego szamoczącego się między jawą a snem człowieka z ciepłego łóżka i wleczono do najbliższego więzienia. Taki człowiek nie bardzo wie co się wokół niego dzieje, dlaczego i gdzie go zabierają, przecież nie zrobił nic złego, prawda? Wierzył święcie że wszystko da się wyjaśnić, był pokorny (żeby nie pogarszać swojej sytuacji, która gorsza być nie mogła. O tym jednak nie wiedział) i skłonny raczej do ustępstw niż walki.

Całą nadzieję gasiła w nim jedna z metod "śledczych". Było nią szczere (nie do końca jednak) wyłożenie sprawy jak krowie na rowie. Przesłuchujący mówił otwarcie aresztantowi że od kary to on się nie wywinie bo wyrok już de facto zapadł. Teraz potrzebują tylko jego wyznania winy żeby i de iure wszystko było w najlepszym porządku. Po co aresztant ma robić kłopoty, sprzeciwiać się i iść w zaparte kiedy wszystko i tak już jest postanowione? Po co tracić zdrowie (żaden człowiek dzięki zgruchotaniu stawów go nie zyskał)? Właśnie, po co? Tak myślało wielu aresztowanych, jednak nie był to koniec ich gehenny a jedynie pierwsza stacja prowadząca na lodowate sztolnie Kołymy.

Jeśli taką szczerą i życzliwą rozmową (przecież dzięki miłemu śledczemu uniknął tortur! Jakże mogło nie być to życzliwe?) przechodzili do wyzwisk. Metoda nieskomplikowana, acz skuteczna. Wielu ludzi onieśmielała, tłamsiła i pod wływem nieustającego potoku przekleństw ci ludzie tracili ducha. Sołżenicyn przytacza też wariację tej metody, którą można określić jako "zły i dobry glina". Aresztowany był przesłuchiwany raz przed śledczego, który grzmiał, machał pięściami przed oczyma i klnął na czym świat stoi. Innym razem miał przesłuchującego, który był dla aresztanta miły, cierpliwie i łagodnie nakłaniając go by przyznał się do winy. Przy czym nigdy nie można było być pewnym który z nich akurat będzie przesłuchiwał. Ale człowiek z ulgą podpisywał łgarstwa podsuwane przez tego miłego i życzliwego śledczego. A papierek ten zawsze prowadził do piekła.

Pamiętacie zapewne zdjęcia z więzienia Abu-Ghraib z nagimi Arabami i szydzącymi z nich żołnierzami. To nic nowego. W "Archipelagu GUŁag" możemy przeczytać jak aresztowanej kobiecie zabrano odzież. Tłumaczono że to dla procedury sanitarnej. Przecież aresztantka mogła do wilgotnej i zawszonej celi zanieść jakieś choróbska albo pasożyty. Potem nagą zamknięto w boksie, do którego zlecieli się strażnicy. Podpatrywali ją przez judasza, rechocząc, komentując jej wygląd i mówiąc co by z nią zrobili. Cel tego działania był oczywisty: miano ją upokorzyć i pozbawić woli oporu. Innym jeszcze sposobem na pognębienie aresztowanych było trzymanie ich twarzą do ziemi, bez możliwości wstawania czy podnoszenia głowy. Już strażnik o to dbał aby żadna głowa nie uniosła się ani o centymetr.

Sporym wzięciem cieszyło się zastraszanie więźniów. Za "zapieranie się" grozili zesłaniem do najstraszniejszych obozów pracy. Groźba spędzenia 25 lat w miejscach takich jak Workuta czy Magadan musiały z pewnością mogły skruszyć opór wielu ludzi. Tym bardziej że śledczy równocześnie nęcił niższym wyrokiem lub wręcz darowaniem kary, byleby się aresztant przyznał. Tyle że gwarancje przesłuchujących nie były bezwartościowe. Ale co z tego? Najważnieszy był akt samooskarżenia. W jakich okolicznościach do niego doszło, było nieistotne.

Kłamstwo było wielkim sojusznikiem śledczych. Mogli powiedzieć co chcą, im nic za to nie groziło. Aresztantom za składanie fałszywych zeznań groziło do dwóch lat. Przesłuchującym jednak dwa lata wydały się jakąś śmieszną karą i chętnie podbijali ten okres, np. do pięciu. Okłamywali aresztanta nie po raz pierwszy i nie ostatni. Przesłuchiwani byli bombardowani informacjami mającymi ich złamać. Że rodzina się ich wyparła, że obciążyła, że również siedzi w więzieniu, że pójdą siedzieć jak sie nie przyzna. Wszystko wolno.

Bywało jednak że powyższe metody nie przynosiły żadnych rezultatów. Wtedy stosowano środki o większym ciężarze. Np. "łaskotanie" piórem. Krępowano nogi i ręce a pióro wkładano do nosa i kręcono. Była to jednak bardziej "zabawa" znudzonych śledczych niż prawdziwe torturowanie. Ale kiedy próbuję sobie wyobrazić takie pióro obracające się w moim nosie to słowo "zabawa" strasznie dziwnie wypada z tym przykładem wynaturzenia przesłuchujących.

Z pewnością pamiętacie standard z filmów kryminalnych: lampa skierowana prosto na twarz przesłuchiwanego. Aresztowanym w ZSSR towarzyszyło ono bez przerwy. Cały czas w celi świeciło oślepiaje, białe światło. Nawet - a może raczej zwłaszcza - w nocy. W takich warunkach bardzo łatwo o podrażnienie oczu i różne inne dolegliwości. A jedyna folga dla nich to krótkie, dwudziestominutowe wyjścia na spacerniak.

Wiele udręczeń wiązało się z samym miejscem, w którym trzymano aresztowanego. Np. przetrzymywano go w boksie (zazwyczaj drewniana skrzynia albo szafa) przez kilka, kilkanaście godzin albo nawet dobę. Bez żadnych wyjaśnień ani aktu oskarżenia. Miało to pozbawić aresztowanego woli walki. Czasami więzień wpadał w czarną rozpacz i wychodził pokorny jak baranek. Inni wychodzili rozjuszeni jak byk podczas corridy. To też pomagało śledczym, bo taki wściekły osobnik nie liczył się ze słowami i mógł bluznąć potokiem przekleństw skierowanych pod adresem Partii albo Stalina, ale tak naprawdę niewiele trzeba było powiedzieć żeby skreślić się z listy żywych. Dość przypomnieć że człowiekowi, który np. przyznał że trochę narzekał w rozmowie z przyjacielem na kołchozy w akta wpisano "szkalowanie władzy ludowej" i "antysowiecką agitację".

Boks mógł być oczywiście zawszony. Kazano wtedy aresztantowi rozebrać się a wszy rojące się na suficie i ścianach przeskakiwały na gołe plecy, kark, głowę.

Jeszcze inną karą było siedzenie na taborecie. Wydaje się że to takie nic. Ale pewna kobieta musiała tak spędzić sześć dni i nocy. Bez snu. "Wariacją" tego było sadzanie na wysokim stołku, tak żeby nogi nie sięgały ziemi. Po dziesięciu godzinach takiego siedzenia nogi zaczynają strasznie puchnąć. Oczywiście w obu przypadkach nie ma mowy o jakimkolwiek opieraniu się o cokolwiek, kręgosłup nie jest odciążony nawet przez sekundę.

Dopuszczalną formą nacisku było zmuszanie aresztanta do klęczenia. Koniecznie trzeba było trzymać się prosto by ból w kolanach następował jak najszybciej. Jedynym zmieniającym się elementem byli strażnicy, którzy pilnowali aresztowanego żeby nie miał możliwości oszukiwania ludowego aparatu sprawiedliwości. Innym razem zamiast klękania było stanie. A strażnik jak zwykle pilonował żeby człowiek się nie opierał o ścianę, albo - Boże broń! - nie zasnął (jeśli gruchnięcie o ziemię aresztowanego nie obudziło to robiły to kopniaki strażnika).

Zauwazyliście z pewnością że przewija się motyw wymuszonej bezsenności. Oczywistym jest że człowiek pozbawiony snu robi się otępiały i coraz mniej świadomy tego co się wokół niego dzieje. I w takim stanie podpisuje dokument, na którym przyznaje się do zarzucanych mu czynów. Podpis taki dla sowieckiej władzy miał pełną wartość, czym z pewnością góruje ona nad zgniłymi i burżuazyjnymi demokracjami. Dodać należy że aresztant mógł być ciągle przesłuchiwany przez parę dni, przez zmieniających się śledczych.

Oprócz tych sposobów było jeszcze bicie. Bicie po kościach, gruchotanie stawów, ciągnięcie po podłodze za brodę (szczególnie często obrywali w ten sposób popi) albo włosy, wybijanie zębów, gaszenie papierosów na skórze, na powiekach, uderzanie w splot słoneczny, przygniatanie jąder buciorem (bywało że kobiecym pantoflem) i w razie upartego nieprzyznawania się - zgniatanie ich.

Były oczywiście i karcery. Ich znakami rozpoznawczymi była wilgoć, woda, zimno. Pobyt w karcerze gwarantował poważny uszczerbek na zdrowiu, często do końca życia (na ogół krótkiego) a po wyjściu bywało że aresztant musiał być poddany hospitalizacji by można było dalej prowadzić "śledztwo".

Oczywiście, nie są to wszystkie sposoby z jakich korzystali sowieccy śledczy. Jednakże mogą one pomóc zorientowaniu się jaka była pozycja aresztanta w grze prowadzonej przez WCzK.

Dziadek Mróz
am_historia@o2.pl