|
Andrzej Hamerliński-Dzierożyński "Farfałki staropolskie"
Cóż to są farfałki? Wg. Antoniego Magiera "staroświecki Polak to wszystko, co nie do koniecznej potrzeby życia należało, nazywał farfałkami". Tak też autor każe traktować swoje dzieło. Stwierdza przy tym że prezentuje tutaj tylko marginesy historii. Czy słusznie? Moim zdaniem nie. W "Farfałkach..." nie znajdziemy bitew, oblężeń, bohaterskich szarż, błyskotliwych manewrów. Nic z tych rzeczy. Można natomiast dowiedzieć się o wielu pasjonujących sprawach, dających pewne pojęcie o życiu naszych antenatów, a lekkie pióro pana Dzierożyńskiego nie pozwala się od tej pozycji oderwać. Co zatem w "Farfałkach..." znajdziemy? Jako się wyżej rzekło, mnóstwo ciekawych rzeczy. Np. historię wychodków. Wbrew pozorom, sprawa jest poważna:). Bywało że śmiertelnie: Krzyżacy jedno z "miejsc ustronnych" wyposażyli w zapadnię, dzięki której pozbywali się niezbyt wygodnych ludzi. Ta niemiecka myśl techniczna:). Bardzo podobają mi się zamieszczone w książce wiersze autorów z epoki, którzy opisywali - często złośliwie - różne zjawiska. Np. Jakub Teodor Trembecki nie cierpiał tytoniu. Pasjami go nie znosił. Ułożył więc o nim poemat. Zaczynał się on od samego boga podziemii- Plutona. Wkurzał się on że potępione dusze, przyparte potrzebą, zasmradzają mu jego władztwo. Ten godny pożałowania stan nie mógł trwać wiecznie (tzn. właściwie to mógł, ale - sława Bogu - nie trwał). Pluton kazał duszom załatwiać się na zewnątrz. U bram piekła rosły zaś krzaki tytoniu. Dusze postanowiły to wykorzystać więc:
"Pod tym drzewem siedząc, owe nędzne kupy, Z takowych liści właśnie, zdaniem Trembeckiego, robiono tabakę. Autor poematu nie trzymał się jednak ściśle jego związanej z mitologią formy i postanawia rozprawić się bezpośrednio ze sprzedawcami wspomnianego ziela.
"Jeszcze gdy jej nad zamiar w swoich budach mają, Na tych dwóch tematach książka oczywiście się nie kończy. Można jeszcze poczytać o staropolskiej gościnności (w tym o przypadkach kiedy gości trzymano prawie siłą), napitkach (m.in. jak "wynaleziono" nalewkę), sprawach sądowych (np. o przypadku kiedy jeden adwokat był na tym samym procesie równocześnie obrońcą, jak i oskarżycielem, dowodząc najpierw że jego klient jest wzorem cnót wszelakich a po chwili odsądzał go jako oskarżyciel od czci i wiary), o niegdysiejszych anomaliach pogodowych (np. śniegach utrzymujących się do czerwca albo zasiewach w styczniu). Cała książka ilustrowana jest rozmaitymi obrazkami. Ich zrobieniem nie parał się byle jaki pacykarz, tylko sam Szymon Kobyliński. Większość utrzymana jest w luźnym nastroju, zewsząd patrzą na nas rubasznie wyglądające postacie obdarzone sumiastymi wąsami. Jeden taki nawet opiera się bezczelnie o kreskę dzielącą nazwisko autora na okładce. Mój egzemplarz został wydany w Warszawie, przez Iskry w 1982 roku. Książki więc w księgarniach raczej nie znajdziemy. Polecam poszperać w antykwariatach, w których można znaleźć prawdziwe skarby za śmieszną cenę (kiedyś znalazłem dwa tomy "Archipelagu GUŁ-ag" w twardej oprawie, po 7.50 sztuka). Więc szukajcie aż znajdziecie bo warto.
Dziadek Mróz |