|
Okrzyk Cycerona
Boginka
Już starożytni mówili, że o gustach się nie dyskutuje. Jest to jednocześnie
jedna z "oczywistych prawd" (jacyś chętni na poważną dyskusję o wyższości
krupniku nad pomidorową?) i najrzadziej przestrzeganych maksym (wcześniej w
kolejce jest pewnie "miłuj bliźniego swego, jak siebie samego"). Nie tylko
dyskutujemy o gustach i uprawiamy prywatnie szeroko zakrojoną propagandę, ale
mamy nawet ludzi, którym płaci się słono za wyrażanie opinii o cudzych gustach i
ich formowanie. Jedną z pochodnych tego dyskursu jest zespół chorobowy "O czasy,
o obyczaje".
Na czym on polega? Ano na tym, że zwolennicy jakiejś opcji są pewni wręcz, iż
społeczeństwo winno ich przekonania podzielać, jeśli zaś tego nie robi, jest na
drodze od upadku. Tak więc zwolennicy epistolografii mogą biadać nad
przekleństwem SMSów, matematycy nad koszmarem mnożenia 2x3 na kalkulatorze,
znawcy kina studyjnego nad sukcesem "Królestwa Bożego"... a bibliofile nad
upadkiem czytelnictwa.
Jest to zresztą syndrom, który już przetoczył się przez ten kącik. Ale osobiste
wycieczki sobie darujmy, od tego są ringi bokserskie. Nie mam zamiaru odnosić
się do kogokolwiek konkretnie. Za to jeśli jeszcze nie trzęsie Wami apopleksja,
to zapraszam do zapoznania się z opinią takiej jednej, co uważa, że "upadek
czytelnictwa" to rzecz nie zasługująca na opłakiwanie. Wiem, że w kąciku
książkach to zadanie dość karkołomne, ale do odważnych świat podobno należy.
Na dzień dobry oczywiście można zarzucić salwą argumentów z rodzaju dbania o
cudze dobro. Wszyscy wiemy, że czytanie książek rozwija, wzbogaca słownictwo,
uaktywnia wyobraźnie i jest ogólnie pożyteczne. Owszem, w porządku, pełna zgoda.
Tyle że nie jest to jedyne pożyteczne zajęcie człowieka. Każdy niemal właściciel
stworzenia żywego (czworonożnego najlepiej) powie Wam, że posiadanie zwierzaka
czyni człowieka odpowiedzialnym i uspokaja. A teraz ręce do góry, ci co nie mają
zwierzaka.
Napoleon powiedział kiedyś że człowiek, który zna dwa języki jest bardziej
wartościowy, niż ten kto zna jeden. Z dziką radością w oku przytaknie mu wielu
filologów i entuzjastów języków obcych. Pogadajcie kiedyś z kimś, kto ma fioła
na punkcie hiszpańskiego, rosyjskiego, tajskiego czy bantu. Dowiecie się jak
bogate przeżycia zapewnia świadome wchodzenie w świat innej kultury (jeśli
nieeuropejskiej to już w ogóle jest jak wycieczka w szósty wymiar). Rozszerza
horyzonty - wprost fantastyczne zajęcie. Ręce do góry ci, co znają tylko
angielszczyznę, niemczyznę /francuszczyznę ma modłę Kalego i nie będą pewnie
wchodzili w to głębiej.
"Historia nauczycielką życia", "Matematyka królową nauk" i tak można jeszcze
kilka godzin. A przecież każdy z nas musi z tego morza bogactw wybrać tylko
kubek. Zbyteczne są wszelkie twierdzenia o uniwersalnej wartości czytania dla
ludzkiego rozwoju - wielu pasjonatów innych dziedzin może odpowiedzieć tym
samym. |
|
Dobrze więc, a cóż z tymi dla których szczytem wyrafinowania się np.
brazylijskie seriale? Czy może chociaż nad tymi nie należy załamywać rąk? Wszak
oni nie rozwijają się w żadnym rozsądnym kierunku - wybrali sobie z morza smaków
szklankę całkowicie czystej wody.
Takie ich prawo. Być może są zbyt zmęczeni, może czytanie nie sprawiało im nigdy
żadnej przyjemności. W końcu celem życia nie dla każdego musi być rozwój w
określonym kierunku. Niektórzy pragną zbawienia (a nigdzie nie jest napisane, że
nieznajomość Marqueza skazuje na piekło, są nawet wręcz odwrotne opinie), inni
szczęścia, a ci, których przez ciężar życia nie stać na górnolotne marzenia,
chcą mieć co do garnka włożyć.
Nie musimy, a nawet nie powinniśmy zamykać świata swoich zainteresowań przed
innymi (bo z milczącego pasjonata pożytek żaden). Dlatego dzielimy się opiniami
o pisarzach, dlatego możemy komuś zostawić na stoliku książkę, albo opowiedzieć
o swoim hobby. Całkiem w porządku jest kształtowanie "kultury czytania" we
własnym domu. Nikogo nie zamierzam egzorcyzmować za podpisanie się pod akcją
czytania dzieciom 20 minut dziennie (o ile samo dziecko nie ma nic przeciwko).
Ale jedną rzeczą jest propaganda pozytywna, a inną negatywna. Zaś biadolenie nad
stanem czytelnictwa jest właśnie propagandą negatywną. Zdecydowanie. Bycie
zdania, że ludzie nie czytający są a priori głupsi, też się raczej nie
kwalifikuje do pozytywnych podejść (a taką implikacją czasem pachnie w
wypowiedziach). Stawiam, że są ludzie, którzy czytają tylko np. o funkcjach
wykładniczych, a rozłożyli by wielu intelektualnie na łopatki. Dajmy więc sobie
może spokój z wyświechtanym "upadkiem czytelnictwa", a zawołanie o czasach i
obyczajach zostawmy Cyceronowi? Za to proponuję kiedyś dać znajomemu lub
znajomej jakąś dobrą, cienką książeczkę do przejrzenia, albo wziąć delikwenta na
ekranizację z wyższej półki. Można także przemycić jakieś słuchowisko.
Przy czym, cokolwiek by człowiek nie robił, musi uznać, że do apostoła nowej
wiary mu pewnie daleko i nawróceń na swoją "pasję" nie może oczekiwać. Może mieć
na nie nadzieję, ale nic więcej. Bo prawem wolnego człowieka jest nie tylko
przyjąć, lecz także odmówić. Choćby nam samym czasem się zdawało, że ktoś
odrzuca perły na rzecz piasku. Wtedy ani słuszną, ani mądrą rzeczą jest
zawodzenie płaczek i pomstowanie "proroków".
|