|
Jonathan Carroll - Na pastwę aniołów
Tuxedo
"Spiesz się, Śmierci, Ojcze Chrzestny, Panie
tyranii,
Każda wiadomość, jaką zostawisz, wyrywa nas z tańca
niczym rybę wyciągniętą na piasek."
- Anne Sexton, "Godfather Death"
Wyatta Leonarda wierni czytelnicy Carrolla znają. Śmiertelnie chory były
prowadzący niezwykle popularnego programu dla dzieci "Finky Linky show". Arlen
Ford także już się przewinęła przez twórczość autora. Tym razem poznajemy ją
jednak dokładniej - to gwiazda filmowa, która ucieka z Hollywood i wybiera
samotne życie w Austrii. Natomiast całkiem nową postacią jest Ian McGann. Nową,
ale to od niego zaczyna się całą historia. Spotyka on we śnie samą Śmierć. Ta
"łaskawie" pozwala zadawać sobie pytania, ale istnieje oczywiście pewien kruczek
- niezrozumienie jej odpowiedzi kończy się zwykle bardzo, bardzo źle...
Całość fabuły opiera się na naprzemiennych opowieściach Wyatta i Arlen, chociaż
w tak zwanym międzyczasie narratorem jest jeszcze przyjaciółka panny Ford, Rose.
Kto wystraszy się jednak takiej "mieszanej" narracji, popełni duży błąd. Ów
zabieg sprawdził się doskonale i spotęgował jeszcze uczucie, jakie towarzyszy
nam przy czytaniu książek Carrolla - poznajemy coraz więcej odpowiedzi, ale
jednocześnie mamy coraz więcej pytań. Oczywiście jak zwykle pojawi się mnóstwo
niedopowiedzeń, a ich interpretacja będzie ograniczona jedynie wyobraźnią
czytelnika.
A teraz pomyślcie chwilę: zbliża się wasz czas. Niedługo umrzecie, ale nie
wiecie dokładnie, ile wam zostało: tydzień, miesiąc, rok - a może dwa? Nasi
bohaterowie również tego nie wiedzieli, a każdy na swój sposób starał sobie z
tym jakoś poradzić. Ale zastanawia mnie, co wy byście wybrali na ich miejscu -
możliwość zadania Śmierci jednych z najważniejszych pytań dręczących ludzkość,
ryzykując jednocześnie przedwczesne "zejście" gdy nie zrozumiecie udzielanych
odpowiedzi, czy jednak "w miarę" spokojne dokończenie żywota bez poznania istoty
całego naszego życia? Carroll po raz kolejny pokazuje, że jest szalenie
pomysłowy i cholernie dobry w tym, co robi.
"Na pastwę aniołów" to wbrew pozorom bardzo ciepła książka. Nie tylko o
tematach, które ciągle przewijają się w twórczości autora. Śmierć i przemijanie
kontrastuje z wielką miłością, nie po raz pierwszy ukazaną w niezwykły sposób.
Tu nie znajdziecie tandety rodem z amerykańskich romansideł. Jeśli Carroll pisze
o miłości, to możecie być pewni, że ustrzegł się błędów i sprawił, że w pewnym
momencie po prostu zaczniecie kibicować bohaterom w ich związku nawet nie zdając
sobie z tego sprawy. Uświadomicie to sobie dopiero a momencie, gdy to uczucie...
|
|
|
|
| From the teeth of angels |
|
| Literatura piękna |
|
| brak |
|
|
 |
|
|
Tutaj mój wzrok padł na kartkę z napisem "Nie spoilerować" :). Zatem nie będę.
Chyba też już nic mądrego nie wymyślę. Pozycja jest naprawdę godna polecenia i
robię to z czystym sumieniem - zaręczam, że nie tylko dla wiernych fanów. Chyba
każdy znajdzie tu coś dla siebie, chociaż wielbiciele Kinga czy Prachetta mogą
już nie być po lekturze tak zadowoleni, jak ja. A właśnie - wspomnieć wypada
jeszcze o zakończeniu. Nie, nie zdradzę go, powiem tylko to, co zwykle -
zaskakujące, inteligentne i genialne w swojej prostocie. Czyli Carrollowy
standard :)
|
|