Styczeń 2006      


|:  RECENZJA  :|

William S. Burroughs - Nagi lunch
Wicked Sick

„Opowiadałem ci kiedyś o człowieku, który nauczył się mówić tyłkiem? Poruszał brzuchem, pierdząc słowami. Nigdy w życiu czegoś takiego nie słyszałem.
To gadanie przez tyłek robiło niesamowite wrażenie. Słuchając go, człowiek czuł lekkie mrowienie w jelitach, jakby musiał za chwilę iść do sracza. Był to głęboki, zastygły dźwięk, wibrujące tony, które zdawały się wręcz pachnieć.
Facet występował w cyrku jako brzuchomówca. Robił fantastyczne numery, mówię ci. Zapomniałem, co gadał, ale było to naprawdę zabawne. "Och, jesteś tam ciągle, stary?" "Jestem, ale zaraz wychodzę".
Po pewnym czasie dupa zaczęła gadać sama z siebie. Gość stawał na scenie i dowcipkował z nią, a wszyscy ryczeli ze śmiechu.
Później wyrosły jej małe zakrzywione ząbki i zaczęła nimi jeść. Facet uznał to z początku za zabawne i zrobił z tego nowy numer, ale dupa przegryzała się przez spodnie i zaczynała gadać na ulicy; krzyczała, że żąda równych praw. Poza tym upijała się i lamentowała, że nikt jej nie kocha i że chce być całowana tak samo jak usta. Na koniec mówiła dzień i noc bez przerwy; facet wrzeszczał, żeby się zamkną walił w nią pięścią, wsadzał w nią świeczki, lecz nic nie pomagało, dupa powtarzała: "To ty się zamknij. Już cię nie potrzebuję. Mogę mówić, gadać i srać".
Od tamtej pory facet budził się rano z przezroczystą błoną na wargach. Było to tak zwane dzikie mięso. Facet zrywał je z ust, a kawałki błony przyklejały mu się do rąk i wrastały w ciało. W końcu usta zasklepiły się i głowa na pewno by odpadła (wiesz, że wśród Murzynów istnieje choroba objawiająca się odpadaniem małych palców u nóg?), gdyby nie oczy, rozumiesz? Dupa nie mogła tylko jednego: patrzeć. Potrzebowała ich. Ale nerwy z czasem uległy atrofii, tak że mózg nie mógł już wydawać poleceń ciału. Tkwił w czaszce jak w więzieniu, odcięty. Przez jakiś czas w oczach malowało się nieme, bezradne cierpienie, ale wreszcie mózg musiał również obumrzeć, bo oczy zgasły i były martwe jak u kraba.”


Kim był i co robił w Tangerze (Maroko) ok. 1957 roku William S. Burroughs?

Zacznijmy od kwestii jego pochodzenia. W ’59 Burroughs był już zaliczany do czołowego przedstawiciela tzw. beat generation, czyli pokolenia bitników. Zjawisko buntów pokoleniowych jest dziś dość znane, jednak to bitnicy jako pierwsi zbuntowali się przeciwko władzom i ustatkowanemu, spokojnemu życiu. Istnieje grupa bitników-artystów, którzy reprezentowali i właściwie stworzyli całe pokolenie. Do najwybitniejszych zalicza się poetę Allena Ginsberga i dwóch prozaików – Jacka Kerouaca i właśnie Williama S. Burroughsa.

Wszyscy ci ludzie mieli niewątpliwie bardzo ciekawe życiorysy, także Burroughs nie zostawał w tyle. Po ukończeniu antropologii i literatury amerykańskiej na Harvardzie wybrał się do Wiednia, by tam studiować medycynę. Później wrócił do USA i poznał zarówno Allena Ginsberga, jak i Jacka Kerouaca. Burroughs chciał wieść spokojne życie farmera uprawiającego marihuanę, jednak do osiągnięcia spokoju było jeszcze bardzo daleko. Uzależniony od narkotyków, wydawał na nie wszystkie swoje pieniądze, a kryzys pogłębił się do tego stopnia, że wraz z żoną przymierali głodem. Do tego jeszcze policjanci od czasu do czasu plądrowali jego farmę. Wyjechał więc wraz z żoną, Joan, do stolicy Meksyku.

Jak sam wspomina, życie tam było dla narkomana o wiele łatwiejsze – policjanci, owszem, naprzykrzali się, jednak chodziło im tylko o łapówki, a narkotyki kosztowały znacznie taniej i znacznie łatwiej je było zdobyć. Pewnego wieczora wydarzyła się tragedia, która stała się dla Burroughsa momentem zdecydowanie przełomowym. Podczas libacji zorganizowanej u Burroughsów, na którą przyszło dwóch przyjaciół przyszłego pisarza, William postanowił zabawić się w Wilhelma Tella i postawił żonie na głowie kieliszek. Wystrzelił, lecz po chwili zorientował się, że trafił Joan prosto w czoło. Z tego zdarzenia William nie mógł otrząsnąć się do końca życia...

Nie został jednak skazany za morderstwo i zaraz po wyjściu z aresztu uciekł z kraju i zaczął podróżować. Odwiedził dżunglę Amazonii, tułał się po Europie, aż w końcu osiadł w Tangerze, gdzie zamieszkał w męskim burdelu (mimo wcześniejszego bycia z kobietą, William był jednak homoseksualistą). Tutaj właśnie można już odpowiedzieć na pytanie: co robił w Tangerze ok. 1957 roku? Mianowicie – puszczał się, upijał, ćpał i... pisał. Właśnie wtedy powstały dwie autobiograficzne powieści o wymownych tytułach – „Ćpun” i „Pedał”. Wkrótce do Tangeru przyjechali starzy znajomi – Kerouac i Ginsberg. Kiedy zobaczyli, że po domu walają się kartki zapisane przez Burroughsa, pomogli mu je złożyć do kupy i tak właśnie powstał „Nagi Lunch” – najsłynniejsze, obok „W Drodze” Kerouaca, dzieło epoki bitników. Dzieło absolutnie perfekcyjne.

Łacińskie powiedzenie „Ardua prima via est” sprawdziło się podczas czytania i o mało co nie doprowadziło do tragicznych skutków. O czym mówię? O tym, że z początku książka może się wydawać niezmiernie trudna, wręcz niezrozumiała. Po przeczytaniu wstępu, w którym autor przypomina, że jest wieloletnim ćpunem, czytelnik wkracza w krainę, gdzie nie istnieją żadne reguły... ale o tym później. Czytając pierwsze akapity, czułem się nieco zmieszany i zdesperowany do tego stopnia, że sięgnąłem po wersję angielską „Nagiego Lunchu”. I, paradoksalnie, wszystko stało się jaśniejsze. Nawet to, że tłumacz zdecydowanie spaprał robotę. No cóż, musiałem jednak wrócić do polskiego tłumaczenia, bo nie czuję się na tyle dobry z angielskiego, żeby czytać w tym języku książki. A w szczególności takie książki.

Wspomniany wstęp przypomina mi nieco o pewnej regule obowiązującej w sztuce. Ta reguła głosi, że dzieła uznawane za genialne po prostu wyprzedzają swoją epokę. Tak też było z „Nagim Lunchem” – pomimo wyjawionego sensu książki już na wstępie, była ona jakiś czas zakazana... nie tylko ze względu na swoją szokującą treść, ale także nowatorską budowę.

  Naked Lunch
  
  brak

 

W „Nagim Lunchu” nie da się wyodrębnić żadnego głównego bohatera ani wątku, który występowałby nader często. Nie da się nawet odróżnić tego, co rzeczywiste od urojonych halucynacji. Zjawiska nienormalne umieszczone są zwykle w całkiem normalnym świecie, lecz po kilku linijkach sytuacja odrwaca się o 180 stopni i rzeczy całkowicie ludzkie mają miejsce w uniwersum całkowicie nieludzkim. Najlepsze jest jednak to, jak to wszystko jest zbudowane! Początkowo książka ta wydawała mi się diablo trudna właśnie ze względu na budowę, z którą nigdzie indziej się nie spotkałem. Sposób pisania wymyślony przez Burroughsa nosi nazwę cut-up technique i umożliwia czytelnikowi nieograniczone pole manewru, jeśli chodzi o czytanie książki. Kolejne zdania bardzo rzadko łączy jakiś związek przyczynowo-skutkowy. Tak samo jest też z akapitami i rozdziałami. Do tego dochodzą takie zabiegi jak umieszczanie zdań z „końca” na „początek”, powtarzanie niektórych zdań, dzięki czemu czytelnik odczuwa, że któryś z „wątków” się dopełnia, albo że z czymś takim gdzieś się już spotkał... Nie wie jednak, czy to w książce Burroughsa, gdzieś indziej, a może nigdy? Czemu ma to wszystko służyć? Słowa takie jak „koniec” czy „początek” po prostu tracą swój sens, a jak to mówi założenie Ockhama – jeśli coś nie ma sensu, to nie może niepotrzebnie istnieć. I właśnie zarówno koniec, początek, jak i środek w „Nagim Lunchu” nie istnieją, dzięki czemu można rozpocząć czytanie od strony pierwszej, dziesiątej czy sto dwudziestej ósmej; można omijać co drugi akapit, a potem czytać te ominięte; można w ogóle nie zwracać uwagi na rozdziały! Pełna dowolność...

Myślę, że właśnie nowatorska, wyprzedzająca epokę budowa dzieła Buroughsa jest w tej książce najciekawsza, ale treść nie zostaje w tyle! Jest obrzydliwa, wulgrana, perwersyjna, kontrowersyjna, ale ma też swoje drugie oblicze...

Przebywając we wspomnianym Tangerze William S. Burroughs nie był do końca świadomy swoich czynów, a o tym, że pisał książkę nie miał zielonego pojęcia (uświadomili mu to dopiero Ginsberg i Kerouac, kiedy przyjechali do Maroka w odwiedziny do starego kumpla). Właściwie Burroughs nie był wtedy w Maroku, lecz w Interzone, z dokładniej we Freelandii – totalitarnym świecie, w którym dzieje się akcja książki.* Można uznać więc, że „Nagi Lunch” pisany był w pewnego rodzaju transie – nie zdziwiłbym się, gdyby Burroughs po prostu siedział przed maszyną do pisania i spisywał to, co aktualnie widzi i myśli. Interzone i kilka postaci to jedyne łączniki pomiędzy kolejnymi zdarzeniami – reszta to oniryczny świat halucynacji, narkotyków, homoseksualnych orgii i innych perwersji opatrzonych niezwykle fizjologicznym językiem. Co to wszystko ma na celu? Nie, wcale nie zgorszenie i zdegustowanie czytelnika. Żeby wyjaśnić sens książki, trzeba zrozumieć tytuł, a jak sam Burroughs mówi, znaczy on to, co znaczy: nagi lunch – ten moment, kiedy przed włożeniem jedzenia do ust, przyglądamy mu się przez chwilę. Burroughs w „Nagim Lunchu” po prostu obnażył to, co znajduje się po drugiej stronie; co kryje się w świecie narkotycznych halucynacji; co dzieje się po wstrzyknięciu działki czy połknięciu tabletki...

Nazwałem tę książkę perfekcyjną właśnie z powodu idealnej syntezy pokręconej treści z jeszcze bardziej zwariowaną budową – te dwa elementy są ze sobą wręcz złączone, poza tym współpracują i odnoszą przy tym korzyści.

No i jeszcze jedna sprawa, dla mnie bardzo ważna, jedna z głównych zalet książki: z e r o dramatyzowania. Burroughs wspomina na wstępie, że ćpun może doskonale pamiętać fakty, jednak jego pamięć emocjonalna może czasem w ogóle nie funkcjonować – nie wiem, czy właśnie przez to w książce nie ma żadnych emocji, ale chwała pisarzom-ćpunom, którzy nie użalają się nad sobą! Aż strach pomyśleć, jaki gniot mógłby ujrzeć światło dzienne, gdyby autor rozpamiętywał zabicie swojej żony czy pogłębiające się uzależnienie...

Na filmie traktującym o bitnikach właśnie pewien amerykański youngster powiedział: „If you wanna be cool, you must read >>Naked Lunch<<”** W tym stwierdzeniu zawarta jest oczywista prawda o tym, że „Nagi Lunch” to klasyka nie tylko amerykańskiej (choć przede wszystkim), ale też światowej literatury, nie tylko XX wieku (choć przede wszystkim), ale w ogóle! I z tym nie sposób się nie zgodzić. Natomiast temu widocznemu gołym okiem twierdzeniu, że ta książka jest „cool” (czyli po polsko-ziomalsku: zajebista) muszę zaprzeczyć. Nie jarają mnie same halucynacje, nie podnieca mnie wstęp, w ogóle przy czytaniu nie miałem takiego uczucia ogólnej zajebistości – patrzyłem raczej na genialną i rewolucyjną budowę, którą pozostaję do dziś oczarowany i z nóg zwalony, a dopiero potem... czytałem ;)

* Przypuszczam, że ten totalitaryzm wziął się z paranoi, która jest skutkiem zażywania niektórych narkotyków.

** „Jeśli chcesz być cool, musisz przeczytać >>Nagi Lunch<<”

© Copyright by AM Książki ® Layout & Grafics by Shlizer. All Rights reserved!