|
William S. Burroughs -
Nagi lunch
Wicked Sick
„Opowiadałem ci kiedyś o człowieku, który
nauczył się mówić tyłkiem? Poruszał brzuchem, pierdząc słowami. Nigdy w życiu
czegoś takiego nie słyszałem.
To gadanie przez tyłek robiło niesamowite wrażenie. Słuchając go, człowiek czuł
lekkie mrowienie w jelitach, jakby musiał za chwilę iść do sracza. Był to
głęboki, zastygły dźwięk, wibrujące tony, które zdawały się wręcz pachnieć.
Facet występował w cyrku jako brzuchomówca. Robił fantastyczne numery, mówię ci.
Zapomniałem, co gadał, ale było to naprawdę zabawne. "Och, jesteś tam ciągle,
stary?" "Jestem, ale zaraz wychodzę".
Po pewnym czasie dupa zaczęła gadać sama z siebie. Gość stawał na scenie i
dowcipkował z nią, a wszyscy ryczeli ze śmiechu.
Później wyrosły jej małe zakrzywione ząbki i zaczęła nimi jeść. Facet uznał to z
początku za zabawne i zrobił z tego nowy numer, ale dupa przegryzała się przez
spodnie i zaczynała gadać na ulicy; krzyczała, że żąda równych praw. Poza tym
upijała się i lamentowała, że nikt jej nie kocha i że chce być całowana tak samo
jak usta. Na koniec mówiła dzień i noc bez przerwy; facet wrzeszczał, żeby się
zamkną walił w nią pięścią, wsadzał w nią świeczki, lecz nic nie pomagało, dupa
powtarzała: "To ty się zamknij. Już cię nie potrzebuję. Mogę mówić, gadać i
srać".
Od tamtej pory facet budził się rano z przezroczystą błoną na wargach. Było to
tak zwane dzikie mięso. Facet zrywał je z ust, a kawałki błony przyklejały mu
się do rąk i wrastały w ciało. W końcu usta zasklepiły się i głowa na pewno by
odpadła (wiesz, że wśród Murzynów istnieje choroba objawiająca się odpadaniem
małych palców u nóg?), gdyby nie oczy, rozumiesz? Dupa nie mogła tylko jednego:
patrzeć. Potrzebowała ich. Ale nerwy z czasem uległy atrofii, tak że mózg nie
mógł już wydawać poleceń ciału. Tkwił w czaszce jak w więzieniu, odcięty. Przez
jakiś czas w oczach malowało się nieme, bezradne cierpienie, ale wreszcie mózg
musiał również obumrzeć, bo oczy zgasły i były martwe jak u kraba.”
Kim był i co robił w Tangerze (Maroko) ok. 1957 roku William S. Burroughs?
Zacznijmy od kwestii jego pochodzenia. W ’59 Burroughs był już zaliczany do
czołowego przedstawiciela tzw. beat generation, czyli pokolenia bitników.
Zjawisko buntów pokoleniowych jest dziś dość znane, jednak to bitnicy jako
pierwsi zbuntowali się przeciwko władzom i ustatkowanemu, spokojnemu życiu.
Istnieje grupa bitników-artystów, którzy reprezentowali i właściwie stworzyli
całe pokolenie. Do najwybitniejszych zalicza się poetę Allena Ginsberga i dwóch
prozaików – Jacka Kerouaca i właśnie Williama S. Burroughsa.
Wszyscy ci ludzie mieli niewątpliwie bardzo ciekawe życiorysy, także Burroughs
nie zostawał w tyle. Po ukończeniu antropologii i literatury amerykańskiej na
Harvardzie wybrał się do Wiednia, by tam studiować medycynę. Później wrócił do
USA i poznał zarówno Allena Ginsberga, jak i Jacka Kerouaca. Burroughs chciał
wieść spokojne życie farmera uprawiającego marihuanę, jednak do osiągnięcia
spokoju było jeszcze bardzo daleko. Uzależniony od narkotyków, wydawał na nie
wszystkie swoje pieniądze, a kryzys pogłębił się do tego stopnia, że wraz z żoną
przymierali głodem. Do tego jeszcze policjanci od czasu do czasu plądrowali jego
farmę. Wyjechał więc wraz z żoną, Joan, do stolicy Meksyku.
Jak sam wspomina, życie tam było dla narkomana o wiele łatwiejsze – policjanci,
owszem, naprzykrzali się, jednak chodziło im tylko o łapówki, a narkotyki
kosztowały znacznie taniej i znacznie łatwiej je było zdobyć. Pewnego wieczora
wydarzyła się tragedia, która stała się dla Burroughsa momentem zdecydowanie
przełomowym. Podczas libacji zorganizowanej u Burroughsów, na którą przyszło
dwóch przyjaciół przyszłego pisarza, William postanowił zabawić się w Wilhelma
Tella i postawił żonie na głowie kieliszek. Wystrzelił, lecz po chwili
zorientował się, że trafił Joan prosto w czoło. Z tego zdarzenia William nie
mógł otrząsnąć się do końca życia...
Nie został jednak skazany za morderstwo i zaraz po wyjściu z aresztu uciekł z
kraju i zaczął podróżować. Odwiedził dżunglę Amazonii, tułał się po Europie, aż
w końcu osiadł w Tangerze, gdzie zamieszkał w męskim burdelu (mimo
wcześniejszego bycia z kobietą, William był jednak homoseksualistą). Tutaj
właśnie można już odpowiedzieć na pytanie: co robił w Tangerze ok. 1957 roku?
Mianowicie – puszczał się, upijał, ćpał i... pisał. Właśnie wtedy powstały dwie
autobiograficzne powieści o wymownych tytułach – „Ćpun” i „Pedał”. Wkrótce do
Tangeru przyjechali starzy znajomi – Kerouac i Ginsberg. Kiedy zobaczyli, że po
domu walają się kartki zapisane przez Burroughsa, pomogli mu je złożyć do kupy i
tak właśnie powstał „Nagi Lunch” – najsłynniejsze, obok „W Drodze” Kerouaca,
dzieło epoki bitników. Dzieło absolutnie perfekcyjne.
Łacińskie powiedzenie „Ardua prima via est” sprawdziło się podczas czytania i o
mało co nie doprowadziło do tragicznych skutków. O czym mówię? O tym, że z
początku książka może się wydawać niezmiernie trudna, wręcz niezrozumiała. Po
przeczytaniu wstępu, w którym autor przypomina, że jest wieloletnim ćpunem,
czytelnik wkracza w krainę, gdzie nie istnieją żadne reguły... ale o tym
później. Czytając pierwsze akapity, czułem się nieco zmieszany i zdesperowany do
tego stopnia, że sięgnąłem po wersję angielską „Nagiego Lunchu”. I,
paradoksalnie, wszystko stało się jaśniejsze. Nawet to, że tłumacz zdecydowanie
spaprał robotę. No cóż, musiałem jednak wrócić do polskiego tłumaczenia, bo nie
czuję się na tyle dobry z angielskiego, żeby czytać w tym języku książki. A w
szczególności takie książki.
Wspomniany wstęp przypomina mi nieco o pewnej regule obowiązującej w sztuce. Ta
reguła głosi, że dzieła uznawane za genialne po prostu wyprzedzają swoją epokę.
Tak też było z „Nagim Lunchem” – pomimo wyjawionego sensu książki już na
wstępie, była ona jakiś czas zakazana... nie tylko ze względu na swoją szokującą
treść, ale także nowatorską budowę.
|
|
|
|
| Naked Lunch |
|
| |
|
| brak |
|
|
 |
|
|
W „Nagim Lunchu” nie da się wyodrębnić żadnego głównego bohatera ani wątku,
który występowałby nader często. Nie da się nawet odróżnić tego, co rzeczywiste
od urojonych halucynacji. Zjawiska nienormalne umieszczone są zwykle w całkiem
normalnym świecie, lecz po kilku linijkach sytuacja odrwaca się o 180 stopni i
rzeczy całkowicie ludzkie mają miejsce w uniwersum całkowicie nieludzkim.
Najlepsze jest jednak to, jak to wszystko jest zbudowane! Początkowo książka ta
wydawała mi się diablo trudna właśnie ze względu na budowę, z którą nigdzie
indziej się nie spotkałem. Sposób pisania wymyślony przez Burroughsa nosi nazwę
cut-up technique i umożliwia czytelnikowi nieograniczone pole manewru, jeśli
chodzi o czytanie książki. Kolejne zdania bardzo rzadko łączy jakiś związek
przyczynowo-skutkowy. Tak samo jest też z akapitami i rozdziałami. Do tego
dochodzą takie zabiegi jak umieszczanie zdań z „końca” na „początek”,
powtarzanie niektórych zdań, dzięki czemu czytelnik odczuwa, że któryś z
„wątków” się dopełnia, albo że z czymś takim gdzieś się już spotkał... Nie wie
jednak, czy to w książce Burroughsa, gdzieś indziej, a może nigdy? Czemu ma to
wszystko służyć? Słowa takie jak „koniec” czy „początek” po prostu tracą swój
sens, a jak to mówi założenie Ockhama – jeśli coś nie ma sensu, to nie może
niepotrzebnie istnieć. I właśnie zarówno koniec, początek, jak i środek w „Nagim
Lunchu” nie istnieją, dzięki czemu można rozpocząć czytanie od strony pierwszej,
dziesiątej czy sto dwudziestej ósmej; można omijać co drugi akapit, a potem
czytać te ominięte; można w ogóle nie zwracać uwagi na rozdziały! Pełna
dowolność...
Myślę, że właśnie nowatorska, wyprzedzająca epokę budowa dzieła Buroughsa jest w
tej książce najciekawsza, ale treść nie zostaje w tyle! Jest obrzydliwa,
wulgrana, perwersyjna, kontrowersyjna, ale ma też swoje drugie oblicze...
Przebywając we wspomnianym Tangerze William S. Burroughs nie był do końca
świadomy swoich czynów, a o tym, że pisał książkę nie miał zielonego pojęcia
(uświadomili mu to dopiero Ginsberg i Kerouac, kiedy przyjechali do Maroka w
odwiedziny do starego kumpla). Właściwie Burroughs nie był wtedy w Maroku, lecz
w Interzone, z dokładniej we Freelandii – totalitarnym świecie, w którym dzieje
się akcja książki.* Można uznać więc, że „Nagi Lunch” pisany był w pewnego
rodzaju transie – nie zdziwiłbym się, gdyby Burroughs po prostu siedział przed
maszyną do pisania i spisywał to, co aktualnie widzi i myśli. Interzone i kilka
postaci to jedyne łączniki pomiędzy kolejnymi zdarzeniami – reszta to oniryczny
świat halucynacji, narkotyków, homoseksualnych orgii i innych perwersji
opatrzonych niezwykle fizjologicznym językiem. Co to wszystko ma na celu? Nie,
wcale nie zgorszenie i zdegustowanie czytelnika. Żeby wyjaśnić sens książki,
trzeba zrozumieć tytuł, a jak sam Burroughs mówi, znaczy on to, co znaczy: nagi
lunch – ten moment, kiedy przed włożeniem jedzenia do ust, przyglądamy mu się
przez chwilę. Burroughs w „Nagim Lunchu” po prostu obnażył to, co znajduje się
po drugiej stronie; co kryje się w świecie narkotycznych halucynacji; co dzieje
się po wstrzyknięciu działki czy połknięciu tabletki...
Nazwałem tę książkę perfekcyjną właśnie z powodu idealnej syntezy pokręconej
treści z jeszcze bardziej zwariowaną budową – te dwa elementy są ze sobą wręcz
złączone, poza tym współpracują i odnoszą przy tym korzyści.
No i jeszcze jedna sprawa, dla mnie bardzo ważna, jedna z głównych zalet
książki: z e r o dramatyzowania. Burroughs wspomina na wstępie, że ćpun może
doskonale pamiętać fakty, jednak jego pamięć emocjonalna może czasem w ogóle nie
funkcjonować – nie wiem, czy właśnie przez to w książce nie ma żadnych emocji,
ale chwała pisarzom-ćpunom, którzy nie użalają się nad sobą! Aż strach pomyśleć,
jaki gniot mógłby ujrzeć światło dzienne, gdyby autor rozpamiętywał zabicie
swojej żony czy pogłębiające się uzależnienie...
Na filmie traktującym o bitnikach właśnie pewien amerykański youngster
powiedział: „If you wanna be cool, you must read >>Naked Lunch<<”** W tym
stwierdzeniu zawarta jest oczywista prawda o tym, że „Nagi Lunch” to klasyka nie
tylko amerykańskiej (choć przede wszystkim), ale też światowej literatury, nie
tylko XX wieku (choć przede wszystkim), ale w ogóle! I z tym nie sposób się nie
zgodzić. Natomiast temu widocznemu gołym okiem twierdzeniu, że ta książka jest „cool”
(czyli po polsko-ziomalsku: zajebista) muszę zaprzeczyć. Nie jarają mnie same
halucynacje, nie podnieca mnie wstęp, w ogóle przy czytaniu nie miałem takiego
uczucia ogólnej zajebistości – patrzyłem raczej na genialną i rewolucyjną
budowę, którą pozostaję do dziś oczarowany i z nóg zwalony, a dopiero potem...
czytałem ;)
* Przypuszczam, że ten totalitaryzm wziął się z paranoi, która jest skutkiem
zażywania niektórych narkotyków.
** „Jeśli chcesz być cool, musisz przeczytać >>Nagi Lunch<<”
|
|