Styczeń 2006      


|:  PREZENTACJE  :|

Terence Strong - Zimny poniedziałek
Mały Misiek

Nikt z rządu, Whitehall i służb wywiadowczych nie chciał, by ich powiązania z Tex-Meksem wyszły na jaw.
Jak mi powiedział Morgan zaraz na początku naszej narady w moim mieszkaniu, ten człowiek podpisał na siebie wyrok śmierci już w momencie, gdy zgodził się pomóc władzom w zamian za gwarancje, że nie zostanie aresztowany za zbrodnie wojenne.
Słuchałem ze zdumieniem wyjaśnień Dampiera o tym, jak rząd chciał się pozbyć kilku facetów, członków lojalistycznych organizacjiterrorystycznych w Irlandii Północnej, którzy wstrzymali proces pokojowy, upierając się, że jest on zdradą, działaniem na korzyść radykalnej Tymczasowej IRA. Wiedząc, że te same grupy bojowe czyniły intensywne starania, by załatwić dostawy broni z Serbii, tajni agenci wywiadu skontaktowali ich z Tex-Meksem, który dziwnym zrządzeniem losu dysponował wszystkim, czego Irlandczykom było potrzeba. Lojalistyczni negocjatorzy nie mogli uwierzyć własnemu szczęściu. Sprawa poszła jak po maśle.
Jeszcze dwadzieścia sekund.
Gdy rozglądałem się to w lewo, to w prawo, patrząc na sznury samochodów sunące wzdłuż King's Road, wiedziałem, że policja i oddziały wojskowe mają pełne ręce roboty, bo właśnie dokonują nalotu na kontenerowiec w porcie Lurgan w Irlandii Północnej. Mieli przejąć transport broni zorganizowany przez Tex-Meksa i aresztować sprawiających kłopoty lojalistów, dostarczając w ten sposób propagandowych argumentów ich przeciwnikom z Tymczasowej IRA. Dzięki temu miano poczynić następny krok w procesie pokojowym.
Udział Tex-Meksa w całej tej historii stanowił, oczywiście, pewien problem, ale nie na długo.
I wtedy to się stało. Mogło się wydawać, że bez żadnego powodu, bo sunące obok sznurem w stronę Sloan Square samochody ledwo się wlokły. Zwyczajna biała furgonetka przystanęła nagle tuż przy snack-barze i znieruchomiała. Jadący za nią leciwy nissan sedan nie zatrzymał się w porę i wszystkie głowy zwróciły się w stronę charakterystycznego dźwięku pękającego szkła i zgniatanego taniego metalu.
Ogromny osiłek z wygoloną głową i tatuażem wysiadł z furgonetki i stanął twarzą w twarz z wyglądającym równie agresywnie kierowcą nissana.
- Ślepy jesteś, kurwa? - zabrzmiała pierwsza kwestia dialogu.
Kiedy Tex-Mex przyglądał się tej wściekłej kłótni i gapiom, którzy stłoczyli się i wyraźnie zafascynowani obserwowali całą scenę, sięgnąłem do kieszeni po telefon komórkowy i wybrałem wpisany już numer. Czegoś takiego plan nie przewidywał. O moim pomyśle nie wiedział nawet Dampier. To był mały osobisty akcent, który stanowił pogwałcenie wszystkich pieprzonych obowiązujących mnie reguł.




Tex-Mex sprawiał wrażenie zaskoczonego i zirytowanego, że ktoś psuje mu przyjemność przysłuchiwania się ulicznej debacie. Gdy wyciągał aparat z kieszeni marynarki, mignęła mi przez chwilę skórzana kabura zawieszona u jego lewego boku.
- Leonid Rusjiwić? - zapytałem po serbsko-chorwacku.
Odchrząknął niepewnie.
- Kto mówi?
- Jezus - odpowiedziałem grzecznie.
- Co? - warknął, zdawszy sobie sprawę, że coś jest nie w porządku.
- Pamiętasz Astrid Kweiss?
- Kogo?
- Astrid Kweiss. Tłumaczkę ONZ, którą zamordowałeś siedem lat temu w Bośni.
Teraz naprawdę się rozzłościł, a ta złość szybko przeszła w strach, gdy naraz zdał sobie sprawę, że nie wie co się dzieje. Widziałem, jak pot spływa mu po twarzy, i powodem nie był sos chilli na jego nachos.
- Kim jesteś, do cholery?
Musiałem podnieść głos, żeby przekrzyczeć klnących kierowców.
- Jestem aniołem zemsty Astrid Kweiss.
Rozłączyłem się i patrzyłem spokojnie, jak z niedowierzaniem gapi się na telefon w swojej dłoni.
W momencie gdy dotarło do niego, że ktoś może mu się przyglądać, i oderwał wzrok od aparatu, nacisnąłem przycisk w mojej kieszeni.
Czerwona kropka lasera wróciła na środek pleców Tex-Meksa, gdzie w tej samej chwili uderzyła pojedyncza kula dum-dum kaliber 9, wypadłszy ze swej kryjówki w aluminiowej kasecie na sprzęt fotograficzny stojącej przede mną.
Upadł do przodu. Jego brzuch uderzył o brzeg stolika, a on odbił się od oparcia krzesła i zakołysał się - trwało to zaledwie sekundę - głowa zwisła ukośnie, usta się rozwarły, prawa ręka opadła bezwładnie ku chodnikowi. Komórka wypadła mu z ręki i plasnęła w małą, ale błyskawicznie rosnącą kałużę krwi.
Wszystko stało się tak szybko i tak cicho, że nikt niczego nie zauważył. W chwili gdy wziąłem ze stolika kasetę i ruszyłem powoli przez King's Road w kierunku Fulham, awanturujący się kierowcy zaczęli się właśnie uspokajać. Usłyszałem jeszcze, jak ktoś powiedział: "Czy temu facetowi coś się przypadkiem nie stało? Wygląda, jakby dostał ataku serca".
Przeszedłem przez jezdnię, skręciłem na rogu i poszedłem dalej równym krokiem, patrząc prosto przed siebie.

 

© Copyright by Książki ® Layout & Grafics by Shlizer. All Rights reserved!