|
Batman: Ego
T#M
Czasami
zdarza się natrafić na ciekawy komiks, w którym jest wszystko, czego byśmy
chcieli - interesująca historia, ładne rysunki... Czasami też wydaje nam się, że
dany komiks właśnie taki jest, ale po jego odłożeniu odczuwamy dziwny brak...
czegoś. Tak własnie jest z "Batman: Ego".
Historie, jakich próżno szukać w regularnych wydawnictwach Batmana, czy innych
znanych bohaterów komiksu, najbardziej mnie przyciągają. Bo to w nich autorzy
pokazują, że z danej postaci da się coś jeszcze wycisnąć, inaczej ją pokazać,
czy choćby zadać kilka pytań czytelnikowi, czego najczęściej nie stosuje się w
regularnie ukazujących się komiksach.
"Batman: Ego" zawiera w sobie właśnie to wszystko, co przed chwilą wymieniłem -
Mroczny Rycerz pokazany z trochę innej strony, jako zwykły człowiek, walczący
z... samym sobą. Komiks pyta także (w sposób bardzo subtelny) o sens ciągłego
walczenia ze złem, kiedy ono i tak zawsze będzie wracać. Za tego typu sprawy
całość ma ode mnie ogromnego plusa.
A jak to naprawdę wygląda? Bruce Wayne zaczyna wątpić w to, co robi, prawdę
mówiąc, czuje się w pełni odpowiedzialny za to, co się dzieje w jego mieście. I
postanawia zrezygnować. Ale nie ma lekko, pojawia się... no właśnie, coś, co
wygląda jak Batman, tylko że jest całe czarne. I właśnie wtedy zaczyna się
właściwy komiks. Bruce przez cały czas z tym czymś rozmawia (można to uznać za
jego własną mroczną część, która odpowiada za istnienie Batmana... zresztą, nie
będę tutaj wszystkiego opisywał), by ostatecznie dojść do kompromisu... Wydaje
się płytkie, ale podczas lektury ja tak nie uważałem.
No więc mamy ciekawą wędrówkę w głąb psychiki Bruce'a Wayne'a, dialogi
poprowadzone w inteligentny sposób, dobre rysunki (o których później), a ja na
początku narzekałem, że jednak temu komiksowi czegoś brakuje. I cały czas bedę
się tego trzymać, bo jakkolwiek by nie przedstawić takiej sytuacji, cokolwiek by
postacie nie mówiły, to i tak pozostanie pewien dyskomfort, główine z powodu
samego zakończenia. Spojlerować nie będę, ale dodam od siebie, że dalej powinna
być jeszcze ta akcja z Jokerem, a w jej czasie ukazanie, jak bardzo się zmienił
(albo nie) Bruce/Batman. W komiksie irytuje także to, że (praiwe) wszystko jest
przyjmowane na spokojnie. Ot, było minęło i tyle o tym słyszeliśmy. Przez to
komiks jeszcze bardziej traci, tym samym przeistaczając się w kolejny komiks,
których wiele na półkach księgarń, czy Empików. Jedan sam wątek z poruszeniem
psychiki Bruce'a jest bardzo dobry.
|
O rysunkach (oczywiście) osobny akapit, a to głównie z tego powodu, że autorem
tychże jest Darwyn Cooke, człwiek, który trzy lata pracował przy seriach
animowanych takich jak "The Batman/Superman Adventures" oraz "Batman:
Trzydzieści lat później" (ten ostatni, to mój ulubiony animowany Batman). Był
także pewien okres reżyserem serii animowanej "Man in Black: The Animated Series".
Jego kreska więc jest bardzo podobna do tej animowanej, jaką mieliśmy okazję
oglądać w TV. Oczywiście jest ona bardziej bogata w szczegóły, ale np. jaskinię,
w której Batman ma wszystkie trofea, oraz pojazdy i inne takie rzeczy od razu
rozpoznałem jako tą z filmu animowanego. Heh, czyżby "czym skorupka za młodu
nasiąknie..."? W każdym razie mi się taka postać rzeczy podoba, gdyż jest to
taki specyficzny sposób rysowania, który mimo że niepozbawiony kolorystyki, jest
mroczny, a w historiach o Batmanie mrok jest ważny.
Komiks wydaje się krótki, brakuje tego, o czym wspomniałem (dla tych, którzy
przespali: ostatniej akcji z Jokerem, o której jest tylko mowa), ale po
skończeniu nie czuć jakoś specjalnie niedosytu, czy czegoś w tym rodzaju. A że
cena, jak na dzisiejsze standardy nie jest zbyt wysoka, to ja gorąco polecam.
Scenariusz i rysunki: Darwyn Cooke
Wydawca: Egmont
Cena: 9,90 zł
|
|