|
Wyobraź sobie piękną wyspę na środku oceanu. Skąpane w słońcu, ciągnące się
kilometrami złociste plaże, krystalicznie czystą wodę, błękitne, wolne od chmur
niebo. To wyspa Delfino, miejsce, które jako za cel wypoczynku obrał sobie
Marian wraz z księżniczką Peach.

Marian jednak ma wyjątkowy dar pakowania się w najrozmaitsze kłopoty, także i
tym razem nie dane będzie mu gzić się spokojnie z "Piczką" na plaży. Zaraz po
tym, jak ich samolocik ląduje na tamtejszym lotnisku, wąsaty kurdupel musi
uporać się z wielką plamą farby. Wzorem Luigi Mansion, gdzie Lucek ganiał z "Szark
kordles słifer" - odkurzaczem potrafiącym z odległości pięciu metrów odkręcić
słoik od ogórków - hydraulik łapie za Fludda, gadającą sikawkę, i ochoczo zmywa
paskudną plamę. Chwilę później z niewiadomych, początkowo, przyczyn Marian
podziwia świat zza więziennych krat (brakuje tutaj opcji schylania się po mydło
pod prysznicem, wśród grupy spoconych współwięźniów). Ponoć poszła fama, jakoby
Grubas zaczepiał dzieci na czacie podając się za ich rówieśnika ("Cześć, mam na
imię Wojtek i też mam 12 lat. Uwielbiam zabawę moim szlauchem..."). Intryga
sięga zenitu. Co, kto, gdzie, jak, za co, i dlaczego moje palce u stóp są żółte?
Z ust mieszkańców wychodzi na jaw straszliwa tajemnica. Ktoś dopuścił się czynu
niemalże haniebnego. Typek niecny, posturą i gabarytami nieomal w 100%
odpowiadającymi Marianowi, oszpecił piękną dotychczas wyspę pokracznymi
malunkami, oraz rozlanymi, wielkimi kałużami farby. Czyn ów zasługuje na
najwyższe potępienie oraz wymiar kary, jaki istnieje. Mieszkańcy bełkoczą coś o
oglądaniu przez skazańca obrad sejmu na przemian z Klanem, słuchając przy okazji
plugastw Beaty Kozidrak wraz z niejakim Ivanem i Delfinem (free Willy, free
Willy!). Marianowi jeno włosy się w tyłku poskręcały na wieść o takich
torturach. Na nic zdają się sprzeciwy Peachki, która twierdzi, że widziała
podobną, niemal identyczną postać do grubaśnego Włocha... tylko nieco
mroczniejszą. Po kilkunastu minutach, złożeniu setek skarg i zażaleń, groźbach,
prośbach nasz wąsaty przyjaciel wychodzi z pierdla pod jednym warunkiem. Musi
sprzątnąć cały ten bajzel i przywrócić dawny ład panujący na wyspie. Ze szmatą w
ręku bądź mopem byłoby mu strasznie trudno, więc do pomocy dostaje Fludda
(wprost z telezakupów Mango), urządzonko, z którym zapoznał się już na lotnisku.
W tym miejscu następuje początek długiej historii, gdzie za "happy end"
odpowiadasz ty Graczu.
Uff, historia niczym kolejny odcinek "Niewolnicy Izaury" powala na dechy
niezwykle wyszukanym i przemyślanym scenariuszem, musicie przyznać. Historyjkę
można jednak wrzucić do wora pełnego śmieci (typowy platformowy zapychacz), bo
to nie o nią się tutaj rozchodzi, prawda? Powiedz szczerze, kręci Cię świadomość
wcielenia się w baryłkowatego Włocha, lubującego się w imprezach sado-maso?
Jednak nie w czarnym, skórzanym wdzianku, wymachując faforem, będziemy tutaj
hasać, jeno w niebieskich ogrodniczkach. Zamiast faforem, zgodnie z
obowiązującymi standardami i trendami, wymachiwać będziemy przaśną bronią,
mianowicie najnowszym modelem sikawki (norma ISO 9001 + znaczek jakości "Teraz
Mozambik", cudo po prostu). Farby do zmycia jest spora ilość, toteż nowa zabawka
sprawdza się tutaj, jak i warunkach bojowych wyśmienicie. Pewnikiem w niejednej
teraz głowie kłębią się myśli typu "Głupia gra, dla głupich japońskich dzieci, o
głupim, grubym homofobie, golącym sobie w czwartki po południu, głupi, żółty,
czasami brązowy tyłek". Skoro tak jest w rzeczywistości, to od dzisiaj, na znak
protestu, zaczynam jeść ryż, pić sake, sikać pod wiatr, wąchać używaną bieliznę,
hodować gady w domu (ponoć teraz tam taka moda...) i jeszcze kupię sobie aparat
fotograficzny, co by uduchowić się z kolegami z KKW. Ot, co! Wszyscy przecież
wiemy, że Marian w żadnym wypadku homofobem nie jest:), a SMS to kawał
grywalnego softu. To tak słowem dygresji. Wracając na właściwe tory, sama
rozgrywka bardzo przypomina tę znaną z Mario64, i jeżeli w kilku słowach miałbym
streścić nową grę od Nintendo to rzuciłbym bez wahania "Mario64 na wakacjach".
Rolę zamku spełnia tu pokaźnych rozmiarów część wyspy Delfino, z której
teleportujemy się do poszczególnych poziomów.
Nim zaczniesz buszować po obcym terenie w poszukiwaniu tajemniczego dowcipnisia,
lepiej dokładnie rozejrzeć się po głównej wyspie. Skrzętnie poukrywanych bonusów
jest tu bez liku. Błyszczące w słońcu monety tylko czekają na to, aż wpadną do
sakwy faceta w czerwonym berecie. Zbierać warto, bo jak głosi znane przysłowie
"grosik do grosika, a zostaniesz partnerem Kulczyka", czy coś w tych klimatach.
Hueh, może tak z miejsca nie zostaniemy znajomym pana K., ale za zebranie 100
monet dostaniemy ciekawy fant w postaci słoneczka (tak otho! Teraz zbierasz
słoneczka, a nie gwiazdki. Oj, dostaniesz klapsa za nieuwagę), który jest tutaj
obiektem mocno pożądanym. Jeżeli nie kręci Cię żmudna kolekcja monet, możesz
pomóc mieszkańcom wysepki w codziennych zakupach, podprowadzając ze straganu
owoce i zanosząc rzeczoną zdobycz niecierpliwemu klientowi, w zamian za
różnorakie fanty. Możesz także rzucić się w morską toń, by popluskać się w
morzu, zająć się penetracją (o TAK!) podziemnych tuneli. Możesz też w końcu
ruszyć ku przygodzie, wyzwaniu, zwiedzaniu nowych światów, bo eksploracja
podstawowej wyspy każdemu się w końcu znudzi. Uprzedzę Twe pytanie o zarywaniu
miejscowych panienek. Oprócz wszędobylskich grzybów nie ma tutaj nic godnego
uwagi, a "Brzoskwinka" ma migrenę (cóż za pech). Wyspiarki wyglądem przypominają
natomiast wielgachną gruchę ze zminiaturyzowaną palmą na głowie. Jedynie, co
można z nimi zrobić, to użyć ich jako tymczasowej trampoliny.
Mieszkańcy, co tu kryć, obleśny mają wygląd, i pogadać z nimi za bardzo nie
można. Wszyscy mają Cię za zwykłego rozbójniczka, a niektórzy nawet i za
niezwykłego. Nic dziwnego, wszędzie na ścianach widnieje twoja podobizna wraz ze
znakiem radioaktywnym i trupią czaszką. Nieciekawie. Chodzą również słuchy, że
wieczorami mieszkańcy wyspy wyznają kult diabła oraz kult Żwirka i Muchomorka,
paląc na stosach mrożony asortyment z "Jebiedronki", celem wezwania tajemniczego
stwora wprost z piekielnych otchłani, ziejącego ogniem i śmierdzącego nadgniłą
kiełbasą... No dobra, trochę kitów pociskałem dla uzyskania odpowiedniego
(lepszego, przerażającego) efektu, ale fakt faktem, tutejsza ludność nie pała do
Ciebie zbytnią sympatią, i przy każdej nadarzającej się okazji wykrzykują, jakim
to jesteś nieokrzesanym wieśniakiem z wąsami. "Ty nieokrzesany wieśniaku... z
wąsami!", krzyczą. Cóż, w takiej sytuacji nie pozostaje nam, więc nic innego,
jak zakasać rękawy, zmienić taki stan rzeczy oraz zmyć plamę na honorze.
Zasada jest prosta i sprowadza się do: "Teleportuj się wąsaty mścicielu do
poziomu. Tamże dokonaj heroicznych wyczynów, a nagrodę w postaci słoneczka
otrzymasz." Fajnie, nieprawdaż? W obrębie 1 świata teoretycznie do zebrania jest
8 logosów Polsatu. W praktyce owych świecidełek jest więcej. Dobra, ale jak to
wygląda w rzeczywistości? Wpadamy, więc w lśniących mokasynach na dany poziom,
zbieramy 8 czerwonych monet, w zamian zdobywając upragnione słońce. Pokonujemy
gigantycznego bossa i zdobywamy słoneczko. Przeganiamy duchy z hotelu i
zdobywamy słoneczko. Zbieramy ponad 99, a dokładnie 100 monet (elo otho!)
zdobywając w ten sposób to pierdo%$^# słoneczko! Zadawalamy panienkę i
otrzymujemy... sora, nie ten txt. Fakt, czytając te pierdoły na monitorze
wygląda to, oględnie mówiąc, nieciekawie. Wydrukowanie tego tekstu i ponowne
przeczytanie w wersji papierkowej, sytuacji diametralnie nie zmieni. Nadal
będzie brzmiało to nudnawo, niczym najnowszy szoł Dowbora "Granice strachu". Ale
uwierzcie mi na słowo lub, jeżeli nie wierzycie w dobre me intencje, po prostu
zagrajcie. Musicie na własnej skórze poczuć ten niesamowity feeling płynący z
gry. Doznać goryczy porażki, spadając Mariem po raz 15 w przepaść (najlepiej w
tym samym miejscu. Nieziemsko wkur%#$ taka sytuacja, a zdarza się nader często).
Wtopić się w ten, chciałoby się powiedzieć, śródziemnomorski klimat. A klimacik
w grze jest BARDZO wyczuwalno - namacalny, wręcz muska Cię delikatnie przez
kineskop wysłużonego, bądź nie, telewizorka. Taki wakacyjny powiedziałbym wręcz,
wszak Mario jest na wakacjach właśnie, więc trudno wymagać by przywitały Cię
kilogramy śniegu, facet w czerwonych klamotach i krzywą lagą w ręku.
Niebagatelne znaczenie ma tutaj miła oku grafika. Kolorowe, wykręcone fonty,
falujące w oddali rozgrzane masy powietrza, czy też piękna, obłożona
niesamowicie wyglądającymi teksturami, krystaliczna woda, powodują, że nie
sposób odnieść wrażenia, iż autentycznie przebywamy na jakiejś tropikalnej
wysepce. Dorzuć do tego wesołą, skoczną, swingującą melodyjkę, a otrzymasz "yakotaki"
(czyli japoński) obraz gry.
Ok, jeżeli grałeś, lub słyszałeś w akcji SMS, powiesz, że z technicznego punktu
widzenia muza leży, kwiczy i wije się w konwulsjach, krótko mówiąc śmierdzi
midikami. No i co z tego? Chciałbyś może usłyszeć w głośnikach najnowszy utwór
Trubadurów tudzież niezłomnego Imperium i ich "Żółtych tulipanów"? To zapuść
sobie wspomniane hity na boomboxie. Ważne jest to, że muza wpada w ucho i pasuje
wręcz idealnie do sielankowego klimatu gry. Osobiście rzeknę, że motyw przewodni
z pobytu na wyspie szybko zagnieździł mi się w głowie, i czasami nucę go sobie
biorąc kąpiel:) Zresztą odpal jakikolwiek bonusowy poziom i posłuchaj tego
chłopięcego chóru (czyżby Poznańskie Słowiki?). Lecąca w tle melodyjka, znana z
Super Mario Bros na NESa, w nowej aranżacji to... jedno słowo - REWELACJA! Na
koniec listy zatytułowanej "klimat" wrzućmy design map. Co tu dużo mówić,
świetny, kapitalny, ociekający miodem i orzeszkami arachidowymi. Spora ilość
domków, platform, drzew, plaż z porozstawianymi nań parasolami, jest nawet
wesołe miasteczko z kolejką na szynach, a raczej szynie - wszystko idealnie i z
głową rozmieszczone. Świetny patent to liny, na których pociesznym grubasem się
gibamy i podskakujemy w górę niczym kura na grzędzie... no, powiedzmy jak kura
na dopalaczu.
|
|
Jedynymi poziomami odstającymi od wakacyjnego klimatu są poziomy bonusowe. Takie
jakieś "inne". Ha, pewnie zakrzykniesz chiderczo, myśląc o jakiejś gigantycznej
wpadce na miarę pionowych korytarzy. Ostudzę jednakże twój zapał i rozwieję
niecne myśli, ponieważ "inne", wcale nie oznacza w tym wypadku "gorsze". Powiem
więcej. Są one KAPITALNIE zrealizowane, bo oprócz wspomnianej, świetnej melodii
przewodniej, charakteryzują się tym, że część jej elementów jest... mobilna.
Wymienić można chociażby coś na kształt olbrzymiej kostki rubika (traktujcie to
porównanie bardzo luźnym), non stop będącej na "pełnych obrotach", tudzież
platform z piasku, które pod naszym ciężarem zaczynają się dematerializować. "Tumacz"
ze mnie beznadziejny i inaczej wyjaśnić tego nie potrafię, ale sprawdza się to
przepysznie - trza mieć refleks i wyczucie "tajmingu" nie z tej ziemi. Dodam
jeszcze, że są również poziomy specjalne. Plansza przypominająca ogromny stół do
pinaballa, gdzie za kulę służy Marian? To nie żart! Zresztą Mario spełnia
wszystkie predyspozycje do bycia kulką, hyhy. Mały, gruby, okrąglutki - wypisz
wymaluj kula do pinballa.
Wakacyjny klimat psują jedynie mieszkańcy wyspy. Laski na plaży żadnej nie
wyrwiesz - mówiłem zresztą o tym problemie. Heh, ale gruchy nie zaszkodzi
powalić (dosłownie:)), choćby z czystej ciekawości. Wracając jeszcze na chwilkę
do wyglądu poziomów, to za mały minus można uznać powtarzające się teksturki,
czym poziomy są do siebie nieco podobne. W zasadzie dla mnie sprawa nawet
niezauważalna, choć jeżeli np. muzykę miałbym uznać także za minus (w moim
mniemaniu niezasłużenie), dałoby to razem dwa minusy. A dwa minusy dają w sumie
plus, więc tak na dobrą sprawę minusów nie ma, hy hy. No, powiedzmy, że tekstury
faktycznie mogłyby być różnorodniejsze. Ale naprawdę, to "tyci tyci",
powiedziałbym "pyci pyci" minus. Najciekawsze jest jednak to, że samo popylanie
kurduplem po piachu, dachach, platformach sprawia masę radochy - i to tak, że na
twarzy sama wypłynie Ci radość, a kąciki ust dotrą w okolice uszu. Miło jest
popatrzeć, gdy zaczyna przebierać tymi małymi nogami, sikając na wszystko za
pomocą swojej ogromnej sikawki:) Zmywanie brudów jeszcze nigdy nie sprawiło mi
tyle frajdy. Z racji tego, że Mario posiada owy nowy wynalazek "brudobójczy"
(sikawka imieniem Fludd), odebrano mu strzelanie piąchą po pyskach, jak i
kopanie brudnych zadów oponentów. Teraz zaś, można je dokładnie wymyć, hłe hłe.
Pozostał za to sztandarowy atak tyłkiem, potrójne odbicia oraz sunięcie brzuchem
po ziemi. Dodano jeszcze odbicie się od ścian i łażenie po linach. Sikawka z
nawiązką rekompensuje powstałe straty. Możemy w każdej chwili wyskoczyć w górę i
obracając się z zawrotną prędkością olać wszystkich dookoła (tzw. "żywa
pralka"). Nie należy zapominać o wymiennych końcówkach. Standardowo wbudowana,
pozwala nam tymczasowo podlecieć na wodnym strumieniu. Pozostałe dwie zostawiam
Wam do odkrycia samemu - a jest, co, i sikawka w pełni zasługuje na miano
urządzenia wielofunkcyjnego.

Operowanie szlauchem jak i samym wąsatym kurduplem jest maksymalnie "user
friendly". Łapiesz po prostu za pada, i po chwili Marianem można wyczyniać "cuda
na kiju". Problemów z kamerą niema praktycznie żadnych, bowiem można ją sobie
samemu ustawić (żółty analog), również samo polewanie wodą jest banalnie proste.
Gdy lekko dusisz prawy spust, Mariano Italiano wypluwa z sikawki strumień wody
przed siebie, mogąc jednocześnie biegać. Ofkoz wszystko zależy od siły nacisku
spustu - im słabiej ciśniesz, tym strumień ma mniejszą siłę rażenia. Jeżeli
natomiast ciśniesz spustem do końca (charakterystyczny "klik") możesz lać wodę w
dowolnym kierunku, jednak nasz pupil jest wtenczas "uziemiony". Analogiczna
sytuacja wys. po naciśnięciu "Y", tylko wówczas precyzyjniej polewamy wraże
istoty wodą (kamera umiejscawia się nad prawym barkiem a la RE4). Inwencja
twórców w tym temacie (przeciwnicy) nie wyłamała się zbytnio z ram, które
zostały wieki temu ustalone. Mamy, więc ogromne kwiaty z ostrymi jak brzytwa
zębiskami, śmigające po tafli wody „nartniki", duchy, "gupie" żółwie, zgluciałe
formy baniek mydlanych tworzące się z wielkich kałuż farby itp. Trochę brakowało
mi tutaj na początku tych wielkich kamiennych bloków z charakterystycznym
pęknięciem na środku i przyklejonym nań plastrem. Choć podczas walki z
gigantyczną kałamarnicą (genialna sprawa!), czy Mecha-Bowserem wcale o tym już
nie rozmyślałem.

Tak, więc, czy mamy do czynienia z grą doskonałą? Hueh, oczywiście nie, bo
takowe po prostu nie istnieją, ale nie jest to też gra na widok, której
ściągałbym gacie przez głowę. Jest "tylko" zajebiście. Na co liczyłem? Nie wiem,
być może na powiew jutra, prawdzie cuda, absolutny blask geniuszu, a oślepił
mnie jedynie przebłysk geniuszu Miyamoto, choć to i tak w proporcjach znacznie
przekraczających normę w zwykłej, głupiej platformówce. Zresztą to MARIO,
prawdziwy dinozaur w tym gatunku, synonim platformówki i dobrej zabawy. Zdjęcie
tego wąsatego makaroniarza winno być umieszczone pod hasłem "platformówka", tak
jak pod hasłem "homo-niewiadomo" winniśmy znaleźć podobiznę mieniącego się
złotem C3PO oraz Harrego Pottera na miotle.

Rzuciła Cię dziewczyna, pies nasikał Ci do buta, a może zwyczajnie śmierdzą Ci
stopy? Odpal SMS-a a znikną wszystkie troski. Zanurz się kolorowym świecie
niesamowitych przygód, spuść manto ogromnej kałamarnicy, uratuj księżniczkę...
zagraj i baw się dobrze. Gra jest - jakby ujął to sam Mario - "okie dokie", a
spędzony przy niej czas nie będzie czasem straconym. I nie sądź tej gry po
pozorach. To, że sprawia wrażenie, iż jest dla ludzi z gatunku "mam tsy latka,
tsy i pół, blodą sięgam ponad stół. Mam kwiatusek z muchomolkiem, do psedskola
chodzę z wolkiem" jest złudne, a dzieciak miałby z pewnością nieliche problemy z
przejściem choćby 1 poziomu. Do zobaczenia na wyspie Delfino.
Farmer
OCENA: 9
|
|
Plusy:
+ Ciężko coś wymienić
+ Eee... fajnie się w to gra
+ Doskonała platformówka
|
|
|
|
Minusy:
- Spodziewałem się prawdziwego przełomu
|
|
+ Infozz:
Producent: Nintendo
Rok produkcji: 2002
Platforma: NGC
Gatunek: platformer
Język: angielski
Ilość płytek: 1 miniDVD
Memorka: 7 bloków
Cena: ok. 50 - 80zł
|
|
|