|
Styczeń to miesiąc dwóch lat. Z jednej strony jest pierwszym miesiącem nowego roku, a z drugiej wszyscy jeszcze w pamięci mają stary, miniony rok. Końcówka roku, a ta właśnie jest gdy piszę te słowa, zobowiązuje do podsumowania tego co działo się na ekranach kin w 2005 roku. Mieliśmy ok. 200 premier, w tym całkiem pokaźną grupę filmów produkcji rodzimej. W ciągu III kwartałów 2005 roku do kin poszło 17 393 tys. ludzi. Możemy zatem przypuszczać, że rok 2005 będzie zdecydowanie gorszy niż poprzednik. W 2004 roku za sprawą takich filmów jak "Pasja", "Shrek 2", "Władca Pierścieni: Powrót Króla", czy "Nigdy w życiu" do kin w poszło ponad 33 mln. ludzi. Naturalnie są to dane ze sprzedaży biletów.
Oto
zestawienie najpopularniejszych filmów w Polsce:
Mogliśmy ujrzeć filmy świetne, dobre, średnie, marne i złe. Tak jest co roku. Jeżeli panowie producenci chcą mieć tłumy w kinach niech zatem zaczną produkować tylko dobre filmy. Ale po
kolei.
Z cyklu: (nie) prawdziwych historii
Do filmów zahaczających o fantastykę, takich w których twórcy musieli pobudzić swoją wyobraźnię z powodzeniem możemy zaliczyć
Constantine. Historia Johna Constantine jest historią egzorcysty, dla którego wypędzanie demonów z ludzkich ciał to bułka z masłem. Wykreowanie postaci oderwanej od rzeczywistości było zasługą Keanu Reevesa. Ten bohater "Matrixa" jednak nie uciekł od wizerunku Neo. Mimo, iż porównywanie obu filmów mija się zupełnie z celem, to jednak same główne postacie łączy kilka szczegółów, które zdają się wychwytywać nie tylko ja, ale i cała masa Internautów. Mimo wszystko, ukazana w "Constantine" walka z diabłem (dla Keanu to nie pierwsze spotkanie z Upadłym Aniołem - patrz dział recenzje), odwołania do Biblii, Chrystusa, Włóczni Przeznaczenia, sprawiają, że film ogląda się dobrze. Spełnił on swoje oczekiwania i chwała mu za
to.
Kolejnym filmem z tego cyklu, jaki mogliśmy obejrzeć na ekranach kin była
Wojna Światów. Hit komercyjny z jedną z najpopularniejszych gwiazd Hollywood - Tomem Cruise'm, hitem niestety się nie okazał. Owszem mocna
 |
kampania reklamowa, wielkie nakłady na promocję i charakter wielkiej produkcji napędziły ludzi do kin. Efekt jest taki, że na "Wojnie Światów" na pewno producenci nie stracili. Niestety duet aktorsko-reżyserski, czyli Cruise i Spielberg specjalnie się nie popisał. "Wojna..." próbuje bronić się efektami wizualnymi. Dobre ujęcia, potężne, zapierające dech w piersiach wybuchy. To domena wysokobudżetowych filmów. Ba! jest nawet fabuła i to zdawałoby się ciekawa. Rozwiedziony mężczyzna w momencie zagrożenia musi zająć się dwójką swoich dzieci. Podobać się mogło również to, że Cruise nie zgrywa bohatera, ale całe wydarzenia widzimy z pozycji szarego obywatela. Ale to wszystko za mało, by powracać do tej produkcji. Spielberg zupełnie wyłożył się na zakończeniu. Gdy widzowie go poznają dał się słyszeć na sali kinowej jęk zawodu pomieszany z tłumionym śmiechem. I chyba tylko na tyle zasługuje.
Kolejny film, to kolejna duża produkcja. Zresztą tak będzie już do końca :).
Wyspa szczerze mówiąc mnie zauroczyła. Chociaż to słowo może nie jest do końca dobrym określeniem. Solidny film sensacyjny z domieszką moralnego problemu to chyba zdecydowanie lepsze określenie. "Wyspa" może być wzorem
dla wszystkich podobnych jej produkcji. Dobry montaż, poprawne zdjęcia i ciekawa historia. Nie ma tu niepotrzebnego przesytu, zbędnego popisywania się przez twórców posiadaną gotówką i tym samym zbędnymi efektami specjalnymi. W momencie gdy ma rozgrywać się akcja to ona jest, gdy potrzeba nam chwili na zastanowienie się, reżyser daje nam ją. Nie jest to absolutnie film odkrywczy, czy pozbawiony wad. Powiedziałbym, że daje się zamknąć w szablon, bowiem nie wnosi tak naprawdę nic nowego. Mimo to ogląda się go przyjemnie i z powodzeniem można do tej produkcji powracać.
Batman - Początek miał za to ciężki orzech do zgryzienia. Po serii dennych i kiczowatych opowieści o Batmanie trzeba było wybrnąć i pokazać, że Batman może jeszcze fascynować. Opinie wśród widzów były podzielone. Dla jednych film był bardzo dobry, bo dawał im tę nadzieję na wielki come back super bohatera, dla innych natomiast nie potrafił sprostać dzisiejszym wymaganiom. Zaliczam się do grona sceptyków. Dla mnie bowiem film był nudny, z trudem zdołałem wysiedzieć do końca. Irytujące sceny treningu głównego bohatera, koszmarne sceny walki i nijaki Batman, to rzeczy, które kojarzą mi się z "Batmanem - Początek". Obejrzałem i żałuję.
Kolejną produkcją są
Nieustraszeni bracia Grimm, którzy wprowadzają nas do bajkowego świata. Można było się spodziewać, że twórcy zapragną odwzorować na ekranie klimat baśni. I przyznaję - udało im się. Może i aktorsko ten film wypada słabo, ale za to na klimat nie możemy narzekać. Irytuje nieco usilna i nachalna próba rozreklamowania produkcji poprzez wsadzenie w obsadę takiej aktorki jak Bellucci, która mimo swojego uroku osobistego zupełnie nie sprostała roli. Jest nijaka i poprzez właśnie ten fakt mamy wrażenie, że nie chodziło o pozyskanie jej umiejętności, ale raczej chwytliwego nazwiska na plakacie. "Nieustraszonych braci Grimm" oceniłbym jako mocny średniak, bo to w sumie niezłe kino, którego wadą jest tylko to, że nie potrafi nas zauroczyć - ot, leci sobie na
ekranie.
 |
Kończąc już rozprawę nad filmami, które zawierają w sobie sporą dawkę nierealności nie wypada mi nie wspomnieć o wielkim zakończeniu roku. Na 14 grudnia zaplanowano bowiem premierę
King Konga. Z prozaicznego powodu, jakim okazał się deadline nie potrafię Wam powiedzieć jak się wielka małpa spisała, a przecież w artykule poświęconym podsumowaniu, czyli rozliczeniu filmów 2005 nie będę pisał tylko o
spekulacjach.
Dawno, dawno temu...
... żył sobie za oceanem Howard Hughes. Milioner, człowiek zafascynowany zarówno kinem jak i lotnictwem. Tak naprawdę pasjonat lotnictwa i samozwańczy
wynalazca. Sylwetkę tego człowieka próbował nam przedstawić Leonardo Di Caprio za pomocą Martina Scorsese w filmie
Aviator. Wspomnę to o czym pisałem niemal rok temu w zapowiedziach filmów 2005. Leonardo Di Caprio poprzez wizerunek chłoptasia i "łamacza" damskich serc ciągle będzie udowadniał, że jest inaczej. Pytanie zatem, czy w "Aviatorze" to widać. Według opinii widzów, tak. Leo stara się jak może. Zresztą to od niego wyszła inicjatywa realizacji filmu. Sam "Aviator" to dobre wykonanie, przeniesienie widza w epokę lat '20 XX wieku. Zabrakło nieco uczuć i emocji, a zachowano chłodną formę.
Trzymając się już tak klimatu przełomu lat '20 i '30 ubiegłego stulecia, warto wspomnieć o zachwalanym
Człowieku ringu. Opowieści o znakomitym bokserze, który na skutek Wielkiego Kryzysu otarł się o dno, ale podnosi się i zaczyna od początku. Jakie to typowo Amerykańskie. Od pucybuta do milionera, bajka o wykorzystaniu kolejnej szansy, jaką daje los. Nie należy zapominać, zresztą, nie da się, o tym kto grał głównego bohatera. Russel Crowe, to człowiek po którym powinniśmy spodziewać się wiele. Tak też jest, bowiem to na jego postaci opiera się cała produkcja, to on jest kołem napędowym i dla fanów tego
aktora "Człowiek ringu" był wspaniałą produkcją.
I ostatnim filmem opowiadającym jakąś historię jest
Królestwo niebieskie. Film zapowiadał się nieźle. Doborowa obsada, wysoki budżet, Ridley Scott na stołku reżysera i tematyka wypraw krzyżowych. Zapowiadało się więc ogromne widowisko zrealizowane z wielkim rozmachem. Co wyszło? Może nie do końca to co miało wyjść, ale na pewno "Królestwo niebieskie" nie zawiodło pod względem realizacji średniowiecznej historii. Wspaniałe techniczne wykonanie, dobra muzyka, przepiękne zdjęcia. Tego oczekiwała widownia i to dostała. Może tylko ten główny bohater za bardzo amerykański. Za dużo mu się udaje i znowu ten mit "od pucybuta do milionera". Tym razem objawia się faktem, iż kowal staje na czele wyprawy krzyżowej. Nic specjalnego to to nie jest, aczkolwiek zobaczyć było
warto.
Było też
strasznie
Owszem było, choć nie zawsze. Najbardziej oczekiwanymi filmami grozy roku 2005 wydają się być "Piła", "Egzorcysta: Początek" i "The Ring 2". Tylko ten pierwszy spisał się na miarę oczekiwań.
Egzorcysta to kpina z widza. Tandetne zdjęcia, koszmarne efekty specjalne, fabuła żenująca. Dziwi mnie to, że ktoś ten film w ogóle chciał wyprodukować. Widzowie niestety musieli obejść się smakiem, bo "Egzorcysta" z naszą Izą Scorupco w jednej z głównych ról potwierdził regułę, że sequel nigdy nie dorówna
pierwowzorowi.
Zdaje się potwierdzać to również
The Ring 2. Tej produkcji nie pomogło nawet to, że za reżyserię zabrał się twórca dwóch japońskich wersji filmu. Przede wszystkim "Krąg 2" nie potrafi utrzymać widza w napięciu, ciągłe pojawianie się tajemniczej dziewczynki już nie straszy, a co najwyżej nudzi. Myślę, że fani pierwszej, niemal kultowej już części "Kręgu" byli srodze zawiedzeni, bo przecież szykowała się nie lada okazja na przypomnienie sobie dobrego kina
grozy.
Najlepiej wypada za to
Piła z ciekawą fabułą, niezłą grą aktorów i przede wszystkim klimatem. To podstawowe cechy jakimi charakteryzuje się ta produkcja. "Piła" posiada tą tajemniczość i niepewność, których brakuje dwóm wyżej opisywanym filmom. Jeżeli dodamy do tego dobre zakończenie, to powstaje nam dobry horror, wart
obejrzenia.
a czasami nieco szokująco
Co łączy "Mechanika" i "Sin City"? Na pozór nic, ale tak naprawdę wiele. Przede wszystkim chodzi o element zaskoczenia. Wielu krytyków twierdzi, że
Mechanik w swojej budowie podobny jest do "Memento". Zapewne dlatego, że jest równie pokręcony, ale i dlatego, że prawdziwy powód biegu wydarzeń poznajemy nie na początku, lecz na końcu filmu. W tytułowego mechanika wcielił się późniejszy Batman - Christan Bale. To co jest najbardziej szokujące w jego roli to fakt, że doprowadził swoje ciało, na potrzeby filmu, do tragicznego wyglądu. Schudł blisko 30 kg. co miało fatalny skutek dla niego, ale oszałamiający dla produkcji. Myślę, że Bale uplasował się wysoko wśród aktorów, którzy poświęcili się do odegrania swoich ról.
Sin City jest podobne do "Mechanika" również pod względem zaskoczenia. Niezwykle dokładna ekranizacja komiksu pod tą samą nazwą sprawiła, że i film jest jednym z najlepszych (o ile nie najlepszym) jaki został wyemitowany w 2005 roku w polskich kinach. Przede wszystkim zrezygnowano z naturalności, na rzecz konwencji czarno białej, iście komiksowej, z nielicznymi kolorowymi akcentami,
które zresztą zostały wprowadzone celowo. Z ekranu podczas seansu "Sin City" wylewa się ogromna ilość brutalności, która wbija widza w fotel. Film jednak ogląda się z zaciekawieniem, gdyż zupełnie nie przeszkadza nam owa brutalność. Dzieje się tak właśnie za sprawą komiksowej formy. Czarno-biały facet z siekierą w głowie nie robi na nas takiego wrażenia, gdybyśmy go widzieli w jego prawdziwych
barwach.
a i tak największe pieniądze zebrała daremna
stylizacja
Patrząc na
Ocean's: 12 po roku czasu, wyraźnie zaczynam dostrzegać, iż ten film zdecydowanie nie mógł dorównać swojemu poprzednikowi, ale i że był niewyobrażalnie napompowany. Wręcz tuziny gwiazd na ekranie to istna makabra. George Clooney, Brad Pitt, Matt Damon, Vincent Cassel, Catherine Zeta-Jones, Julia Roberts, Bruce Willis, Andy Garcia to tylko śmietanka, która wypływa na wierzch. Jedynym celem filmu było tak naprawdę zwabienie widzów do kin, wpisując w plakat jak najwięcej znanych nazwisk. Szkoda, że sequel
doskonałego "Ocean's: 11" to tylko cień pierwowzoru, który ani nie dorównuje mu fabułą, ani aktorsko. Bije go tylko na głowę obsadą, a to przecież zdecydowanie za mało.
Podobnie sprawa się ma z
Mr. & Mrs. Smith. Kolejny napompowany do granic możliwości film bazujący na parze aktorów: Pitt i Jolie, którym zresztą towarzyszyły plotki jakoby byli sobie bliscy nie tylko na planie zdjęciowym. Na chwile obecną plotki się w sumie potwierdziły i dużo wskazuje na to, że Pitt będzie tatą dla egzotycznego, adoptowanego przez Angelinę dziecka. A wracając do produkcji. No cóż, mimo całej sympatii dla Brada Pitta nie mogę powiedzieć, że rolą pana Smith'a dorównał swoim wcześniejszym rolom... jakimkolwiek, choćby tą z "12 małp", nie mówiąc już o "Fiht Clubie", czy
"Siedem".
Te dwa filmy to produkcje mające na celu jedno. Skłonienie jak największej rzeszy ludzi do kupna biletu. To się udaje, a za duże pieniądze można stworzyć niezły film choćby pod względem zdjęć, czy efektów
specjalnych.
Polacy próbowali nadrobić ilością
Sporo było filmów polskich w roku 2005. Jak zwykle wiele ciekawego nie mogliśmy zobaczyć. Chociaż jeżeli się dobrze przyjrzeć to jest kilka produkcji godnych uwagi. Pomijając takie szmiry jak
Rh(+), Lawstorant z Michałem Wiśniewskim (o matkoooooo!),
Czas surferów, Persona non grata, czy Mistrz, to zostaje nam np.
Trzeci z Markiem Kondratem, czyli film nie
 |
prezentujący nic nowego (zdziwiłbym się gdyby w polskim kinie dominowała świeżość i spontaniczność), ale za to solidnie wykonany z pomysłem i dobrą realizacją. To również policyjny
Pitbull, w którym zaciekawić może chociażby tematyka. O dziwo jednak wprowadzono nowe spojrzenie na policję, albo... czy nie jest to zmutowana wersja wszelkich "Psów", czy "Krollów"? Może nie dobrym filmowo, ale ciekawym jest
Karol, człowiek który został papieżem. Film w Polsce bardzo dobrze znany, ze względu na śmierć Jana Pawła II. Podobnie ciekawym filmem był
Skazany na bluesa, czyli film biograficzny wokalisty Dżem. Polska opinia dzieli się też w przypadku
Wróżb kumaka. Jedni zarzucają zupełne pogubienie się twórców w sprawach polsko-niemieckich dziejących się na tle cmentarza. Inni twierdzą, że jednak ta produkcja wyróżnia się na tle pozostałych polskich filmów. Na koniec zostawiłem sobie
Komornika, który z dobrą rolą Andrzeja Chyry, raz, że przedstawia ciekawy temat, a dwa, że nie odbiega poziomem w wykończeniu filmu. To sprawia, że widownia wychodzi z kina
zadowolona.
a wyższy poziom i tak zaprezentowały animki
;)
Komputerowe animki, czyli filmy animowane, to w tym roku głównie
Zebra z klasą z polskim dubbingiem w wykonaniu m.in. Tede, ale również
Szeregowiec Dolot, w którym to Polacy próbowali podpiąć film pod znanego nam wszystkim Franka Dolasa. Udało się raczej średnio, gdyż zdaje się duża część polskiej widowni nie załapała aluzji...
.
Za to na dobrym poziomie można było obejrzeć
Madagaskar. "Wyginam śmiało ciało" do dziś dnia plącze mi się gdzieś w głowie nie dając spokoju. Zresztą twórcy "Madagaskaru" odeszli od konwencji "Shreka" jeżeli chodzi o naturalność bohaterów. To co, że postacie są animowane komputerowo, skoro założeniem nie było osiągnięcie idealnego podobieństwa, a raczej pozostania w konwencji filmu rysunkowego. Okazało się to strzałem w dziesiątkę w połączeniu z humorem na wysokim poziomie. Chociaż jak dla mnie pingwiny z "Madagaskaru" ciągle przegrywają z wiewiórem z "Epoki
lodowcowej".
Nieco poważniejsza animację zaserwował nam Tim Burton. Stworzył on swoją
Gnijąca pannę młodą, która potrafiła oczarować widza przede wszystkim wykonaniem. Komputerowo zrobione kukiełki o nienaturalnych rozmiarach hipnotyzują widza sprawiając, że ten nie może oderwać od nich oczu. W ich usta wpleciony został momentami czarny lub szalony humor. Burton okrasił to wszystko przytłaczającym klimatem i wyszła z tego całkiem smaczna potrawa, która z pewnością nie zawiodła widzów.
Mnóstwo filmów lepszych i gorszych. Jak co roku jedne filmy zapierają dech w piersiach i pozostają w pamięci na bardzo długo, a inne zwyczajnie przemijają. Zaraz po wyjściu z kina zapominamy o nich, bo nie chcemy ich pamiętać. Osobiście bardziej ciekaw jestem jednak
»Autor:
|