Recenzje

 

Kim trzeba być, aby zostać prawnikiem? Jakim trzeba być człowiekiem, aby raz surowo domagać się skazania osób podejrzanych o najgorsze zbrodnie, a zaraz potem bronić podobne im osoby. Czy dla prawnika liczy się prawda? Nie. Oni wręcz nie chcą jej znać. Zapewne łatwiej przychodzi im wtedy obrona danego człowieka, nie mają wyrzutów sumienia. Niestety prowadząc dochodzenie, zbierając dowody wychodzą na jaw motywy, okoliczności zbrodni i... prawda.

Martin Vail jest jednym z najlepszych prawników w Stanach Zjednoczonych. Zarabia mnóstwo pieniędzy, lubi pokazywać się w mediach, być na pierwszych okładkach gazet. Jest na nich ze względu na to, iż jest w stanie wygrywać, a na pewno prowadzić najciekawsze sprawy. Nic dziwnego zatem, że oglądając w telewizji pościg za podejrzanym o bestialską zbrodnię chłopaka postanawia z miejsca zabrać się za tę sprawę. I tak jest w rzeczywistości. Martin musi za wszelką cenę udowodnić, że zamknięty w sobie, cichy chłopak Aaron Stampler jest niewinny, pomimo, iż wszystkie ślady wskazują na niego.

Nie ma co ukrywać, że film jest głównie dla tych, którzy lubią filmy sądowe. Zbieranie przez prawników danych i informacji, dialogi dotyczące linii obrony. Wspaniałe monologi na sali sądowej, mające przekonać przysięgłych do tego, iż to oni właśnie mają rację. Mimo wszystko jednak z powodzeniem film mogą obejrzeć i ci, których tego typu filmy raczej nudzą, a to ze względu na postać Aarona Stamplera.

Skoro już o nim mowa to warto podkreślić, że mamy na ekranie dwie gwiazdy. Jedną doświadczoną i jedną wspaniale się zapowiadającą. Tą zapowiadającą się (choć w chwili obecnej zdecydowanie wyszedł już z roli żółtodzioba) jest Edward Norton dla którego "Lęk pierwotny" był drugim w życiu filmem. Nie znam osoby, która nie doceniałaby talentu Nortona. Jest to po prostu człowiek, który umie zagrać wszystko i wszystkich. Mnie osobiście zapadł w pamięć z filmu "Hazardziści", oraz "Podziemny krąg". W "Lęku pierwotnym" widzimy dwa oblicza granego przez niego bohatera. Pierwsza to spokojny, wręcz onieśmielony sytuacją chłopak, który wydaje się nie do końca zdawać sobie sprawę z tego co się wokół niego dzieje. Jednak istnieje również jego drugie ja. Jest totalnie odmienne. To pewny siebie mężczyzna, nadpobudliwy, skory do bójek. I dla tego właśnie faktu przemiany polecam ten film obejrzeć.

Po Richardzie Gere z góry możemy wiedzieć czego się spodziewać. Aktor ten nie zawsze gra na miarę swojej sławy, aczkolwiek w "Lęku pierwotnym" spisuje się doskonale. Zawsze miałem pewien kredyt zaufania jeżeli chodzi o Richarda. Jest w nim pewien magnez który przyciąga, który sprawia, że chętniej ogląda się go niż innego anonimowego aktora, mimo iż w sumie grają na takim samym poziomie.

Akcja "Lęku pierwotnego" wciąga widza niemal od samego początku. Nie ma tutaj jednak silnego identyfikowania się z postaciami, gdyż po pierwsze jest ich dwóch. Aaron może w niektórych budzić współczucie i dlatego mu kibicują, inni będą trzymać kciuki za Martina, któremu grunt sypie się pod nogami, a mimo to musi odnaleźć sposób na wygranie sprawy.

Koniec, czyli to jak zakończy się sprawa nie jest jakąś tajemnicą. Możemy sobie z góry założyć co się stanie i prawdopodobnie będziemy mieć rację, ale ostatnie sceny sądowe mimo wszystko trzymają w napięciu, a to za sprawą ostrego oskarżenia ze strony pani prokurator, który ma spowodować efekt łańcuchowy i do końca nie wiemy, czy to się uda, czy nie. Końcówka filmu ma jednak podwójne dno. Gdy już myślimy, że jest po filmie nagle reżyser Gregory Hoblit drwi z widza przedstawiając mu, a również Martinowi Vailowi zupełnie nieoczekiwany obraz prawdy. Efekt jest taki, iż wbija nas to w fotel i przez jakiś czas możemy tępym i pełnym zaskoczenia wzrokiem oglądać końcowe litery.

 

»Ocena: 6+/10

 

»Autor: Dishman