Recenzje

 

Kolejny super bohater wkracza na ekrany kin. Był Spiderman, był Batman, było jeszcze wielu. Naturalnie to nie jest debiut filmowy Zorra, powstało wiele filmów z nim w roli głównej, a 7 lat temu w faceta z maską na twarzy wcielił się nawet Banderas, któremu partnerowała śliczna Zeta-Jones. Tym razem jest podobnie. Niestety o ile "Maska Zorro" była w stanie jakoś widza porwać, to jej legenda ociera się o dno i szoruje tyłkiem, ostro go kalecząc.

Alejandro de la Vega kontynuuje już od 10 lat swoją zabawę w dobrego chłopca, który ratuje z opresji biednych wieśniaków. Niestety jego żona zaczyna mieć tego dość, de la Vegi ciągle nie ma w domu, nie interesuje się synem, wsiada na grzbiet swojego wierzchowca gdy zabije dzwon, oznaczający alarm i przywołujący jedynego sprawiedliwego. Nie trudno więc dziwić się Elenie de la Vega, że wystąpiła z pozwem o rozwód. W tym samym czasie ma miejsce referendum o przyłączeniu się Kaliforni jako kolejnego stanu USA. Jednocześnie na skutek rosnącej potęgi Stanów Zjednoczonych pewien tajemny zakon postanawia zniszczyć kraj mydłem, a raczej tym co można z niego wyprodukować. Oj, dużo ma na głowie, Zorro... .

Właściwie nie bardzo wiadomo od czego zacząć krytykę, w tym filmie nie ma chyba dobrze wykonanego elementu. Zacząć trzeba od samego Zorra. Będąc małym chłopcem przebierałem się za Zorra dlatego, że imponował mi odwagą, męstwem, był przykładem do naśladowania. Tymczasem reżyser Campbell próbuje przedstawić mi wizerunek bohatera jako człowieka, którego rzuca żona i który popada w alkoholizm. I to ma być dla mnie wzór do naśladowania? Już w "Masce Zorro" przedstawienie bohatera jako pijaka, i łachudrę, było nieco kontrowersyjne. W kontynuacji jest znacznie gorzej. W połowie filmu bowiem "Legenda Zorro" skupia się na próbach odzyskania przez Alejandro swojej żony! A co to ma do jasnej anielki wspólnego z Zorrem?! Nie za to Zorro jest znany na całym świecie. Jak można było zniżyć się do tak marnego poziomu i wyprać bohatera z jego własnej otoczki? Pozbawić wszystkich zalet i obnażyć przed widzem?!

Kolejne niedorzeczne sprawy to pozew o rozwód. Połowa XIX wieku w Ameryce. Ja rozumiem, że kobietom może się to podobać, ale kto to widział pozwy o rozwód w tym czasie?! To tak jakby w filmie o średniowieczu, inkwizytorem była kobieta! Niewyobrażalne dla mnie pomylenie epok już powinno skreślić ten film na poziomie pisania scenariusza!

Aktorsko "Legenda Zorro" wypada jeszcze gorzej. Doborowa obsada, czyli magnetyzujące nazwiska Banderasa i Zeta-Jones to zdecydowanie za mało. Banderas o ile w "Masce Zorro" mógł intrygować, mogliśmy się z nim utożsamiać, to już w sequelu jest cieniem samego siebie sprzed 7 lat. Gra bez polotu i zaangażowania. Brak mu typowej charyzmy, magnetyzowania widza. Na tym poziomie jaki zaprezentował Banderas gra się w horrorach klasy B, a nie w produkcji ubiegającej się o miano hitu.

Zeta-Jones to z kolei kobieta walcząca. Na pozór przykładna żona troszcząca się o rodzinę, a tak naprawdę istna, walcząca Amazonka. Efekt? Wygląda to sztucznie i śmiesznie. Znowu, w "Masce Zorro" aktorka ta oczarowała mnie nie tyle swoją grą, chociaż miała zdecydowanie lepszą rolę, co po prostu urodą. Była pełna tajemnicy, sekretu, który chce się odkryć i wdzięku. W "Legendzie Zorro" gdzieś to wszystko umyka, staje się niezauważalne, jest nijakie. Catherine zagrała słabo i nie ma co tu tego ukrywać.

Najlepiej ze wszystkich zagrał za to koń, czy filmowy Tornado. Jako jedyny posiadał poczucie humoru, co objawiało się jego nieznajomością angielskiego (rozumiał tylko po hiszpańsku), paleniu fajki i piciu wina marki "Wino". Jeżeli dam temu filmowi jakieś punkty to tylko za spojrzenie konia w momencie gdy stał na dachu pędzącego pociągu, który właśnie wjeżdżał do tunelu. Komiczny strach konia, gdy zrozumiał, że nie ma szans zmieścić się wraz z pociągiem w tunelu powala.

Zdjęcia mogę uznać za niezłe, aczkolwiek nie doświadczymy w nich niczego odkrywczego. W tle dźwięczy w kółko ten sam motyw, co przyprawia widza o wściekłą irytację.

Chciałoby się powiedzieć "kończ Waść, wstydu oszczędź", bowiem film Campbella, którego producentem jest Spielberg to żenada jakich mało. Banderas niech lepiej dalej reklamuje jako Zorro Opla, bo to mu wychodzi zdecydowanie lepiej.

 

»Ocena: 1/10

 

»Autor: Dishman