|
Podejmowanie się recenzji filmu tak znakomitego, a równocześnie niedocenianego reżysera (nigdy nie dostał Oskara) jakim jest David Lynch może wydawać się zadaniem karkołomnym. Niemniej jednak, "Blue velvet"; jest dziełem, które poprzez swoją wieloznaczność aż prosi się o kilka słów (a nawet kilka bardzo pozytywnych słów).
Młody student Jeffrey Beaumont wracając z odwiedzin ojca w szpitalu, przypadkowo odnajduje na łące ludzkie ucho. Postanawia to niecodzienne znalezisko zanieść miejscowemu detektywowi Williamsowi, jednak sam nie rezygnuje z chęci rozwikłania tajemniczej zagadki. Szybko okazuje się, że nie tylko on zainteresował się tą sprawą, ponieważ córka detektywa, Sandy, również decyduje się pomóc Jeffrey'owi w odkryciu prawdy. Dowiadują się, że w całą sprawę zamieszana jest miejscowa śpiewaczka, dlatego postanawiają zakraść się do niej i spróbować dowiedzieć się czegoś nowego. Po krótkich przygotowaniach wprowadzają w życie swój misterny plan, jednak nie wszystko toczy się zgodnie z ich zamierzeniami.
Odpowiedź na pytanie, dlaczego ten film jest tak niezwykły i intrygujący nie jest prosta, zważywszy na fakt, że gra aktorska wcale nie powala na kolana. Owszem, Isabella Rossellini, Kyle MacLachlan, Dennis Hopper czy Laura Dern grają dobrze, jednak brakuje w ich rolach momentu zaskoczenia, nieprzewidywalności, czegoś, co potrafiłoby sprawić, że widz oglądałby daną scenę z zapartym tchem.
Jeffrey nie jest jednoznaczną postacią. Początkowo wydaje się być mało rozgarniętym chłopcem, beztroskim, cieszącym się życiem i nieświadomym jakie ono niesie zagrożenia. Najbardziej uwidacznia to scena, kiedy w drodze do szpitala rzuca kamieniami w beczkę.
W tym momencie jest on młodzieńcem, lecz jeszcze nie mężczyzną. W miarę rozwoju akcji, dokonuje się w nim metabola. Zaspokajając swoje detektywistyczne zapędy budzi w sobie prawdziwego mężczyznę. Odkrywa namiętność i pożądanie, prawdziwy strach i odpowiedzialność za drugiego człowieka. W pewnym momencie ryzykuje własne życie w obronie godności kochanki..
Isabella Rossellini potrafiła wykorzystać całą kwintesencję swojej osobowości, aby zobrazować dramat Dorothy Vallens. Piosenkarka wydaje się być nieszczęśliwą kobietą, uwięzioną przez psychopatycznego Franka Booth'a, ale później odkrywamy jej drugą, ciemną i masochistyczną naturę. Okazuje się, że męża nie kocha tak bardzo, jakby to się mogło wydawać z pozoru, a na nowe doznania seksualne jest bardzo otwarta. Tragizm tej postaci dopełnia jej ogromne przywiązanie do syna i troska o jego
życie.
Jednak największe wrażenie wywarła na mnie rola Dennisa Hoppera. Może stało się tak z powodu charakteru tej postaci, lecz muszę przyznać, że gdy Frank pojawiał się na ekranie, można było być pewnym, że będzie działo się coś ciekawego. Zafascynowała mnie dualistyczność wewnętrzna tego bohatera, chyba najbardziej barwnej postaci filmu. Niezwykle ciekawie połączono w nim niemalże demoniczność jego charakteru, brutalność,
z jaką zwracał się do Dorothy i odpychająca dewiacja seksualna, kontrastując je z niezwykłą wrażliwością, szczególnie wobec muzyki. Frank potrafił rozkleić się jak małe dziecko przy melancholijnej nucie, by w kilka sekund później niemiłosiernie okładać pięściami młodego Jeffrey'a. Ta cecha charakteru dodała element tajemniczości, do i tak już pełnej grozy przedstawienia tego bohatera.
Gdy jednak nie gra, to co sprawia, że film zostaje uznany za dzieło niezwykłej wartości? Otóż odpowiedź jest prosta: Dawid Lynch, a dokładniej jego niezwykle widoczna "boska ręka".
"Blue velvet" utrzymany jest niemal przez cały czas w mrocznym klimacie, pełnym lęku i niepewności. Nie ma tu, jak u Hitchcocka, stale rosnącego napięcia, ale występuje coś, co skłonny byłbym nazwać "subtelną tajemniczością z elementami grozy". Z pewnością na taki odbiór tego dzieła niebagatelne znaczenie miała fantastyczna gra światła. Całość filmu jest przeplatana barwnymi oraz ciemnymi scenami, co ma za zadanie potęgować poczucie niebezpieczeństwa. Niezwykle ciekawym
zabiegiem było połączenie początku oraz zakończenia filmu barwną klamrą, która pomimo pozornego chaosu kolorystycznego, sprawia, że obraz ma uporządkowany układ.
Także charakter scen, które sprawiają wrażenie urwanych, nagłe przenoszenie się do nowych lokacji budzi tak widoczną w tym dziele mroczność.
Tak jak w innych filmach Lyncha, symbol jest wszechobecny. Niemal każdą scenę można interpretować na wiele różnych sposobów, które sprawiają, że film zaskakuje swoją wieloznacznością. Kluczowym momentem, pozwalającym odczytać przesłanie Lyncha jest sen Sandy Williams. W ogóle motyw oniryczny jest w całym dziele bardzo żywy, jednak opowieść o drozdach, miłości i światłości pozwala się łatwo odczytać. Film możemy interpretować jako walkę dobra ze złem, lub moralności z zepsuciem. Lynch pragnie
powiedzieć nam, że pomimo twardej walki i ostrych reguł gry, dobro zawsze zwycięża. Potwierdzeniem tych słów zdają się być ostatnie sceny filmu, w których widzimy szczęśliwą rodzinę Beaumont'ów i Williamsów oraz Doroty z dzieckiem. Pojawia się również drozd: symbol nowego życia.
Na koniec pozostawiłem sobie deser z tego niewątpliwie wykwintnego dania, a mianowicie rola muzyki. Melancholijne, spokojne piosenki idealnie komponują się z całością fabuły, spowalniając akcję, dając widzowi możliwość delektowania się nieprzeciętnym głosem Isabelli Rossellini. Jest to ogromny atut filmu.
Nie jest łatwo ocenić pracę Davida Lynch. Z jednej strony gra aktorska stoi na dobrym poziomie, bez fajerwerków, lecz z kilkoma barwnymi postaciami, z drugiej jednak nie można przemilczeć udanej gry światła i cienia, wplątanej w symboliczne przedstawienie rzeczywistości, oraz wspaniałej, hipnotyzującej muzyki, która sprawia, że oglądanie tego filmu staje się czystą przyjemnością.
Fani pościgów, strzelanin i efektów specjalnych będą mogli czuć się nieco zawiedzeni, lecz jestem przekonany, że miłośnicy filmów psychologicznych (do których należę również ja) miło spędzą czas, znajdując w tym filmie coś dla siebie.
Pomimo tego, że nie jest to dzieło, po którego zakończeniu trudno jest podnieść się z fotela od nadmiaru myśli burzących dotychczasowy światopogląd, ale i tak warto je obejrzeć. Z czystym sumienie jestem skłonny dać mu ocenę 8
»Ocena:
8/10
»Autor:
|