|
| Recenzje |
|
|
Horrory można np. obejrzeć w okolicach Dnia Wszystkich Świętych – czyli angielskiego Halloween, według którego różne stacje emitują nam horrory. Obejrzałem taki jeden z zamiarem zmieszania go z błotem, gdyż cierpię na powolne wypalenie (jestem zdesperowany – muszę obejrzeć jakiś kiczowaty film i go zrecenzować, bo nie wytrzymam :P). Zawiodłem się – film, który oglądałem, jest nie tylko niemy, czarno biały i stary, ale także BARDZO DOBRY.
„Nosferatu, symfonia grozy” to film zdecydowanie najstarszy, jaki oglądałem. Ale podany na srebrnej (czarno białej?) tacy. Otóż niejaki Hutter postanawia sprzedać dom hrabiemu Orlokowi. Ów hrabia natomiast zakochuje się w Ellen, żonie Huttera, i postanawia wyruszyć do Wisborga, rodzinnego miasta Ellen i Huttera.
Nigdy bym nie przypuszczał, że film mający ponad 80 lat tak mnie zachwyci. Autentycznie – jestem pod wrażeniem. I mimo tego, że jedyny dźwięk to muzyka (swoją drogą znakomicie pasująca do klimatu filmu, dalej dokładnie to opiszę) i trzeba czytać kwestie aktorów to „Nosferatu” przebija niektóre dzisiejsze horrory. Za sprawą samej muzyki. Kilkakrotnie ciśnienie mi się podniosło jak usłyszałem jakiś „cięższy” kawałek... ech, klasa sama w sobie. Oczywiście, ta muzyka jako sama w sobie jest nie do wytrzymania, ale przy tym, co widzimy na ekranie, jest idealna. Czasem delikatna, spokojna by za moment stać się szybka, nerwowa i w ogóle straszna.
Respekt budzi też sam Orlok alias Nosferatu. Wysoki, łysawy jegomość o charakterystycznych zębach i szponiastych dłoniach (spójrzcie na plakat). Mówi zaiste niewiele, ale samą obecnością zmusza widza do uspokojenia się i uważnego śledzenia akcji. Naprawdę, jak tak patrzył na mnie wciskałem się mocniej w fotel. Podobnie jest z Hutterem – młody, niedoświadczony, by nie rzec głupi, mężczyzna, pragnący szczęścia swojego i żony. Kocha swoją żonę i stara się ją ocalić przed hrabią. A i żona też niczego sobie. Ellen jest naprawdę ładna (według standardów sprzed 80 lat jak i teraz), ale... też gra całkiem nieźle. Także nie ma się co dziwić, że Nosferatu chce ją ukąsić.
A teraz, co nieco o technicznej stronie filmu. Jedyne, do czego mogę się przyczepić, to niektóre ujęcia. Przywodziły mi na myśl spektakl teatralny, zresztą film jest podzielony na V aktów, o ile dobrze liczę. Dodatkowo niektóre wydarzenie są czytane przez narratora ze starej, ręcznie zapisanej kartki (i widać, jak te kartki przewraca! Normalnie odlot.), co zwiększa i tak dobre wrażenie całości. Oprócz tego zmiana miejsca akcji jest przedstawiana w mój ulubiony sposób – częściowe przenikanie się scen. Podobnie jest w każdej części „Gwiezdnych Wojen”, jak akcja jest pokazywana gdzieś indziej. Z tą różnicą, że w tym horrorze obiektyw kamery jest chyba zasłaniany przez jakieś koło – od zewnątrz do wewnątrz. Sympatycznie to wygląda. Dodatkowo niektóre sceny są nienaturalnie przyspieszone, co wygląda może śmiesznie, ale potęguje efekt „dziwności”.
Scenerie filmu to już szczyt mistrzostwa. Dom Huttera i Ellen to obraz ciepły, miły, spokojny, napawający optymizmem, a natomiast domostwo Orloka to z kolei mroczne, ponure zamczysko, przygnębiające swym ogromem (z zewnątrz, bo w środku widzimy tylko jakieś dwa pokoje). Jedyny mankament, jaki może poważnie zepsuć przyjemność z oglądania, to kolory. Wiem, że film jest 80-letnim dziadkiem, ale... niektóre sceny wyglądają na żółte, inne na fioletowe, jeszcze inne zaś niebieskie. Nie wiem, może Ale Kino! ma jakąś lipną kopię, bo wątpię, żeby oryginał tak wyglądał.
Oczywiście, żywię nadzieję, że kiedyś dane będzie mi obejrzeć „Nosferatu, Symfonię Grozy” po raz drugi. Ten film jest naprawdę wart poświęcenia tych minut. To jest prawdziwy, ambitny czarno-biały niemy film. Dziś już takich nie robią, zatem z całego serca polecam czytelnikom dzieło Murnau.
»Ocena:
9/10
»Autor:
|
|