Recenzje

 

Buntowano się już w kinie na różne sposoby. Bez powodu i z wyboru, z przekonania i z konieczności, indywidualnie i grupowo. Rzadko kiedy był to bunt bezpodstawny, choć nie zawsze przynosił efekty. I tak bezlitosna siostra Ratched triumfowała nad niepokornym Randallem McMurphy'm, zaś chłopaki ze Stowarzyszenia Umarłych Poetów skończyli (w sporej części) dość tragicznie. Synonimem kontestacji do dziś pozostaje James Dean, buntownik permanentny, niedościgniony wzór dla kolejnych pokoleń "młodych gniewnych".
Takie kino, jak nietrudno się domyślić, najszersze rzesze odbiorców znajduje wśród ludzi młodych. I to właśnie oni nadali status kultowości jeszcze jednemu z buntowników, trochę mniej spektakularnemu, niż odziany w skórę, rozbijający się motocyklami Dean. A jednak nie mniej intrygującemu.

Benjamina, zagranego bardzo przekonująco przez młodego Dustina Hoffmana, poznajemy w dniu rodzinnego przyjęcia na jego cześć, urządzonego z okazji ukończenia przez niego college'u. Od początku zwraca naszą uwagę jego dziwne zachowanie - świętują wszyscy oprócz głównego zainteresowanego, który wydaje się być zniecierpliwiony i zmęczony zamieszaniem (usprawiedliwionym przecież) wokół swojej osoby. Kolejne dni przynoszą coraz więcej zniechęcenia. do tego dochodzi jeszcze presja ze strony rodziców, aby zacząć wreszcie o studiach myśleć poważnie i już wiemy, skąd się bunt bierze. Zaskakuje nas natomiast to, gdzie znajduje on ujście - romans z dwukrotnie niemal starszą od bohatera sąsiadką, panią Robinson (Anne Bancroft) nie jest raczej tym, co pierwsze przyszłoby nam na myśl. Nie koniec na tym jednak: Ben stwierdza bowiem, że zamiast przez rodziców, jest teraz usidlony i ograniczany przez stanowczą kochankę. Nie wspominając o kacu moralnym, który pojawia się z chwilą poznania jej uroczej córki...
Nagle wszyscy zaczynają mieć do naszego bohatera mniej lub bardziej poważne pretensje. Rodzice - bo nie myśli o przyszłości, kochanka, bo Ben przenosi zainteresowanie na młodszą i atrakcyjniejszą córkę o nieporównywalnie lepszym charakterze, pan Robinson - bo dowiaduje się o romansie żony. To musi prowadzić do trudnych rozstrzygnięć.

Ben nie od razu zyskuje naszą sympatię - od początku jest jakiś nieporadny i słaby. Z czasem jednak obdarzamy go rosnącym zrozumieniem i zaczyna nam zależeć, aby udało mu się rozwiązać życiowe problemy, choć z każdą minutą wydaje się to coraz trudniejsze.

Trudno powiedzieć, co konkretnie decyduje o wielkości tego obrazu. Pewnie wszystko po trochę: znakomita kreacja D. Hoffmana, emocjonalna wiarygodność, która wydaje się być znakiem rozpoznawczym Mike'a Nicholsa, szereg świetnych ról drugoplanowych, czy tez rewelacyjna muzyka (stworzona specjalnie dla "Absolwenta"), autorstwa duetu Simon & Garfunkel, na czele ze słynnymi "Sound of silence" oraz "Mrs. Robinson". A może fakt, że dzieło Nicholsa, jak rzadko który film, tak perfekcyjnie (prawie jak "Powiększenie") oddaje ducha i klimat swoich czasów, przełomowych ze wszech miar lat 60.

Nic więc dziwnego, że w rankingu filmowych buntowników Dustin i jego absolwent zajmuje jedno z czołowych miejsc. Zatem może zanim zaczniemy pieprzyć system, warto się przyjrzeć, z jaką klasą robiono to 40 lat temu? :)

 

»Ocena: -

 

»Autor: Panna Nikt