Recenzje

 

... bo są takie filmy, których nie da się ogarnąć za pierwszym razem. Choćbyś, czytelnikowidzu, najuważniej w świecie się dziełu przyglądał, choćbyś momenty łapał z gracją Kałużyńskiego, zawsze coś umknie Twojej uwadze. "Osiem I Pół" należy do takich właśnie filmów - filmów genialnych, na których geniuszu nie jest łatwo się poznać od razu i w całości. Najgorsze, że nie da się o nich zbyt wiele napisać tak, by dać widzowi do zrozumienia o co chodzi. Spróbujmy jednak.

Film obfituje w sceny. Jakkolwiek głupio by to nie brzmiało, tutaj ma swój sens. Widz nie ma praktycznie ani chwili wytchnienia, a w ekran gapi się bezustannie i strach mu uronić choćby i sekundę. Żeby to zrozumieć - skrót fabuły: Guido, główny bohater, jest reżyserem. Reżyserem, dodajmy, bez natchnienia - nie wiadomo czy utracił je nagle, czy też tak naprawdę nigdy go nie miał (sam określa siebie jako "kłamcę bez talentu"). Przyjeżdża do luksusowego uzdrowiska razem z całą ekipą, by rozpocząć zdjęcia i jednocześnie ukoić skołataną duszę. Wszystko wydaje się być pod kontrolą, role są obsadzone, scenografia niemal gotowa, pozostaje tylko kręcić... A tu zonk. A jaki zonk? A to już zobaczycie.

Co najważniejsze, mamy ukazany dramat człowieka, zmagającego się z samym sobą. W jednym momencie, w kilka dni zaledwie, wszystko, co miało już nie powrócić - powraca. Wszystko, co do tej pory nie przeszkadzało - przeszkadza. Zamęt osiąga apogeum, wszyscy rzucają się na bohatera niczym sępy, on zaś, nie potrafi nadążyć za rzeczywistością. Stara się jak może, próbuje nie zagubić się w gąszczu urywanych rozmów, natrętnych przyjaciół, pięknych kobiet i powracających jak bumerang obrazów z przeszłości. Czuje się coraz bardziej tłamszony i uciskany. Intelektualiści mają wątpliwości co do walorów filozoficznych jego filmu, kardynał krzywo patrzy na obraz kościoła, aktorka domaga się objaśnienia roli, żona podejrzewa go o zdradę na każdym kroku, dawni przyjaciele wydają się być kompletnie obcy. Wszystko to tworzy unikatową mieszankę, podaną z pomysłem i niesamowitą precyzją. Słowa, których w tym filmie nie brakuje, są w większości bez znaczenia - ale ich niesamowity natłok znakomicie symbolizuje postrzeganie świata zewnętrznego przez Guida i jego nieporadność. Bo w istocie całą akcję obserwujemy z jego perspektywy. Jego wspomnienia, jego widziadła, jego urojenia i jego niepokój.

Film jest niesamowitym kolażem. Fellini zawarł w nim, oprócz wątku głównego, wiele typowych dla siebie elementów. W istocie dzieło to powstaje na skrzyżowaniu realizmu scen i postaci, surrealizmu scen i postaci, onirycznych wątków oraz sentymentalnych, postrzępionych obrazków. Każda z tych konwencji służy jednocześnie groteskowej demaskacji i ośmieszeniu rzeczywistości, każda z nich zakrzywia i deformuje obraz. Każda z nich wreszcie, jest niesamowicie spójna i zgodna z tematem - i niesie metaforycznie znaczenie. Choćby czytająca w myślach kobieta, konstrukcja ogromnej rakiety, czy też bezimienna postać, grana przez Claudię Cardinale, ochrzczona oficjalnie Muzą (pojawia się w snach, by następnie zmaterializować się i wyłożyć widzowi sedno filmu:)). 

Coś, co urzeka już od pierwszej sceny, nie może być chłamem - a przecież trzeba zobaczyć film co najmniej dwa razy, by pojąć znaczenie onirycznego początku, w którym reżyser umiera we własnym samochodzie, a jego dusza kieruje się ku niebu. Problem w tym, że bezimienny człowiek, stojący na ziemi trzyma sznurek, oplatający stopę Guida i ani myśli puścić. Tak od siebie dodam, że moja ulubiona scena to tresura haremu za pomocą bata w rytm muzyki Wagnera. To trzeba zobaczyć. 

W istocie Fellini dokonał w tym dziele istnego samosądu. Sam scharakteryzował swoją twórczość, sam obrzucił się mięsem, wyciągnął wszystkie opinie krytyków i dziennikarzy, wrzucił do kotła i - volia! Pokornie pozwolił się ośmieszyć, ośmieszając równocześnie innych. Wiele dialogów i sytuacji przemawia za autotematycznością tego filmu, choćby rozmowy Guida z przemądrzałym intelekutalistą-stoikiem, który od początku nie wierzy w sens przedsięwzięcia. W istocie to rodzaj sztuki, który pomaga twórcy w oczyszczeniu - a że nie można znaleźć lepszego tematu niż własne zmartwienia, wychodzą z tego niesamowite dzieła. Cóż wyszło z tego filmu? Finał zmienia dramatyczną historię w istną apologię życia i siły twórczej. Na końcu tak czy siak wygrywa artysta - wolny artysta. 

O tym filmie można by długo i bez sensu. Według mnie jednak - nie warto. Ten film trzeba obejrzeć, do czego ja tylko chciałem zachęcić. Oczywiście, Mastroianni jest charakterystyczny i świetnie odnajduje się w roli, muzyka dodaje całości groteskowego posmaku (piękny walc, tak w ogóle), zdjęcia, choć czarno-białe, są nienaganne plastycznie i urzekające... Nudy praktycznie brak. Wady? Ten film ma jakieś wady?

No, może miłośnicy cytatów i myśli przewodnich będą zawiedzeni. Tak czy siak, to arcydzieło kina europejskiego lat sześćdziesiątych i nie tylko. Film się nie starzeje, dlatego też warto, warto, warto.

 

»Ocena: 10/10

 

»Autor: Obywatel