Styl

Zerkam, spozieram, rzucam okiem, spoglądam, a być może nawet patrzę na zegarek. Do końca wykładu zostało jeszcze piętnaście minut. Koncentracja gdzieś się ulotniła, a zniecierpliwienie hula po sali niczym jesienny wiatr po sadzie w bezksiężycową noc: to podrzuci w górę czyjś zrozpaczony wzrok, to przegoni po twarzach wyraz melancholii, to zaszeleści w kącie czyimś zrezygnowanym narzekaniem, niby opadłymi liśćmi targanymi wśród traw. Czasem przysiądzie na lampie i przez chwilę wydaje się jakoby go nie było. A gdy już spokój zagości w sercach i umysłach tej steranej i beznadziejnej gawiedzi; gdy krew w żyłach znów zacznie płynąć swym młodzieńczym, żywym rytmem; gdy wreszcie w oczach pojawi się iskra zainteresowania, wtedy właśnie, w tej chwili pozornej Arkadii, uderza ze zdwojoną siłą znużenie, ten duch nieczysty, ten grom ciśnięty przez Zeusa z chmurnego Olimpu.

Albo:
A węże gnuśności pełzają po sali, ogień mają w oczach i nienasycenie. Wiją się po podłodze, pokrywając ją swym śluzem lepkim i smrodliwym. Ich padalcowate ciała oplatają nogi stołów, prześlizgują się po butach niezauważone. Pod naszymi ubraniami przetacza się ruch jakiś powolny, precyzyjny, pulsujący wyraziście, nabrzmiewający, próbujący się wydostać, wyrazić. Wychyla w końcu swoje gadzie głowy z naszych rękawów, zza kołnierzy, sycząc coś złowrogo do uszu, owijając się wokół szyj, wplatając we włosy, wpełzając do ust i nozdrzy. Na to wszystko spogląda z góry ogromna kobra, wisząca na lampie tuż nad głową profesora, gotowa do ostatecznego skoku. Pokryta złotą łuską królowa wydaje się odwlekać swój atak w nieskończoność, choć wszyscy doskonale wiemy, że musi on nastąpić. Wpatrujemy się jak urzeczeni w to piękne, majestatyczne ciało - które nagle wypręża się, przecina zygzakiem powietrze, dopada profesora, powalając go na ziemię i wgryzając się swoimi jadowymi zębami w jego starą, pomarszczoną skórę.

Albo:
W duszach studenckiej braci nuda rozpanoszyła się niby poranna mgła w górskiej dolinie. W mlecznej poświacie znikło całe piękno wiosennego lasku. Ptaki - daremnie kolorowe - zaszyły się w koronach drzew. Spłoszone jaszczurki wychylały tylko pyszczki z gąszczu poszycia. Nawet żuki, zawsze niezmordowanie pracujące, teraz schroniły się w wilgotnym cieniu pod kamieniami. Wszystko utraciło barwę, wyblakło, niemal przestało istnieć. Całe życie wyciekło, gaik wydawał się opuszczony. Cisza panowała śmiertelna. Las czekał.

* * *

No i niby można polecieć jakąś kiepską podróbą Leśmiana czy nieudolnym Schulzem, jakimś metafizyczno-oniryczno-parapsychologiczno-poetyckim klasycyzmem. Można dorzucić parę rusałek, kilka krzatów, dusiołków i innych południc, ale - po co? Dlaczego mam pisać, że pomarańczowa tarcza tonęła w morzu, rozlewając po niebie łunę ekstatycznych barw, kiedy mogę wyrazić to samo słowami: słońce zachodziło? Po co udawać? Po jaką cholerę uciekać się do metafor, anafor, kalafior? Czy potrzebny jest taki słowny onanizm na świecie, na którym człowiek gwałci drugiego, a potem podpala mu włosy i przecina sekatorem podbrzusze? Więcej: czy jest on dopuszczalny, czy godzi się tak pisać? Jak ma się artystyczne uniesienie do tego, że poeta, tuż po opisaniu wniebowzięcia dwojga nieszczęśliwych kochanków, idzie do ustępu i ze swoich kiszek wydala ciemnobrązowy, śmierdzący stolec?

Oczywiście przesadzam. Bo niektórzy najwidoczniej świat postrzegają jako miejsce pełne magii, a sny wydają im się częstokroć realniejsze od jawy. To są ci prawdziwi artyści, widzący w milionach barw, słyszący muzykę sfer, czujący feerię zapachów, przeżywający każdą chwilę wszystkimi zmysłami. Wrażliwi na niezwykłość zwyczajnego dnia, zachwycają się biedronką mozolnie wspinającą się na źdźbło trawy lub jesiennym lasem pełnym zapachów i kolorów. Przyroda przemawia do nich przemianą pór roku. Każdy kontakt z naturą doświadczają jako przeżycie mistyczne, religijne. Świat - piękny i harmonijny - jest ciągłą przemianą, w której śmierć i zniszczenie są tylko drogą do odnowy, kolejnymi z faz cyklu, trwającego nieprzerwanie, mającego sens. Sens, którego nie można zrozumieć, który można jedynie poczuć w olśnieniu chłodnego, majowego poranka.

Ale są i inni - niedowidzący, nieczuli na metafizyczne piękno, zbyt wpatrzeni w siebie, żeby dostrzec pełnię istnienia. Dla nich świat nie jest doskonale funkcjonującym organizmem, w którym każda muszka i każdy obłok ma swoje miejsce. Oni raczej postrzegają rzeczywistość jako chaos przyczyn i skutków, gmatwaninę niezależnych sił. Nie chcą uznać teleologiczności i wewnętrznej spójności wszechbytu. Sądzą, że to, co widzą, jest mniej więcej tym, co istnieje. Ślepo wierzą nauce i rozumowi, bo nie mają wiary w Absolut. Nie uważają życia za cud i dar, lecz za coś, co im się przytrafiło i co jakoś muszą wykorzystać, zanim się skończy. Bardziej ufają prozie życia (jako czemuś dotykalnemu, dającemu się zweryfikować za pomocą zmysłów) niż poezji istnienia (która do nich nie przemawia, którą uważają za marzycielstwo i chciejstwo). Nie umieją tworzyć rzeczy pięknych, zapierających dech w piersiach - jeśli już próbują coś namalować lub napisać, jest to zawsze proste (jeśli nie prostackie), z niezdrowymi ciągotami do weryzmu i dosłowności. Nie ufają wyrażaniu świata nie wprost, niechętnie spoglądają na te wszystkie rajskie ogrody, jednorożce, anielice, od których roi się w wierszach i prozie poetyckiej. Mają w sobie coś z masochistów: chcą być przez film czy książkę sponiewierani, zranieni. Lubią tematykę rynsztoku, brudu, pociągają ich mroczne zakamarki miast i umysłów. Może to dlatego, że w gruncie rzeczy są zgwałconymi idealistami.

Jasne, że jako przedstawiciel tej drugiej grupy chciałbym wierzyć, że to my, ślepcy, mamy rację, a nie ci rozmarzeni poeci. Też dobre: mieć rację - to pragnienie bardzo w naszym stylu, bo przecież albo my, albo oni, coś jest czarne lub białe, binarność myślenia i postrzegania świata przejawia się w tym stwierdzeniu w pełnej krasie. Z braku umiejętności syntezy, zajmujemy się analizą, rozkładem. Nie potrafimy - jak Coelho i jego pociotki - uwierzyć, że marzenia się spełniają, jeśli tylko bardzo się tego chce, bo mamy ten feler, że wciąż pamiętamy o krematoriach i czujemy mdły swąd palonych ciał. Pewnie dlatego mniej nam pachną kwiatki i morska bryza. Ale cóż, każdy ma swój sposób na ucieczkę. Smacznych snów, Paulo.

Phnom Penh
phnom@go2.pl