a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m
|
ArtiSm (pure)
Uznaj, pojmij, nie jesteś sobą, nigdy nie jesteś sobą, nigdy, z nikim, w żadnej sytuacji; być człowiekiem to znaczy być sztucznym. Bywa, iż sobą zdumiewam siebie. Witold Gombrowicz.
|
.
|  |
Są. Owszem, bywają takie dni, kiedy chciałbym żeby ten świat był tylko pokręconym marzeniem sennym jakiegoś przepoconego deliryka. Ja. Ja to i ty. Ja, ty to i my. My, to i ludzkość. W jego głowie. Wymyśleni nie wiadomo czemu. Wówczas naszym końcem, tą upragnioną apokalipsą nie byłaby wojna anielsko - piekielna (ten odwieczny zatarg Lucyfera z Archaniołem Michałem), lecz okazałby się nią zwykły dźwięk budzika, wyrywający deliryka z pijackiej maligny... 'A ci, którzy czekali gromów są zawiedzeni. Lecz innego końca świata nie będzie'. A ostatnim spazmem naszej egzystencji byłaby wówczas poranna, efemeryczna pamięć o nas przyprawiająca Go o mdłości! W końcu przerażony tym wspomnieniem wyrzygałby całą ohydę stworzenia i skwitowałby to mimowolnym upadkiem we własne żygowiny. Upadkiem do diabła SYMBOLICZNYM! Porażka. Dwa kieliszki i flaszka. I tylko ślady po... pokoleniach.
Wiesz co - przestań. Przestań już myśleć. Przestaw się z syntezy na analizę. Z bycia Demiurgiem na bycie Pasożytem... Awaiting connection... connetion received. Rozejrzałem się po pokoju. Jest dopiero ósma rano, a ja już jestem skrajnie wyczerpany. Ten dzień jest jak misja treningowa, jak pieprzony tutorial - masz kilka schematycznych celów do zrealizowania, nie chce Ci się ich kolejno zaliczać, ale jest to niezbędne do świadomego przejścia gry (a w mym przypadku życia). Mam jeszcze czas. Na uczelnię, na to słodkie jak bluszcz, bijące blichtrem łono Alma Mater wybiorę się o dziewiątej. Spoglądam na roześmiane twarze ludzi z reklam. 'Jest super, jest super, więc o co ci chodzi?' My też jesteśmy fajni (...) pomaga na bóle menstruacyjne (...) przyszłość jest jasna (...) fajne masz pomarańczki. Jak mogliśmy tak to spłycić? Jak mogliśmy tak to spieprzyć? My ludzie. Human rase. Or should I say disease? Coraz więcej ludzi, coraz mniej nas...
Spakowałem cały stuff do naramiennej torby i ruszyłem w miasto. Zmęczone, opuchnięte twarze ludzi w autobusie. Brak ostrości obrazu, kłopoty z fonią. Mój iPod uraczył mnie tym, jakże nielubianym przez nastoletnie onanistki napisem: LOW BATTERY. Wysiadam przystanek wcześniej niż zwykle. Chyba uzależniłem się od wolnych rodników wywołanych dostępem rozrzedzonego, porannego powietrza. Docieram na uczelnię. Skoro jestem wcześniej, to wstąpię do biblioteki. Wchodzę. Mym czerwonym, przekrwionym jak u dhampira oczom ukazuje się widok stłoczonej na małej przestrzeni masy ludzkiej, czy raczej studenckiej. Czekam. Żeby chociaż powietrze tu było. Ale nie - zabrano mi i ten stymulant. Stimpaki się skończyły. Out of them. Weź pan pilnuj kolejki i nie narzekaj. Jakaś rozwrzeszczana, libidalna, pulchna brunetka ładuje się na mnie z całym impetem. Próbuję się skupić i dokonać pobieżnego przeglądu technicznego moich osłon. Kapitanie - proszę na mostek. Houston - mamy problem.
Brunetka patrzy na mnie rezolutnie, lecz nie dostrzega reakcji. Raczej obojętność, którą skrzętnie wykorzystuje. I choć to ona na mnie wpadła, mówi coś o braku kultury, o kolejności, o potrzebie patrzenia przed siebie. Lecz nie to co mówiła, a sposób w jaki to mówiła zwrócił mą uwagę. Dostrzegłem jej zęby. Białe zęby. I te zęby stały się kosmosem, który przemierzałem. Wypełniły przestrzeń. Tylko ja i moja przestrzeń. Ta białość była w świetle poczęta i w niej się zatraciłem. Porwały mnie jej siekacze, ta biel mleczna ich cudowna, ta wszechzapładniająca siła w nich! Coś było w nich spazmatycznego, gorącego a jednocześnie tak przyjemnie uspokajającego. I ta wielość ich, ta druidyczna likantropia. Ta barwa bezbarwna! Lecz ktoś wyciągnął wtyczkę, ktoś odłączył mnie od tego źródła, ktoś zamknął usta swoje.
Odurzony paradontycznym blichtrem odpowiedziałem półświadomym przekazem. Uspokój się białogłowo! (białozębno?) Wyrównaj jing i yang - przywróć równowagę myślom swym wzburzonym, wyczyść dysonans na falach swego chi. Poraziła mnie uśmiechem i przywróciła wiarę w ludzi. Była Valkirią w mojej Valhalli. Bo sprowadziła mnie tą mleczną wiązką na tor asymilacji społecznej. Bo w tej szklance mleka znalazłem słowo 'przepraszam'. Z rana jak śmietana - nasze serki są najlepsze! Spożyj nim zadzwoni Świstak! 'Jest super, jest super, więc o co ci chodzi?'
aNomaLy
PS. Tekst jest owocem mojego literackiego zafascynowania twórczością Gombrowicza. Jeśli to dla niektórych zbyt trudne w odbiorze - przepraszam. I w tym przepraszaniu jestem przepraszającym i przepraszanym jednocześnie...
PS2. Czytajcie Gombrowicza!
|
|
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m
|