A po nas choćby potop.
(O dwóch takich, co zgarnęli Polskę)
Trudno, bardzo trudno mi rozpoczynać takie teksty. Nigdy nie wiem, czy lepiej jakoś efektownie zachęcić do czytania czy zwyczajnie wyłożyć kawę na ławę i powiedzieć: to będzie stricte polityczny tekst, kto się nie interesuje, może już przejść do następnego arta. Ja teraz będę już tylko smęcił.
Powiem szczerze, że długo się zbierałem z napisaniem tych słów. Wcześniej nie miałem na to po prostu siły, teraz… teraz chyba jednak chcę zabrać głos. Bonus dla ewentualnych polemistów: można mi zarzucić stronniczość, naiwność i wyrywanie z kontekstu. To teraz przeczytacie?
Cóż przedstawiają? Goście pytali ciekawi,
Za czym Wojski podnosi laskę i tak prawi
(Tymczasem podawano wódkę przed jedzeniem):
Za mych Wielce Mościwych Panów pozwoleniem
Te persony, których tu widzicie bez liku,
Przedstawiają polskiego historię sejmiku,
Narady, wotowanie, tryumfy i waśnie;
Sam tę scenę odgadłem i Państwu objaśnię.
Jeśli ktoś jeszcze przed kampanią parlamentarną miał jakiekolwiek wątpliwości co do sposobu jej rozgrywania, to nasi politycy bardzo szybko mu je rozwiali. Może nie zaserwowano nam papki, z której sami musieliśmy sobie wyłowić istotę sprawy, ale dostaliśmy równie bezsensowne rozwiązanie. Oto (i mówię już w kontekście obu kampanii – prezydenckich i parlamentarnych, bo doprawdy – niewiele się różniły – co już zakrawa na czysty paradoks) zostały nam przeciwstawione dwie wizje Polski – socjalna i liberalna. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że… na tym poprzestano. O jakiejkolwiek dyskusji programowej mogliśmy zwyczajnie zapomnieć – PiS wołał „Fe! Liberałowie!”, na co Platforma odpowiadała „Ohydni socjaliści!”.
Wprawdzie tam w drugiej kupie szlachta pilnie słucha,
Ten ręce za pas zatknął i przyłożył ucha,
Ów dłoń przy uchu trzyma i milczkiem wąs kręci,
Zapewne słowa zbiera i niże w pamięci;
Cieszy się mówca widząc, że są nawróceni,
Gładzi kieszeń, bo kreski ich już ma w kieszeni.
Kontrargumentów tak naprawdę nie było. PiS zbijał wszystko odwołaniami do „strasznego planu Platformy”, z kolei PO nie odpowiadało… wcale. Nie odpowiedzieli, gdy nawołujący o kampanię merytoryczną PiS wyciągnął reklamę z pluszakiem znikającym z dziecięcego pokoju i jedzeniem, które również wyparowywało z lodówki, a wszystko okraszone hasłem, że program Platformy doprowadzi do takiego właśnie stanu rzeczy. Wszystko ładnie, pięknie – może nie najuczciwiej, ale chyba jeszcze w granicach dobrego smaku. I co w takim newralgicznym momencie robi Platforma? Otóż nic, absolutnie nic! Ponoć panowie dysponują własnymi wyliczeniami, które przeczą czarnemu scenariuszowi przedstawionymi przez PiS, ale kto ich słucha? Jeśli Polak zobaczył w reklamie niezwykle obrazowy cios wymierzony w PO, to przecież puste według niego słowa polityków broniących się przed tym atakiem w bodaj tylko jednym programie publicystycznym były już niczym. Co więc powinna zrobić wtedy PO? Na pewno nie siedzieć cicho. Druga strona wytoczyła już tak poważny argument, że niedopowiedzenie na niego było błędem z gatunku karygodnych i, niestety, ważących na końcowym wyniku.
Lecz za to w trzecim gronie dzieje się inaczej:
Tu mówca musi łowić za pasy słuchaczy,
Patrzcie, wyrywają się i cofają uszy;
Patrzcie, jako ten słuchać od gniewu się puszy,
Wzniósł ręce, grozi mówcy, usta mu zatyka,
Pewnie słyszał pochwały swego przeciwnika;
Ten drugi, pochyliwszy czoło na kształt byka,
Powiedziałbyś, że mówcę pochwyci na rogi;
Ci biorą się do szabel, tamci poszli w nogi.
Prawdziwa burza rozpętała się trochę później. Walczono Wermachtami i hospicjami, a „ciemny lud” reagował zupełnie odwrotnie, niż wydawałoby się że powinien. Jeżeli w sytuacji, gdy czołowy polityk PiS-u wyciąga nieprawdziwe oskarżenia wobec lidera przeciwnego ugrupowania i nie ma to żadnego wpływu na sondaże, to coś tu jest nie tak. Zdrowy rozsądek podpowiada, że wyborcy powinni albo mu uwierzyć i w takim przypadku wycofać poparcie dla Tuska, albo potępić oszczercę i zabrać swój głos z szali Kaczyńskiego. Tymczasem nic podobnego się nie stało, społeczeństwo jakby nie widziało/nie chciało widzieć jak ugrupowanie, które wzywało do merytoryki obrzucało błotem przeciwnika. Na odpowiedź tym razem nie trzeba było długo czekać, ale tu znowu spieprzył sprawę sztab Donalda. Bo poruszanie tematu warszawskich hospicja w sytuacji, gdy dotacje tak naprawdę zmalały minimalnie, to nie był rozsądny ruch. Myślę, że najwięcej wyborców odeszło od Tuska właśnie w tym momencie, chociaż co innego mówiły sondaże (ale do tych słupków wrócę później).
Jeden między kupkami szlachcic cichy stoi,
Widać, że człek bezstronny, waha się i boi,
Za kim dać kreskę? Nie wie i sam z sobą w walce,
Pyta losu, wzniósł ręce, wytknął wielkie palce,
Zmrużył oczy, paznokciem do paznokcia mierzy,
Widać, że kreskę swoję kabale powierzy:
Jeśli palce trafią się, da afirmatywę,
A jeżeli się chybią, rzuci negatywę.
A co robił wyborca przy urnie? Cóż, być może nawet myślał. Pewnie też chciał dobrze, ale wiecie, jak to u Polaka – tylko chciał, a wyszło jak zawsze. Z wielkim niepokojem obserwowałem ludzi w swoim lokalu wyborczym (w bardzo małej miejscowości). „Na tego, co to ma taki ładny garnitur”, „Na Leppera, może on tam porządek(!) zrobi”, „Na Cimoszewicza” „Ekhem… ale on się przecież wycofał…” „Tak? No to… to… na Giertycha!” A to tylko przykłady, bardzo wybiórcze streszczenie tego, co słyszałem i czasami widziałem, bo miejsca za parawanem były tylko trzy, a w pokoju tłumek osób, którym czekanie na pewno nie było na rękę. Tylko czy pośpiech jest rzeczywiście aż tak wskazany przy najważniejszym wyborze w demokratycznym państwie? Śmiem twierdzić, że nie. Nawet, jeśli ktoś wszedł do lokalu z w miarę wyrobionymi poglądami, to w środku mógł zwyczajnie zgłupieć – i często tak się właśnie działo. Psychologia tłumu mogła zadziałać zwłaszcza na wsi – tam ludzie wręcz nawoływali do głosowania na Kaczyńskiego, bo jak to tak – przecież w radiu mówili (wiadomo, w jakim radiu…), przecież ksiądz mówił, przecież Tusk jest zły… No właśnie, droga Pani W Chustce Na Głowie, a cóż to pani takiego złego zrobił Tusk? „Oj, bo on taki… taki dziwny jest. I tego dziadka miał co Niemcom pomagał…” Mhm. Kampania merytoryczna jak jasna cholera.
I tak to mniej-więcej wyglądało. Teraz kilka spraw, o których może nie wszyscy wiedzą, a które może parę osób powinno przyjąć do wiadomości. Jest już po kampanii, więc nikt mi nie zarzuci, że chęć agitacji zaślepiła mi prawdziwy obraz.
Brat prezydenta-elekta, Jarosław, zniknął z mediów na ponad tydzień. Ruch ten, z pozoru nic nie znaczący, był bardzo, bardzo ważny. Ze świadomości obywateli wymazał się obraz, którym tak bardzo straszyła Platforma: rządów dwóch braci. Już w tym momencie mogę tylko pogratulować doskonałej zagrywki taktycznej, tylko jeśli lud uwierzył, że skoro Jarosław usunął się w cień, to go nie ma i nie będzie, to Jacek Kurski miał jednak rację i lud może nie jest ciemny, ale kompletnie ignoruje wszystkie zagrywki, o ile mu ich ktoś nie wyłoży jak uczniowi w pierwszej klasie podstawówki.
Czemu Kaczyński tak wyraźnie wygrał na wsi, a przegrał w miastach, choć już nie tak znacznie? Najpierw wieś: nie wiem, jak było gdzie indziej, ale mogę przytoczyć to, co widziałem ja. Mieszkam dość daleko od lokalu wyborczego, więc by głosować musiałem zabrać się z moim ojcem i być na mszy. A co na niej? Uwaga, cytuję: „Zostało dwóch liczących się kandydatów. Każdy zagłosuje zgodnie z własnym sumieniem, ale niech to będzie kandydat PRAWY I SPRAWIEDLIWY. I katolik.” Koniec cytatu. Może i to było sprytne ominięcie ciszy wyborczej, ale po czymś takim wybuchnąłem po prostu śmiechem z nadzieją, że może nie wszyscy potraktują to serio. Jednak… Zdecydowana większość osób głosowała zaraz po wyjściu z kościoła. Jeśli potraficie kojarzyć fakty, to łatwo możecie już sobie odpowiedzieć na pytanie, czemu wieś poparła Lecha Aleksandra.
W mieście nie ma kościołów? – spyta ktoś bystrzejszy. To ja odpowiem: owszem, są. Ale w miastach niedzielny dzień nie wygląda jak na wsi, gdzie rodzina zwykle udaje się co tydzień do kościoła całą kupą, słucha pogadanki i wychodzi z wypranym do cna mózgiem. Tu (na wsi się znaczy) słucha się tego, co mówi duchowny i częstokroć przyjmuje się jego poglądy jako swoje. Szali tak naprawdę nie przeważyło Radio Maryja, które ma już raczej marginalną słuchalność – największym ciosem było to, że praktykującym katolikom wmawiało się, że Kaczyński to znaczy przyszłość, a Tusk to prawdziwy Armagedon…
Miastowi wiedzieli też jeszcze jedną, bardzo ważną rzecz: plan socjalny Kaczyńskiego bardzo fajnie wyglądał w różnych reklamówkach, ale, do cholery, ktoś za tą socjalność musiał przecież zapłacić! To nie jest tak, że budżet można naginać i naginać. Ulgi dla tej biedniejszej części społeczeństwa oznaczają, że kasę na nich wyłożą nie tylko ci najbogatsi, ale także ci, którym powodzi się tylko trochę lepiej, niż wynosi średnia krajowa. Kim więc jest Lech Kaczyński? Współczesnym Robin Hoodem, tyle że działającym w majestacie prawa. Szkoda tylko, że nie zobaczymy go w zielonym ubranku i w rajtuzach – dla takiego widoku oddałbym nawet moją przyszła pensję za jeden miesiąc.
Wiecie, ja jeszcze dwa tygodnie temu miałem nadzieję napisać ultraobiektywny tekst o kampanii made In Poland. Niestety wyszło, jak wyszło – przegrałem te wybory ja, przegrało kilka milionów ludzi, którzy zaufali liderowi Platformy. Muszę więc zakończyć tak, a nie inaczej. Poczucie porażki będzie mi towarzyszyło jeszcze pewnie bardzo długo. Kiedy telewizje podały pierwsze wyniki jeszcze miałem nadzieję. W końcu nie takie rzeczy się zdarzały, wszystko jeszcze mogło się odkręcić. A potem… potem wysłuchałem przemówienia Kaczyńskiego i zrozumiałem, że już wszystko stracone i ten człowiek jest po prostu pewny zwycięstwa. Wreszcie nastąpiło oświadczenie Donalda. Co by nie mówić, zachował się z klasą i powiedział dokładnie to, co jego zwolennicy pewnie chcieli wtedy usłyszeć. Żałowałem, że nie mogłem być razem z nimi w tamtym miejscu i wspólnie skandować imienia człowieka, który w moim mniemaniu był gwarantem lepszej przyszłości dla Polski i przez długie miesiące dawał nadzieję na naprawdę dobrą prezydenturę. Kiedy skończył nie wysłuchałem już kolejnych wywiadów zwycięzcy dla poszczególnych stacji. Wróciłem do swojego pokoju i przez chwilę nawet płakałem wciąż nie mogąc uwierzyć w to, co się stało. Przecież to nie tak miało wyglądać, moje pierwsze wybory i od razu porażka na całej linii? Czy to znaczy, że większość społeczeństwa ma naprawdę tak odmienne poglądy od moich? A może to ja się pomyliłem i zwyczajnie popełniłem błąd skreślając krzyżyk? Nie, tę opcję od razu odrzuciłem. Jeśli już w coś wierzyć, to do końca.
Wszyscy ci, którzy byli przekonani o zwycięstwie Tuska i nie poszli na wybory mogą sobie teraz pogratulować braku odpowiedzialności (albo zwyczajnej głupoty – nazywajcie, jak chcecie). Szkoda też, że nie wszyscy zawsze znajdowali w sobie cywilną odwagę, by zgodnie z prawdą odpowiedzieć na całkiem proste pytanie ankieterów: Na kogo Pan/Pani zagłosuje w wyborach prezydenckich? Bo o ile Tusk był całkiem „modny”, to już popieranie Kaczyńskiego mogło być dosyć niepopularne i jego „cisi zwolennicy” mówili, że na wybory nie pójdą, albo wręcz że zagłosują na drugiego kandydata. No bo jak inaczej tłumaczyć sobie tak drastyczne różnice w sondażach i potem w ostatecznych wynikach? Najpierw 53-47, a potem 46-54?! Ludzie, zacznijcie wy w końcu traktować sprawy państwa poważnie i miejcie jakąś wewnętrzną odwagę, by jasno opowiedzieć się za którąś, obojętnie którą frakcją i bronić swoich poglądów, a nie cichcem stawiać dwie kreski w dokładnie przeciwnym kwadraciku niż to deklarowaliście!
A co mamy teraz? Ogromne zamieszanie przy tworzeniu rządu. Sytuacja zmienia się z godziny na godzinę, ale by ten tekst nie stracił na aktualności muszę go wysłać dzisiaj, w dniu, który powinien być dniem zaprzysiężenia nowego rządu. Czy będzie? Wy już znacie odpowiedź.
Poseł Komorowski, punkt zapalny, ale czy też ogniskowa napięć? Powiem przekornie, że nie. Kto wie, czy inna kandydatura również nie oburzyłaby PiS-u. Ja widzę to tak: gdy się wygrywa wybory tak nieznacznie i nie chce się koalicji z kilkoma partiami, tylko z jedną, która miała podobne poparcie, to wielce niewskazane jest, by zaczynać rozmowy od zatargów i prywatnych animozji. Tymczasem PiS zaczął zachowywać się jak król, któremu palmę pierwszeństwa przyznało minimum 50% wyborców, a nie niecałe 30. Apogeum nastąpiło w momencie wyboru wicemarszałków sejmu. W tym momencie było już jasne, czemu marszałkiem tak szybko mianowano człowieka z PiS-u, a nie, jak rozmawiano w kuluarach, z PSL. Otóż głosowanie na wicemarszałków przeprowadza się zwykle po kolei – najpierw jeden, potem drugi, trzeci i następni. Tak jest rozsądnie, ale wtedy jak na dłoni widać, kto kogo popiera. Dlatego PiS-owski marszałek zaproponował inne rozwiązanie – głosujmy razem na całą grupę! Fakt, że wymaga to drukowania kartek do głosowania, potrzeba wiec dłuższej przerwy, ale za to nikt nam nie zarzuci, że poparliśmy Leppera! Bo Andrzej L. był właśnie jednym z kandydatów. I na nic zdało się kilka zdań Tuska rzuconych z mównicy – marszałek wiedział swoje i, wbrew logice, zarządził przerwę. W tym momencie dla mnie stało się jasne, że nieformalna umowa PiS-u z Samoobrona, a przynajmniej jej szefem, została zawarta wcześniej. I ona BYŁA wtedy, gdy sztabowcy Kaczyńskiego się tego wypierali. Ten sam człowiek, który wcześniej żądał wręcz usunięcia Leppera z Sejmu i którego ludzie zarzucali Tuskowi, że był z TAKIM człowiekiem w gronie wicemarszałków teraz wręcz przytulił Andrzejka do piersi, pogłaskał po główce i powiedział „Ok, masz ten fotel wicemarszałka. Nam nic do tego. Dzięki za poparcie i zgodne głosowanie na pierwszym posiedzeniu.” A Balcerowicz musi odejść!
Mamy prezydenta na najbliższe pięć lat, być może znamy też skład sejmu. Mam nadzieje, że nie dojdzie do powtórnych wyborów. To chyba jasne, że w takiej sytuacji kosztem Platformy i PiS-u wzrosłyby notowania Samoobrony i, być może, LPR-u. Ale miejmy nadzieję, że również Demokratów. (Dawid, miałeś w tym wypadku świętą rację – oni byli potrzebni w tym sejmie, nawet jako mało znacząca opozycja.)
Żeby nie kończyć w jakimś dekadenckim tonie – mamy prezydenta, jakiego wybraliśmy i najprawdopodobniej też mniejszościowy rząd, choć takie określenie jest trochę mylące – jeśli mniejszościowy, to już raczej nie rząd, bo rządzi większość. Ale – jak się nie ma, co się lubi… Pozostaje mieć nadzieje, że może to jest dobre rozwiązanie i w tych najważniejszych dla Polski sprawach panowie politycy będą potrafili się dogadać. Obawiam się tylko jednego – forsowania ustaw przez zjednoczone siły PiS-u, LPR-u, Samoobrony i PSL-u.
Wielu z nas czuje się w tym momencie oszukanych – przed wyborami zapowiadano, że koalicja będzie nawet nie na 100, ale na 200%. Kiedy nasze głosy przestały być potrzebne, skończyli się „przyjaciele” i „koalicjanci”. Wróciła za to zwykła, Polska rzeczywistość. Oby nie stracili na tym ci, którzy wierzyli w nowy rząd i z nadziejami wrzucili kartki do urny, a „ci na górze” w pewnym momencie się opamiętali i oby zmarnowany czas nie kosztował nas zbyt wiele. Czego wam i sobie życzę.
Tuxedo (przedpołudnie 31. października 2005r.)
Cytaty zamieszczone w tekście pochodzą z Dwunastej Księgi Pana Tadeusza „Kochajmy się!”