Zenitalny ekschibicjonizm
To nie jest tekst „okołomagowy”, ale na początku muszę nawiązać. Czytając ostatnie arty Donalda (Tralalalala la!) i zabójcy (O sobie i o tobie – opcjonalnie) doszedłem do wniosku, że się strasznie postarzałem. Oczywiście nie chcę tu obrażać wyżej wymienionych ani nazywać ich dziadkami. Chcę do nich po prostu dołączyć, bezlitośnie obnażając prawdę o sobie :)
Nigdy nie chciałem wpadać w klimaty blogowe, chociaż czasami mi się to przytrafiało. Teraz mam jeszcze trudniej, bo muszę zrobić rzecz odwrotną. Zamienić blog(.pl) w tekst, po którym nie będę wymiotował.
Celowo wspomniałem o pewnym popularnym serwisie. Krótka charakterystyka dla szczęśliwców, którzy nigdy go nie poznali: miejsce utyskiwań nastolatków na otaczający ich świat. Z małymi, rzecz jasna, wyjątkami. Czasami spotyka się blogi prowadzone przez osoby inteligentne, obdarzone dużym poczuciem humoru i/lub zdolnością do ironizowania. Ja jednak chciałem o tym pierwszym przypadku.
Sam od sierpnia 2003 roku jestem właścicielem własnego kawałka internetowej „ziemi”. Nawet komórkę sobie kupiłem, żeby to ustrojstwo założyć (trza było es em es a wysłać). Potem już poszło. Codziennie nowa „notka”, opcjonalnie kilka – kilkanaście „komentarzy”. Pisałem o bzdurach, używając języka, którego teraz się wstydzę. Nie, nie było wulgarnie. Było za to pełno „koffanych” i „jush’ów”. Jak na to patrzę, to aż się boję. Przecież to było ledwo dwa lata temu… A ile ja już wtedy miałem… 17! Niemal pełnoletni facet rzucający kiczowate teksty rodem z… moment, kiczowato było troszkę później.
Bo opisywanie codziennych zdarzeń, choćby i w takiej formie, to jeszcze nic szczególnie niepokojącego. Ot, taki dziennik. Tylko że w tym dzienniku zaczęły pojawiać się pseudo-poezje, piosenki o miłości i, o zgrozo!, użalanie się na cały świat, w którym taki ktoś jak ja za nic nie może znaleźć miłości…
Krótkie spojrzenie do archiwum… rok 2005, stosunkowo niedawno. A ja nadal robię to samo, w nieco tylko zmienionej oprawie. „Dark blog” stał się innym „dark blogiem”, teksty o miłości i odrzuceniu zastąpione zostały krótkimi, jednozdaniowymi żalami. Że znów mi się nie udało. Znów on z nią rozmawiał, a ja nie. Znów na za dużo liczyłem. Znów…
Z tego wszystkiego wyłania się portret psychologiczny zagubionego nastolatka o zerowym poczuciu wartości, pełnego pretensji do całego świata i kompletnie nie radzącego sobie z własnymi uczuciami. Obraz skrajny, ale czy na pewno tak bardzo różniący się od prawdziwego „mnie”?
Gdzieś* czytałem, że prawdziwy obraz człowieka powstaje nie z jego własnego o sobie mniemania, ale z opinii ludzi z nim przestających. Tylko kogo ja mam zapytać? Dziewczynę, której przez 3 lata nie powiedziałem wprost, co do niej czuję, czy może jednego z kolegów, wobec którego niezmiennie stosuje „maskę”, a tak naprawdę najchętniej bym go zwyczajnie zapierdolił? Na śmierć, niech ma.
Dobra, zawracamy, schodzimy na śliski grunt i otoczkę, której miało przecież nie być. Więc tak: dorosłem. Akurat w tym przypadku autodiagnoza może okazać się słuszna. Niestety – nagle zrozumiałem, o co im wszystkim chodziło. O co chodziło zabójcy, Donaldowi i wielu innym. Jaki stracony czas mieli na myśli i co rozumieli przez życie „od piątku do piątku”. Cóż, chyba właśnie dołączyłem do klubu tetryków. Nagle zdałem sobie sprawę, że jestem nie w tej bajce, co trzeba.
W mojej Czerwony Kapturek szczęśliwie docierał do babci nie wpadając po drodze w podstępnie zastawione sidła. I nie nosił masek. Zdecydowanie.
Tuxedo
*”Granica” Zofii Nałkowskiej. Szkoła jednak czasami się do czegoś przydaje :)