Ja

Ceeebula




Nie chcę wiedzieć, co teraz gra. Nie chcę znać playlisty. Gitara basowa mym patronem. Odnalazłem w jej dudnieniu dudnienie siebie.

Wszystko przedtem wróżyło potem. Pomysłowo ten stan zaplanowałem, pomysłowo.

- Zetrzyj stół, wyłóż talerze.
- Już zaraz.

Gdy odchodziłem od kanału Viva, czułem, że coś mnie wypełni. Wypełni dokładnie, od całości do części.

Dudnienie gitary, ej basowej, tej basowej.

Zmyłem ze szklanego blatu resztki chleba, zamoczonego w kawie. Tak dokładnie, do czysta.

Gdy dochodzę do kanału Viva, wiem, że będę pełny. To wołanie było przewidziane. Wołam dalej, wołam brata.

Na powierzchni koła leży kupa ziemniaków, też plama żołądków i igły surówki.

Dudnienie mym patronem.

Pamiętam, jak mieliłem ziemniaki językiem. To takie zboczone. Zboczone, gdy w myślach akurat mam zboczenia.

Odczucie żołądków bardziej było subtelne od słowa subtelny. Bardziej mdłe, choć mniej mdłe od słowa mdły. Nijakie, jak słowo nijaki ze słowem mało. Żołądki w sosie koperkowym – sypnąłem delikatnie solą.

Sałatka budziła apetyt, przyprawa do ziemniaków wprowadziła obcość. Przyprawa do ziemniaków zalepiała część postrzegania.

Bas, bas, dudnienie... Nie będę was uświadamiał dalej. Najadłem się tak dobrze, że percepcja siadła, spadła, i zostałem tylko ja. Ja jako przyjemność, ja jako pełnia.

Dałem wskazówkę, korzystajcie.

Bo gdy się najem tak bardzo do siebie, to czuję coś pod sercem, to czuję coś z przodu umysłu. Czuję siebie, czuję całą przyjemność.

Jak dziecko rośnie w łonie matki, tak to ja, odwrotnie – z czasem niknie.

Coraz słabiej, mniej ja. Później - być może "całkowicie mniej", ale nie wychodzę poza doświadczenie :) :)
Filozofię zawsze tworzyli głodni lub przejedzeni.