a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N
|
|
GraNica
To
właśnie jest moralność: rzeczy, które później budzą w nas
niesmak. Ernest Hemingway.
| . |
![]() |
O całej sprawie dowiedziałem się przypadkiem.
Siedząc w studenckiej klubokawiarni (wyraz użyty z myślą o purystach
językowych, których razi słowo: pub) i popijając bananowo -
jabłkowego shake'a przyrządzonego przez znajomą barmankę, nagle
usłyszałem zza baru soczyste: 'Sukinsyn!'. Magda - moja genialna,
niezastąpiona, sprzedająca znajomym drinki po kosztach barmanka,
zwykle nie używała tego typu wulgarnego, ulicznego, skąd inąd
nietaktownego w ustach seksownej brunetki języka... Zaciekawiony
zbliżyłem się do baru, łapiąc mojego prawie skończonego szejka i
mówiąc to, co każdy facet w tej sytuacji: 'Nalej mi jeszcze raz to
samo'. Spojrzałem na Magdę. Miała wrodzone predyspozycje do tej
pracy. Gdy codziennie pochylała się nad stolikiem aby wytrzeć
poplamiony piwem blat, to wszystkie spojrzenia libidalnych,
podpitych facetów niczym zdalnie sterowane lądowały na jej dekolcie.
I choć teraz nie było tu nikogo oprócz nas, to jej wspaniała
cielesność wypełniała całe pomieszczenie. Szkoda, że była lesbijką -
z takim ciałem mogła mieć każdego faceta...
Usiadłem na podbitym skórą
barowym siedzisku, które zawsze przy kładzeniu na nim dupska wydaje
dźwięk pierdnięcia... Dostrzegam, że Magda czyta gazetę. Pytam: 'I
co tam masz takiego bulwersującego w tej gazecie? Żeby moja Mała Mi
[tak na nią mówiliśmy] musiała się denerwować?! Co to - kolejna
demonstracja seksualnej równości została spacyfikowana?'. 'Jesteś
zabawny jak karawan w kwiatki - myślisz, że świat kręci się tylko
wokół seksu?' - odpowiedziała. 'Nie, ale dla Ciebie ktoś, kto nie
posiada jajników jest potencjalnym zagrożeniem dla wolności
preferencji seksualnych i równouprawnienia kobiet'. 'Dobra dobra
misiek - zobacz sam - dziekan Prywatnej Akademii - no wiesz, tej
uczelni na ulicy Warszawskiej, wyprowadził z budżetu szkoły
siedemset tysięcy złotych i się ulotnił... Wziął kasę, zostawił
rodzinę i tyle go widzieli. Lepszy cwaniak!'. 'Rozumiem, ale powiedz
mi - co Ciebie obchodzi jakiś tam dziekan?'. 'Heh - w sumie to nic
mnie nie obchodzi - chociaż znam jego córkę - chodzi do akademii
tatusia - zdolna, ładna, prowadzi kółko literackie. Szkoda babki.
Ty, zobacz - wyznaczyli nawet nagrodę za wskazanie miejsca pobytu
naszego dziekana - dziesięć tysięcy złotych...'. Zagwizdała tak, jak
gwiżdże każdy zaskoczony wysokością kwoty człowiek. Wstałem,
poczekałem aż przestanie mnie zagłuszać odgłos meblowego pierdnięcia
i powiedziałem: 'Wiesz co? Muszę już lecieć. A propos - jak się
nazywa ta jego córka?'. 'Po co Ci to?'. 'Nie, tak pytam - może też
ją znam?' Usłyszałem imię i nazwisko i w mej głowie zrodził się
parszywy plan...
Usiadłem przy moim komputerze i
uruchomiłem wyszukiwarkę. Już po chwili poczciwa Altavista wypluwała
kolejne odnośniki. Obiekt: Joanna D, lat 20, jedynaczka. Pomimo
sprawy z ojcem jest na uczelni bardzo szanowana. Prowadzi spotkania
literackie w każdy czwartek. Mam adres strony internetowej kółka
literackiego i jej adres e-mail. Postanowiłem działać. Zakładam
konto pocztowe na Onecie, opatrzone aliasem 'Centrum badania opinii
publicznej "Fenix"'. Wysyłam Obiektowi maila z naprędce skleconą w
HTML-u ankietą dotyczącą cech, jakie powinien mieć jej wymarzony
chłopak. Dodaję kilka słów wstępu - że to niby anonimowa ankieta, że
została wysłana za zgodą operatora, że czekają nagrody etc.
Tymczasem czytam opowiadania i arty umieszczone na stronie kółka
literackiego...
Minął dzień - jest czwartek.
Otrzymuję maila z wypełnioną ankietą, z której wynika, że wymarzony
facet Obiektu powinien być wysokim brunetem, inteligentnym,
oczytanym, wiernym, bardziej spontanicznym niż konserwatywnym z
charakteru. No i oczywiście musi mieć poczucie humoru...
Przeanalizowałem cechy mojej nowej tożsamości i powoli
przygotowywałem się do pójścia na czwartkowe spotkanie literackie:
czarna koszula od Pierre Cardina, perfumy Bruno Banani i żel na
włosach połączony z fryzurą a'la artystyczny nieład... Dochodziła
piąta, więc udałem się do gmachu Prywatnej Akademii na ulicy
Warszawskiej. Literaci (całe pięć osób) stanowili bardzo hermetyczną
i rzekłbym kastyczną grupę. Jednakże przyjęli mnie dość ciepło.
Czekam. Wszyscy czekają. Jest jasne, że spotkanie nie zacznie się
bez Obiektu. Wreszcie jest. Niby dwudziestolatka, lecz z ubioru i z
twarzy wydaje się być dużo starsza nad swój rzeczywisty wiek. Miała
spojrzenie intelektualistki. Nieco zakompleksiona, ponadto wyraźnie
zmęczona aferą z ojcem. Od razu zauważyła nowego członka grupy,
czyli mnie.
Usiadła i od progu mówi do
mnie: 'Witaj. Cieszę się, że mamy nowego członka naszej
kwasi-literackiej grupy. Jak widzisz nasza sala jest dość mała, ale
takie warunki muszą nam niestety wystarczyć' - powiedziała
machinalnie, choć z pewną dozą zainteresowania i jakiegoś takiego
niezdefiniowanego kompleksu... 'Nie szkodzi - wystarczy, że korytarz
swą długością przypomina o twórczości Kafki, a mała sala ma swoje
zalety - pozwala lepiej przyjrzeć się osobie zadającej Ci
pytania...'. Tak, zadziałało - przyjrzała mi się z nieukrywaną
ciekawością i - co ważne - poprawiła włosy. Od spraw organizacyjnych
przeszliśmy wkrótce do tematu spotkania. Obiekt powiedziała: 'Temat
na dziś to depresja. Macie pięć minut na literackie opisanie na
papierze tego stanu... Zaczynajcie!'. Jeszcze przez chwilę nie
spuszczałem wzroku z Obiektu (co nie uszło jej uwadze) i zabrałem
się do pisania. Po pięciu minutach Obiekt zebrała prace i po kolei
czytała je na głos. Moja kartka leżała na samym dole... Tymczasem
toczyła się dyskusja, w której brałem aktywny, nad wyraz elokwentny
udział. I przyszła w końcu kolej na zaprezentowanie mojej twórczości
- Obiekt miała odczytać na głos zawartość mojej kartki, poranionej
niedawno moimi przemyśleniami. Od tego zależało powodzenie mego
planu (btw: szczerze mówiąc - poziom poprzednich prac był raczej
średni). Obiekt czytała:
|
|
Czy jedyną rzeczą,
jaka mi pozostała, jest moja paranoja? Takie prywatne,
socjologiczne zboczenie - rak, gould, pasożyt w cielsku
idealnego społeczeństwa... Mam dosyć własnych agonii w
które wpadam. Stałem się pojemnikiem dla samego siebie.
Pojemnikiem, który w przebłyskach egzystencji rzyga
osobowością - jest wtedy wzdęty zakalcem niespełnionych
pragnień i miota się w ideowej, moralnej, religijnej,
wreszcie społecznej padaczce, licząc na mentalne fanfary
znudzonej nim publiczności... "Przechodzisz trudny okres
w życiu, to normalne że odczuwasz stres". Stres?
Nazywasz TO stresem? Ja się urodziłem nie po to, by
żyć!
Jestem igraszką
stwórcy, jestem ciężarny przekazem, którego nie mam komu
urodzić. Samotny jeździec, pieprzony John Wayne w tej
miejskiej pustynii... Otoczony przez ślepych szpiegów,
pełen osobowości, dla której nie mam żadnej ludzkiej
kloaki. Przeczytałem z dziesięć książek o tym, jak być
szczęśliwym. Zgłębiłem tajemnice kilkunastu religii. I
nic. Pustka. Rozpacz próżnej egzystencji. Nic mnie już
nie cieszy, nic mnie już nie obchodzi. Zmęczyłem się
życiem, brakuje mi celu, wypróżniony jestem z sensu,
stałem się prywatnym Judaszem mojej
świadomości.
| |
|
Udało się. Zapadła cisza.
Odniosłem literackie zwycięstwo. Obiekt zakończyła spotkanie, lecz
poprosiła mnie o pozostanie. Usiadłem naprzeciw Obiektu. Już po
kilku zdaniach wyczułem tworzącą się nić jej do mnie sympatii. Od
tematów czysto literackich przeszliśmy do bardziej osobistych.
Rozmawiało się nam bardzo dobrze, więc zaprosiłem Obiekt do taniej
wprawdzie, ale jednak dość wykwintnej restauracji. Wino, muzyka na
żywo - to podziałało na nią jak balsam, albo zabieg spa. Zapomniała
o ostatnich kłopotach, odprężyła się i często uśmiechała. A co
najważniejsze - traciła czujność. Jednak musiałem czekać, bo zadane
zbyt wcześnie pytanie mogło zburzyć cały misternie budowany domek z
kart, który nazwać powinienem planem. Kiedy byłem już na etapie
'wiesz, tak naprawdę przyszedłem na to spotkanie literackie żeby Cię
poznać. Od dawna mi się podobasz' to zaproponowała żebyśmy poszli do
jej mieszkania. Okazało się, że mieszka w wynajętej kawalerce - to
coś na kształt 'drodzy rodzice, będę mieszkała sama, ale blisko was
- musicie się zgodzić, bo nie jestem już dzieckiem!'. Wziąłem z
restauracji dwie butelki wina na wynos. Mieszkała skromnie jak na
fundusze jej ojca... Tak po studencku - cała kawalerka zawalona była
książkami... Obiekt poszła na chwilę do łazienki, więc postanowiłem
przeszukać jej pokój w nadziei odnalezienia wskazówek dotyczących
miejsca pobytu jej tatusia. Znalazłem osobisty kalendarz pełen
notatek, zapisany doszczętnie na każdej pojedynczej kartce, będącej
słownym substytutem dnia. Wtedy zrozumiałem, że jest dziewicą - na
miłość i uczucia nie miała w życiu czasu... Nie znalazłem jednak
żadnego tropu mogącego prowadzić do jej tatusia...
Wróciła szybko, więc omal nie
nakryła mnie na tej parszywej inwigilacji. Tak nic nie zdziałam -
muszę ją upić. Podałem jej kieliszek wina, sięgnąłem po tomik
wierszy Emily Dickinson i zacząłem czytać Obiektowi najbardziej
łapiące za serce wiersze... Była zachwycona. I coraz bardziej
pijana. Kolejne dwie godziny rozmowy (dochodziła 21) i pół butelki
wina zrobiły swoje. Przestała tworzyć sensowne zdania, była coraz
bardziej odurzona. A co gorsze - kleiła się do mnie. Ale jak to
zrobić? Jak wyciągnąć informacje o miejscu pobytu jej tatusia? A
może ona nic nie wiedziała? Nie, nie wierzę - musiała coś wiedzieć.
Pan 'gdzie siedemset tysięcy?' dziekan nie mógł być aż tak zimnym
sukinsynem - żona i córka na pewno wiedzą, gdzie jest tatuś, albo
przynajmniej się domyślają. Tymczasem Obiekt myślał już tylko o
jednym i próbował objąć mnie nogami. I wtedy do głowy wpadł mi
pomysł - najpierw pocałowałem Obiekt, a potem zapytałem: 'A co
jeżeli wpadnie tu Twój ojciec?' Bez namysłu, wykrzyknęła: 'Nieee...
Przecież nie przyleci z Amsterdamu!'. To była moja chwila! Ciągnąłem
ją za język: 'A czemu by nie? Wystarczy, że wymeldowałby się z
hotelu, pojechał na lotnisko i po dwóch, trzech godzinach byłby
tutaj...' A Obiekt na to: 'Jaki hotel! (pijacki śmiech) Przecież mój
tata jest u ciotki Katrin!'. Dosyć. Enaf. Wystarczy mi to, co
usłyszałem. Ułożyłem Obiekt na łóżku i ponownie dobrałem się do jej
notesu. Znalazłem! Adres i numer telefonu ciotki Katrin z Amsterdamu
przepisałem na pustą kartkę. Spoglądam na Obiekt. Dziwi się, ale
jakoś tak nieprzytomnie... Po chwili spada z łóżka na podłogę.
Podnoszę ją, układam do snu, przykrywam kołdrą i wychodzę. Sięgam po
telefon komórkowy i wykonuję jedno, w dodatku darmowe połączenie.
Czek odbiorę i spieniężę rano.
aNomaLy
PS. Niniejsze opowiadanie to
fikcja literacka mająca na celu stworzenie mentalnej gleby pod
refleksje na temat granic moralnych.
| |
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N o m a L y
a N
|