Dnia 30.09.2005


Poranek. Rozpoczął się kolejny dzień, taki jak wszystkie inne. Dzisiaj wolne od szkoły, wycieczka autokarowa, przyjemna świadomość że ten chłodny, a jednak słoneczny dzień będzie okazją by można na chwilę zapomnieć o szarej rzeczywistości szkolnej. Śniadanie przy stole z rodzicami i siostrą. Pośpieszne wyjście z domu. Autokar już stoi, wsiadają, zajmują miejsca, ruszamy. Czas płynie powoli. Długa rozmowa z Anką o jej rodzicach. Opowiada mi o tym jak wciąż chcą ją kontrolować. Traktują ją nadal jak małą dziewczynkę pomimo, że ma lat dziewiętnaście. Opowiada o kłótniach z nimi, o tym jak nie chcą jej wypuszczać na dyskoteki, każą wracać do domu przed 22:00, zostawiać numer telefonu, gdy idzie nocować do koleżanki. Oni nie mogą pojąć, ze jest już dorosła. Ona, że oni po prostu tak się o nią troszczą i mimo, że ona tego nie wie, to pragną z całego serca jej szczęścia. W połowie drogi postój, wszyscy wysiadają. Małe zakupy w pobliskim sklepiku i autokar rusza dalej. Powietrze wewnątrz jest ciężkie, senność daje się we znaki wszystkim, niektórzy drzemią, inni wsłuchują się w melodię jakiegoś kawałka leniwie płynącego z głośników. Głośny, rozdzierający jęk metalu. Ból, sen. Widok na dom. To mój... nie, to nie on. Jestem wewnątrz. Przy śniadaniu cicho siedzi dwoje ludzi. Kobieta i mężczyzna, jedno miejsce przy stole stoi puste i czeka na kogoś. Nikt się nie zjawia. Kobieta i mężczyzna wychodzą. Głucha cisza. Ból, krzyki, wycie syren. Powolny rozruch świadomości, wciąż ten sam ból, przeszywający i nieznośny. Widok lekarzy. Ciemność, głucha cisza. Znowu ten sen. Kobieta z mężczyzną idą chodnikiem, zatrzymują się przy jakimś budynku, przez chwilę stoją trzymając się za ręce i patrzą w płomień. Ból, świadomość. Wokoło łóżka, na nich znajome osoby. Sen. Kobieta rozpala znicz i stawia go na ziemi. Dziesiątki innych zniczy rozświetlają jej mokrą od łez twarz. Cichy płacz. Rozpływa się w powietrzu, po chwili znika. Świadomość. Jestem nadal w łonie matki. Nie... to chyba nadal sen. Środek przeciwoparzeniowy sprawia, że tym razem budzę się bez bólu. Nad łóżkiem pochylają się znane mi osoby, znane lecz niewyraźne. Słowa. Był wypadek. Są ofiary śmiertelne, nie wszystkich zidentyfikowano. Nadzieja. Pytam. Nie. Pytam ponownie. Nie. Staram się obudzić, może to kolejny sen, tak realny jak rzeczywistość. Nie mogę. Ból, nieznośny, wewnętrzny.

Autokar zderzył się z TIR'em, stanął w płomieniach. Niektórzy spłonęli żywcem, wijąc się w męczarniach, niektórzy we śnie, spokojnie. Zginęło 12 osób - tak mi powiedzieli. Sen. Pomieszczenie bez ścian, oślepiająca biel. Po środku stoi grupka osób, dwanaścioro młodych ludzi. Stoją nieruchomo ze wzrokiem skierowanym na czarny krzyż stojący w głębi pomieszczenia. Ich sylwetki stają się coraz bardziej niewyraźne, powoli znikają, pozostawiając pomieszczenie puste. Krzyż stoi, tak okrutny w swej bierności, przeraża mnie. Krzyczę, protestuję, lecz On mnie nie słucha. Wszak jest nieskończony.


['] ['] [']