#36
<< poprzednie | spis treści | następne >> 
strona
37

| Tryptyk eliminacyjny

      Czyli drzewo genealogiczne klanu Sigurda

Trzem synom swym pan Sigurd
Wpoił miłość do sportu
I grali oni w kraju
Gdzie mistrzem Hafnarfjordur

Islandia do tytanów futbolu nie zaliczała się nigdy. Jej kluby podobnie. Mistrz wyspy o wdzięcznej nazwie FH Hafnarfjřrdur, notujący serię 14 zwycięstw z rzędu, nie zdołał pokonać w pierwszej rundzie kwalifikacyjnej do Ligi Mistrzów kazachskiego potentata z Ałmat, a ich jedyny warty większej uwagi zawodnik Eidur Gudjohnsen stwierdził, że konieczności przyjazdu na mało ważny mecz z Polską nie ma. W takich oto okolicznościach wszem i wobec wierzono nad Wisłą w łatwe i spokojne zwycięstwo, w niczym nie przypominające kolejnego wymęczonego 3:2. Los jednak chciał inaczej

Już po piętnastu minutach pierwszy z synów Sigurda przedarł się pod nasze pole karne i wyprowadził reprezentację spod koła podbiegunowego na prowadzenie. Na całe szczęście mamy Jacka Krzynówka, a konkretnie jego znaną i szanowaną w całej Europie lewą nogę. Ale jak się okazało synów Sigurda na boisku jest więcej i drugi z panów Sigurdsson także pokonał naszego golkipera. W ten oto sposób reprezentacja, która miała pokonać Anglię na jej terenie schodzi na przerwę z wynikiem mało korzystnym. W 46 minucie trener Janas wprowadził na plac gry zawodników, którzy dodali nieco kolorytu szarej i bezbarwnej grze naszych. W siedem minut nasi zdołali przechylić szalę zwycięstwa na swoją korzyść. Najpierw ni z tego ni z owego w pole karne wpadł Baszczyński i z dziewięciu metrów huknął tak, że gdyby bramkarz Islandii przezornie nie rzucił się w drugi róg, potrzebne byłyby nosze. Inna sprawa, że obrońca Wisły zrezygnował z precyzji na rzecz siły i niewiele brakowało, a piłka poszybowałaby nad bramką. Dzieła dopełnił Smolarek i mogliśmy cieszyć się ze zwycięstwa. Z wymęczonego 3:2. Dobrze, że trzeci z panów Sigurdssonów pod naszą bramką nie zagościł...

Smutno było patrzeć na to, jak nasi dreptają po boisku bez wyraźnego celu, pomysłu i bez motywacji. Mocno liczyłem, ze ten mecz doda im wiary, chęci i animuszu przed konfrontacją w Manchesterze. A tu tymczasem zamiast efektownego 5:0, po którym uskrzydleni pojechalibyśmy na Wyspy jak po swoje, widziałem grupkę steranych życiem wyrobników, którzy z trudem osiągnęli minimum z minimum. Ale może taki urok gier towarzyskich...


ODSŁONA DRUGA
Czyli rzecz o integracji z UE

Włodzimierz Szaranowicz
Co z uśmiechem pogodnym
Zaśpiewać chciał piosenkę
Lecz miał z tekstem problem

"Proszę państwa prowadzimy"- tym oto skrótem myślowym, wygłoszonym po pierwszej bramce dla Holendrów, Dariusz Szpakowski nadał sobie holenderskie obywatelstwo. Zaprawdę piękny był to pokaz wewnątrzunijnej integracji między społeczeństwami polskim i holenderskim. Ta ponadnarodowa przyjaźń kwitła dokładnie jeden dzień kosztem naszych czeskich sąsiadów. Zgromadzona w studiu TVP polska reprezentacja siedząc wygodnie w towarzystwie Maryli Rodowicz i Włodzimierza Szaranowicza przyglądała się jak reprezentacja pomarańczowych zapewnia nam przepustki na mundial. Na początku różowo nie było, van der Saar bronił karnego, ale chwilę potem Dariusz Szpakowski z okazji bramki van der Vaarta wypowiedział wspomnianą już frazę. Chwilę potem ładną, kontrującą główką popisał się Opdam i nasi mogli spokojnie oglądać mecz do końca, pewni już swego.  

 

| Radość Franka po golu strzelonym Anglikom. Gdyby nie zwycięstwo Holendrów z Czechami to.. |

 

 

 

Sam pomysł urządzenia takiego studia był ciekawy. Pokazywanie dwóch (bo oprócz tego co jakiś czas były migawki z Zagrzebia, gdzie zwycięstwo Szwedów nad Chorwatami również dawało nam awans) interesujących nas meczów równocześnie też. Niestety, nasi sprawiali wrażenie, jakby się bali siedzieć w tym studiu, nie wiedzieli, co kto ma powiedzieć, a mikrofon krążył w wokół nich podobnie jak puchar za turniej Łobanowskiego, zanim ktoś zdecydował się wziąć go do ręki. Radości z awansu nie było widać w ogóle, zaryzykowałbym stwierdzanie, że nasi woleliby awans wywalczyć samemu na Wyspach, a Oranje pokrzyżowali im plany. A już katastrofalnym posunięciem było wyznaczenie do prowadzenia studia Włodzimierza Szaranowicza. Do szału doprowadza jego wciskany wszędzie i na siłę uśmiech. Gdzieniegdzie jest on taki zbędny, że aż ma się wrażenie, że redaktor ma tik nerwowy. Do tego jeszcze próbował się popisać swoim wokalem. Szkoda, że tekstu nie znał... "Ole! Ole! Ole! Ole! Łi jar de czeee..." I się coś nuta nie zgodziła... Gdzie w tym czasie byli Kurowski i Kurzajewski? Tego ja nie wiem. Może spytajcie Korzeniowskiego.  


ODSŁONA TRZECIA
Czyli jak to pięknie miało być

  Wembley nie zdobyliśmy
Choć tam graliśmy wiele
Tym razem nam nie poszło
Także z Manchesterem

Parafrazując Jana Ciszewskiego: Dziewiętnaście lat czekam na ten moment. Ponad osiemdziesiąt czeka polskie piłkarstwo. I ani ja ani ono się doczekać nie możemy. Tłumaczyłem sobie w głowie, że jak nie teraz to kiedy. My jesteśmy na fali, osiem kolejnych zwycięstw w eliminacjach, Anglicy mordują się z Austrią i przegrywają z północną częścią Irlandii, a wokół ich trenera trwa jedna wielka medialna nagonka. Niby to nie wiadomo już który raz jedziemy na Wyspy po korzystny wynik, ale tym razem widziałem to jakoś inaczej, lepiej, z wiarą. Anglia to teraz nie jest niewiadomo jaka potęga, a i dla nas już chyba minęły czasy, kiedy bramkarza San Marino mogliśmy pokonać tylko ręką.

Nawet jeśli te czasy minęły, to tego zbytnio na boisku widać nie było, bo Wyspiarze cisnęli naszych niemiłosiernie. Ale jakoś szczęście nam sprzyjało, bo albo piłka w ostatniej chwili trafiała w Baszczyńskiego albo świetnie bronił Boruc, utrudniając wydatnie Janasowi decyzję w sprawie obsady bramki. Niestety, nic nie może wiecznie trwać, w 43 minucie wstrzeloną w nasze pole karne piłkę trącił tylko zupełnie niepilnowany Owen, a ta spokojnie wtoczyła się do naszej bramki. To naszych nie zmobilizowało, ale jak się okazuje szczęście nam sprzyjało pięć minut wcześniej, kiedy to kontuzjowanego Żurawskiego zmienił Frankowski. Bo oto w ostatniej akcji przed przerwą Kosowski pognał sam skrzydłem, ambitnie, walcząc do końca zdołał dośrodkować, piłka trafiła wprost do idealnie ustawionego Franka, a ten ustalił wynik pierwszej połowy ładnym wolejem z powietrza.

Było o szczęściu, teraz o dramacie. Na imię mu Grzegorz, na nazwisko Rasiak. Napastnik ów w pierwszej połowie nie zanotował żadnego dobrego zagrania, psuł co się dało, a czasem i to, czego się nie dało. Co robi trener? Zostawia go na drugą połowę, ściąga za to lepiej wyszkolonego i zwrotniejszego Smolarka. Tak więc przez cały mecz jest dziesięciu naszych na jedenastu Anglików. Z Izraelem w takiej sytuacji sobie jeszcze jakoś radziliśmy, ale w tym przypadku nawet o tym mowy nie było. Jedyne co można zrobić to pogratulować Borucowi, że straciliśmy jeszcze tylko jedną bramkę. Przypadkowe odbicie się piłki od Radomskiego (który był się chwile wcześniej na boisku pojawił) trafiło pod nogi Owena, ten dograł do pozostawionego bez opieki Lamparda, a ów takich sytuacji nie marnuje.

To Anglicy prowadzili grę, nasi mniej lub bardziej skutecznie próbowali im przeszkadzać, nie było komu szarpać gry z przodu, bo osamotniony Frankowski nie miał szans się przedrzeć przez angielską obronę, Krzynówek po kontuzji nie błyszczał, a Kosowski poza jedną dobrą akcją wiele dobrego nie pokazał. Reszta w ofensywę się nie angażowała, a Rasiak był piątą kolumną w naszych szeregach. Dwóch defensywnych pomocników nie było dobrym pomysłem. Sobolewski się sprawdził, ale Lewandowski zagrał jak zwykle, bez polotu i bez koncepcji. Widać było ile w tej kadrze zależy od Szymkowiaka, choć Janas nawet nie fatyguje się z szukaniem wartościowego dublera. Obrona jaka jest, każdy widzi. Żewłakow prezentuje podobny poziom co Rząsa, co niestety komplementem nie jest, Jop gwiazdą nigdy nie będzie, ale chwilowo nikogo lepszego w okolicy nie widzę. No chyba, ze wreszcie spróbujemy wariantu z Lewandowskim w obronie, trener jeszcze raz da szansę Żurawiowi, albo Kłos zacznie grać jak należy. Bo z Hajtą to już bym raczej nie eksperymentował, a Głowacki gra dramatycznie i nie zanosi się na poprawę. Mimo gry na co dzień w lidze katarskiej najjaśniejszym punktem defensywy był Bąk, Baszczyńskiemu też trzeba oddać, że potrafił znaleźć się na linii strzału. O obsadę bramki nie ma się co martwić.

Anglicy byli jak najbardziej do ogrania. Dowód? Klasowa reprezentacja wygrałaby z tak dysponowanymi Polakami ze 4:0. Tak naprawdę mieliśmy sporo szczęścia, że zdobyliśmy tę jedną bramkę. Najgorsze jest to, że kiedy znowu wylądujemy w grupie z Anglikami puszczany będzie w kółko mecz na Wembley. Jakby ktoś kiedyś pisał nową wersją "Wesela" to o Wembley trzeba wspomnieć, bo to się staje jakąś chorobą narodową. Jak gramy z Włochami to jakoś nikt nie walcuje w kółko naszego zwycięstwa 3:2 na MŚ 74. Ale zwycięski remis na Wembley proszę bardzo... Jeśli wylosujemy Anglię zaraz Szaranowicz i Szpakowski będą znowu piać "wracają wspomnienia, ożywa legenda"... Dziękuję bardzo, ja wysiadam... Poproszę w grupie Hiszpanów. Dostaniemy lekko, łatwo i przyjemnie, bez psychozy, bez bólu i bez tego przeklętego Wembley.  

(Przepraszam wszystkich za nieudolne próby wierszowania, ale zawsze to jakieś urozmaicenie dla tekstu, a Panów Sigurdsson przepraszam za sprowadzenie ich do jednego ojca w moim "utworze". Tak swoją drogą ciekawi mnie czy kobiety na Islandii też mają nazwiska kończące się na -son- JIVŚ)


Autor: Jędrzej IV Śniady

 

<< poprzednie | spis treści | następne >> 
Grafika i teksty tutaj zawarte nie mogą być kopiowane i używane w wszelkiej formie bez zgody ich autorów. Wszelkie prawa Zastrzeżone!
Copyright: Layout & GFX: Urimourn (urimourn@vp.pl)