| #36 | ||||||
| << poprzednie | spis treści | następne >> | ||||||
| Klęknijmy przed bohaterem
Tekst ten poświęcam najwspanialszemu polskiemu
trenerowi, czyli Jerzemu Engelowi. Jest to mój prywatny hołd, złożony temu
wielkiemu człowiekowi. Trzeba było go napisać, bo pojawiają się ostatnio
wredne paszkwile, których autorzy śmią krytykować tego Wielkiego Polaka.
Muszę dać świadectwo prawdzie. Kim jest Jerzy Engel, wszyscy wiedzą. Ponieważ najbardziej
kontrowersyjna jest dla niektórych [przemilczenie] ludzi ostatnich kilka
lat jego działalności, to i ja się na nich skupię. Opinia publiczna zwróciła
uwagę na pana Engela, gdy ten prowadził wraz z panem Wdowczykiem Polonię
Warszawa. Klub ten odnosił wtedy wielkie sukcesy. Wszyscy wiedzieli, że cała
w tym zasługa Jerzego Engela, a nie nieudacznika Wdowczyka, wciąż nie mającego
szans na prowadzenie reprezentacji. Nasz bohater zaś został doceniony (i słusznie!), co zaowocowało prowadzeniem naszej drużyny narodowej. Po początkowych, niewielkich problemach spowodowanych brakiem szczęścia (co bardziej chamscy dziennikarze i kibice ośmielili się nawet liczyć rekordy zsumowanej liczby minut kolejnych meczy bez naszego gola!), zaczął się złoty wiek. Wielkość Jerzego Engela doprowadziła nas do miana
pierwszej reprezentacji w Europie. Co prawda chodziło o chronologicznie pierwszą,
która zdobyła awans na mundial, ale wszyscy wiedzieli (a już najlepiej nasz
bohater), że po prostu jesteśmy najlepsi. Nic tu nie zmieniły narzekania
nielicznych idiotów, gadających o naszej bardzo słabej grupie eliminacyjnej.
Rzecz to dla wszystkich przecież wiadoma, że Norwegia, którą dostaliśmy z
pierwszego koszyka, to drużyna groźniejsza od Francji, czy Włoch. Nieprawdą
też jest to, że zarówno Ukraina, jak i Norwegia przeżywały poważny kryzys
akurat podczas tych eliminacji. Przecież Norwegia w dwumeczu z Białorusią
zdobyła jeden punkt, a Ukraina w dwumeczu z Walią aż dwa. Zatem dostaliśmy się na mistrzostwa świata. Pan Engel, świadom
że pewność siebie jest wielką zaletą, ogłosił wielokrotnie, iż na pewno
wyjdziemy z grupy, a celujemy w Puchar Świata- na który mamy duże szanse.
Skoro było to już wiadome, nie było sensu przejmować się kolejnymi porażkami
(z Białorusią, Rumunią i Japonią). Trener powiedział przecież, że mundial
rządzi się własnymi prawami i na nim będzie o wiele lepiej. Nie było też
powodu do ciężkiej pracy, dlatego nasz ówczesny (a właśnie, dlaczego nie
dzisiejszy?) selekcjoner mógł pozwolić sobie na kolejne dobrze płatne akcje
reklamowe i promocje w hipermarketach, na których musiał ciągle bywać.
Trzeba było przecież dorobić sobie do prawie głodowej pensji, a
reprezentacja i tak już była idealna, nie mając nic do poprawienia. W związku
z tym już pół roku wcześniej oczywistym było, że zawodnicy, grający w
eliminacjach, pojadą też na mundial. Pozwoliło im to na wyluzowanie i nie
przejmowanie się swoją aktualną formą. Przecież nie ona jest najważniejsza
- tylko nazwiska, które wygrały dla nas eliminacje. Pozwoliło im to też
nabrać niezbędnej pewności siebie, którą ludzie małej wiary mylili z
arogancją (niepotrzebnie rozpaplane krzyczenie przez piłkarzy do dziennikarzy
per "ch...je") Aby nie być posądzonym o stronniczość, przytoczę też główny
zarzut wrogów naszego bohatera. Mówi się, że łatwo się on nadyma jak balon
po jednym czy drugim sukcesie i odbija mu wtedy, że ciągle grzeszy wiarą we własną
nieomylność. Nawet jeśli tak jest, to co z tego? Przecież ma ku temu
podstawy... No i pojechaliśmy do Korei. Początkowo pojechaliśmy do
Korei i Japonii, bo finał imprezy planowany był w tym drugim kraju. Skończyło
się tylko na Korei, ale winy selekcjonera nie było w tym żadnej. Przecież każdy
by na jego miejscu zlekceważył Koreę Płd, jak powiedział. Portugalia
(smutne, przyznaję 0:4) też była poza naszym zasięgiem i nic nie zmienia tu
fakt, że ona też ostatecznie nie wyszła z grupy. Nasze gwiazdy grały świetnie-
jak same mówiły- i nie zawiodły. Gdy było już wiadomo, że jako drugi kraj
na mistrzostwach nie mamy już szans na kolejną rundę, można było pozwolić
sobie na wystawienie przeciw USA dublerów, wcześniej przetrzymywanych na ławce
rezerwowych i na trybunach. |
Po powrocie do kraju, pan Engel słusznie wskazywał, że mówiąc
"jedziemy zdobyć mistrzostwo świata" nikomu nie dawał nadziei, że
cokolwiek w Korei zdobędziemy. Ze spokojem godnym osoby jego talentów
zaprzeczał, aby wcześniej twierdził, że mamy doskonałą drużynę i że to
będzie nasz najlepszy mundial w historii. Co prawda niektórzy pokazywali mówiące
coś przeciwnego fragmenty wywiadów z nim w prasie, TV i Internecie, ale kto by
się przejmował tak prymitywnymi zagraniami... Niestety, opinia kibiców i PZPN-u była przeciwko temu
najwspanialszemu polskiemu trenerowi. Ci pierwsi jeszcze zmienili zdanie na właściwe
(o czym niżej), lecz wcześniej Engel stracił posadę. To był najczarniejszy
dzień polskiego futbolu. Reszta świata też jakoś nie poznała się na jego
geniuszu (ich strata). Przez kilkanaście miesięcy nie mógł znaleźć pracy.
Jak to możliwe, że mimo wielokrotnych starań, żadna drużyna klubowa ani
reprezentacyjna nie wzięła go na swego szefa? Czy świat oszalał? W dodatkowe
nieprzyjemności wpędzili go nasi dziennikarze (czytaj: hieny prasowe), którym
zachciało się zadzwonić na Islandię z pytaniem, jak tamtejszy związek piłkarski
widzi jego kandydaturę na stanowisko selekcjonera ich reprezentacji. Związane
to było z zapewnieniami naszego bohatera, że jest najważniejszym kandydatem.
Po co to zrobiono? Wyszło tylko na to, że nawet na Islandii nikt jego oferty
nie potraktował poważnie. W końcu, po przejściowym i nie odpowiadającym jego
ambicjom sprawowaniu roli dyrektora sportowego w Legii, a potem Polonii
Warszawa, wrócił na ławkę trenerską. I to jaką! Prowadził Wisłę Kraków,
jedyny liczący się polski klub. Wyniki w naszej lidze były różne- raz
lepsze, raz gorsze. Nikt jednak nie mógł spodziewać się niczego więcej, bo
drużyna była za słaba. Natomiast na arenie europejskiej Jerzy Engel przy
niewielkiej pomocy swoich piłkarzy, pokonał 3:1 sam wszechpotężny
Panathinaikos Ateny! Oczywiście swoim zwyczajem, pozwolił wtedy innym podziwiać
swoją wielkość i majestat. Wszystko zepsuła nikła porażka w drugim meczu
(1:4). Przyznajmy, że trener nie wykazał się wtedy refleksem, gdyż dopiero
następnego dnia zrzucił całą winę na sędziego. Ale przecież zostawał
jeszcze puchar UEFA... Niestety, trafiliśmy na zespół 1 ligi portugalskiej.
Podkreślam: 1 ligi! Co z tego, że nie należy ona do najsilniejszych lig
naszego kontynentu. Co z tego, że rzeczona Victoria Guimares zajmuje w niej
ostatnie miejsce? Przecież ma w nazwie "victoria", czyli zwycięstwo. Jak
zatem można było ją pokonać? Po pierwszym meczu (pechowe 0:3) pan Engel próbował
wprowadzić przeciwników w błąd, rozgłaszając że w rewanżu Wisła będzie
walczyć do upadłego. Niestety, przekonał tylko naszych kibiców, a nie
Portugalczyków. Nie dali nam walkoweru, przyjechali i szybko się zorientowali,
że naszą taktyką jest utrzymanie remisu w rewanżu. Nikła porażka 0:1 była
tak czy owak dużym sukcesem Wisły. Po zastałych później problemach w lidze, Jerzy Engel znów
poczuł gorzki smak dymisji. Stało się tak mimo bezwarunkowej miłości kibiców,
którzy wcześniej zrozumieli, że ich wszystkie zarzuty wobec naszego bohatera
jako selekcjonera naszej reprezentacji, były śmieszne i krzywdzące. Prawdziwi
kibice już od dawna domagali się jego powrotu na to stanowisko- przecież osiągał
na niej same sukcesy i dobrze się kojarzy. A Paweł Janas radzi sobie fatalnie.
Może jeszcze nic straconego? Może PZPN pójdzie po rozum do głowy? Postawmy
wszyscy dziś świeczkę w tej intencji...
![]() Autor: mac ap | |||||
| << poprzednie | spis treści | następne >> | ||||||
|
Grafika i teksty tutaj zawarte nie mogą być kopiowane i używane w wszelkiej formie bez zgody ich autorów.
Wszelkie prawa Zastrzeżone! Copyright: Layout & GFX: Urimourn (urimourn@vp.pl) | ||||||