#36
<< poprzednie | spis treści | następne >> 
strona
32

| Klęknijmy przed bohaterem

     Tekst ten poświęcam najwspanialszemu polskiemu trenerowi, czyli Jerzemu Engelowi. Jest to mój prywatny hołd, złożony temu wielkiemu człowiekowi. Trzeba było go napisać, bo pojawiają się ostatnio wredne paszkwile, których autorzy śmią krytykować tego Wielkiego Polaka. Muszę dać świadectwo prawdzie.

Kim jest Jerzy Engel, wszyscy wiedzą. Ponieważ najbardziej kontrowersyjna jest dla niektórych [przemilczenie] ludzi ostatnich kilka lat jego działalności, to i ja się na nich skupię. Opinia publiczna zwróciła uwagę na pana Engela, gdy ten prowadził wraz z panem Wdowczykiem Polonię Warszawa. Klub ten odnosił wtedy wielkie sukcesy. Wszyscy wiedzieli, że cała w tym zasługa Jerzego Engela, a nie nieudacznika Wdowczyka, wciąż nie mającego szans na prowadzenie reprezentacji.

Nasz bohater zaś został doceniony (i słusznie!), co zaowocowało prowadzeniem naszej drużyny narodowej. Po początkowych, niewielkich problemach spowodowanych brakiem szczęścia (co bardziej chamscy dziennikarze i kibice ośmielili się nawet liczyć rekordy zsumowanej liczby minut kolejnych meczy bez naszego gola!), zaczął się złoty wiek.

Wielkość Jerzego Engela doprowadziła nas do miana pierwszej reprezentacji w Europie. Co prawda chodziło o chronologicznie pierwszą, która zdobyła awans na mundial, ale wszyscy wiedzieli (a już najlepiej nasz bohater), że po prostu jesteśmy najlepsi. Nic tu nie zmieniły narzekania nielicznych idiotów, gadających o naszej bardzo słabej grupie eliminacyjnej. Rzecz to dla wszystkich przecież wiadoma, że Norwegia, którą dostaliśmy z pierwszego koszyka, to drużyna groźniejsza od Francji, czy Włoch. Nieprawdą też jest to, że zarówno Ukraina, jak i Norwegia przeżywały poważny kryzys akurat podczas tych eliminacji. Przecież Norwegia w dwumeczu z Białorusią zdobyła jeden punkt, a Ukraina w dwumeczu z Walią aż dwa.

Zatem dostaliśmy się na mistrzostwa świata. Pan Engel, świadom że pewność siebie jest wielką zaletą, ogłosił wielokrotnie, iż na pewno wyjdziemy z grupy, a celujemy w Puchar Świata- na który mamy duże szanse. Skoro było to już wiadome, nie było sensu przejmować się kolejnymi porażkami (z Białorusią, Rumunią i Japonią). Trener powiedział przecież, że mundial rządzi się własnymi prawami i na nim będzie o wiele lepiej. Nie było też powodu do ciężkiej pracy, dlatego nasz ówczesny (a właśnie, dlaczego nie dzisiejszy?) selekcjoner mógł pozwolić sobie na kolejne dobrze płatne akcje reklamowe i promocje w hipermarketach, na których musiał ciągle bywać. Trzeba było przecież dorobić sobie do prawie głodowej pensji, a reprezentacja i tak już była idealna, nie mając nic do poprawienia. W związku z tym już pół roku wcześniej oczywistym było, że zawodnicy, grający w eliminacjach, pojadą też na mundial. Pozwoliło im to na wyluzowanie i nie przejmowanie się swoją aktualną formą. Przecież nie ona jest najważniejsza - tylko nazwiska, które wygrały dla nas eliminacje. Pozwoliło im to też nabrać niezbędnej pewności siebie, którą ludzie małej wiary mylili z arogancją (niepotrzebnie rozpaplane krzyczenie przez piłkarzy do dziennikarzy per "ch...je")

Aby nie być posądzonym o stronniczość, przytoczę też główny zarzut wrogów naszego bohatera. Mówi się, że łatwo się on nadyma jak balon po jednym czy drugim sukcesie i odbija mu wtedy, że ciągle grzeszy wiarą we własną nieomylność. Nawet jeśli tak jest, to co z tego? Przecież ma ku temu podstawy...

No i pojechaliśmy do Korei. Początkowo pojechaliśmy do Korei i Japonii, bo finał imprezy planowany był w tym drugim kraju. Skończyło się tylko na Korei, ale winy selekcjonera nie było w tym żadnej. Przecież każdy by na jego miejscu zlekceważył Koreę Płd, jak powiedział. Portugalia (smutne, przyznaję 0:4) też była poza naszym zasięgiem i nic nie zmienia tu fakt, że ona też ostatecznie nie wyszła z grupy. Nasze gwiazdy grały świetnie- jak same mówiły- i nie zawiodły. Gdy było już wiadomo, że jako drugi kraj na mistrzostwach nie mamy już szans na kolejną rundę, można było pozwolić sobie na wystawienie przeciw USA dublerów, wcześniej przetrzymywanych na ławce rezerwowych i na trybunach.


Niestety, ci zawodnicy okazali się ostatnimi chamami, wygrywając mecz po dobrej grze. Sprowadzili tym dodatkową falę niezasłużonej krytyki na głowę trenera, opierającej się na rzekomym preferowaniu gorzej grających piłkarzy. Jerzy Engel bronił się mówiąc, że wygrana była przypadkowa i że nie wiadomo, jak by się skończył ten mecz, gdyby go powtórzono. Jednak ludzie nie znający się na rzeczy i tak biadali, że od początku trzeba było postawić na tych, którzy jako jedyni nie zawiedli. Biedny trener, po okresie zasłużonego pęcznienia z dumy, musiał stawić czoło krytyce!

Po powrocie do kraju, pan Engel słusznie wskazywał, że mówiąc "jedziemy zdobyć mistrzostwo świata" nikomu nie dawał nadziei, że cokolwiek w Korei zdobędziemy. Ze spokojem godnym osoby jego talentów zaprzeczał, aby wcześniej twierdził, że mamy doskonałą drużynę i że to będzie nasz najlepszy mundial w historii. Co prawda niektórzy pokazywali mówiące coś przeciwnego fragmenty wywiadów z nim w prasie, TV i Internecie, ale kto by się przejmował tak prymitywnymi zagraniami...

Niestety, opinia kibiców i PZPN-u była przeciwko temu najwspanialszemu polskiemu trenerowi. Ci pierwsi jeszcze zmienili zdanie na właściwe (o czym niżej), lecz wcześniej Engel stracił posadę. To był najczarniejszy dzień polskiego futbolu.

Reszta świata też jakoś nie poznała się na jego geniuszu (ich strata). Przez kilkanaście miesięcy nie mógł znaleźć pracy. Jak to możliwe, że mimo wielokrotnych starań, żadna drużyna klubowa ani reprezentacyjna nie wzięła go na swego szefa? Czy świat oszalał? W dodatkowe nieprzyjemności wpędzili go nasi dziennikarze (czytaj: hieny prasowe), którym zachciało się zadzwonić na Islandię z pytaniem, jak tamtejszy związek piłkarski widzi jego kandydaturę na stanowisko selekcjonera ich reprezentacji. Związane to było z zapewnieniami naszego bohatera, że jest najważniejszym kandydatem. Po co to zrobiono? Wyszło tylko na to, że nawet na Islandii nikt jego oferty nie potraktował poważnie.

W końcu, po przejściowym i nie odpowiadającym jego ambicjom sprawowaniu roli dyrektora sportowego w Legii, a potem Polonii Warszawa, wrócił na ławkę trenerską. I to jaką! Prowadził Wisłę Kraków, jedyny liczący się polski klub. Wyniki w naszej lidze były różne- raz lepsze, raz gorsze. Nikt jednak nie mógł spodziewać się niczego więcej, bo drużyna była za słaba.

Natomiast na arenie europejskiej Jerzy Engel przy niewielkiej pomocy swoich piłkarzy, pokonał 3:1 sam wszechpotężny Panathinaikos Ateny! Oczywiście swoim zwyczajem, pozwolił wtedy innym podziwiać swoją wielkość i majestat. Wszystko zepsuła nikła porażka w drugim meczu (1:4). Przyznajmy, że trener nie wykazał się wtedy refleksem, gdyż dopiero następnego dnia zrzucił całą winę na sędziego. Ale przecież zostawał jeszcze puchar UEFA...

Niestety, trafiliśmy na zespół 1 ligi portugalskiej. Podkreślam: 1 ligi! Co z tego, że nie należy ona do najsilniejszych lig naszego kontynentu. Co z tego, że rzeczona Victoria Guimares zajmuje w niej ostatnie miejsce? Przecież ma w nazwie "victoria", czyli zwycięstwo. Jak zatem można było ją pokonać? Po pierwszym meczu (pechowe 0:3) pan Engel próbował wprowadzić przeciwników w błąd, rozgłaszając że w rewanżu Wisła będzie walczyć do upadłego. Niestety, przekonał tylko naszych kibiców, a nie Portugalczyków. Nie dali nam walkoweru, przyjechali i szybko się zorientowali, że naszą taktyką jest utrzymanie remisu w rewanżu. Nikła porażka 0:1 była tak czy owak dużym sukcesem Wisły.

Po zastałych później problemach w lidze, Jerzy Engel znów poczuł gorzki smak dymisji. Stało się tak mimo bezwarunkowej miłości kibiców, którzy wcześniej zrozumieli, że ich wszystkie zarzuty wobec naszego bohatera jako selekcjonera naszej reprezentacji, były śmieszne i krzywdzące. Prawdziwi kibice już od dawna domagali się jego powrotu na to stanowisko- przecież osiągał na niej same sukcesy i dobrze się kojarzy. A Paweł Janas radzi sobie fatalnie. Może jeszcze nic straconego? Może PZPN pójdzie po rozum do głowy? Postawmy wszyscy dziś świeczkę w tej intencji...                                           



Autor: mac ap

<< poprzednie | spis treści | następne >> 
Grafika i teksty tutaj zawarte nie mogą być kopiowane i używane w wszelkiej formie bez zgody ich autorów. Wszelkie prawa Zastrzeżone!
Copyright: Layout & GFX: Urimourn (urimourn@vp.pl)