|
| 10 kolejka Premiership!
Tekst pochodzi z zasobów forum bukmacherskiego
www.obstawka.pl i został opublikowany za
zgodą i życzeniem autora ;P
- - - - - - - - - - - - -
ZAPRASZAM DO LEKTURY!
Aston Villa - Wigan. The Villans do tej pory zgromadzili tylko 9 punktów w 9 meczach. Tak jak przypuszczałem przed sezonem, poza Kevinem Phillipsem zespół ten nie wzmocnił się znacznie, a kadrowo straciło bardziej chyba tylko Portsmouth. Milana Barosa nie uważałem nigdy za wybitnego napastnika i nigdy nie dał mi powodów by twierdzić, że jest inaczej (poza EURO 2004). Jakkolwiek, on nie mógł zagrać w tym
meczu. Pierwsza połowa była raczej spokojna, gospodarze atakowali dość sporadycznie, a beniaminek z Wigan mądrze się bronił.
Jednak dośrodkowanie w pole karne gospodarzy w 31 minucie wystarczyło by stoper Villi - Aaron Hughes skierował piłkę do własnej siatki. W drugiej połowie The Villans ruszyli do szturmu i oddali sporo
strzałów na bramkę Latics, jednak nic nie zaskoczyło Johna Filana. Znów nie ma kto strzelać bramek dla Villi, Kevinowi Phillipsowi brakowało szczęścia, a Baros był nieobecny. Wigan skontrowało raz, ale porządnie - w
83 min. Alan Mahon wykańcza kontrę gości odbierając tym samym gospodarzom wiarę w choćby punkt w tym meczu. Wynik utrzymał się do końca i brzmiał 0:2. Wigan to cudowne dziecko Premier
League w tym sezonie... W ostatnich 7 meczach Wigan wygrywało aż 6 razy, co jest wynikiem fenomenalnym jak na beniaminka, może i rekordowym. Swoją drogą w tym sezonie naprawdę dobrze radzi sobie i West Ham i Wigan. Do
corocznej definicji beniaminka Premier League ładnie wpisuje się Sunderland, czyli na 80% nie przetrwa więcej niż 1
sezon. Ale o nich będzie przy okazji meczów niedzielnych.
Bardzo dobre spotkanie obejrzeli kibice na Old Trafford. Manchester United podejmował wicelidera z Londynu. Obie strony atakowały i stworzył sobie sporo dogodnych sytuacji, lecz wykorzystały tylko po jednej. Manchester objął prowadzenie już w 7 minucie po golu Silvestre'a z dośrodkowania Scholes'a, Tottenham grał dobrze, dojrzale i bez kompleksów. Mógł wyrównać kilka razy stan meczu, podobnie jak Czerwone Diabły mogły podwyższyć prowadzenie. Jednak to Jermaine Jenas w
72 min. umieszcza piłkę z rzutu wolnego w siatce Man U. 1:1! W dodatku w 87 minucie mogło być i 1:2 gdy znów z wolnego, tym razem Carrick trafił w poprzeczkę! Jednak i Man Utd. mogło wygrać ten mecz, w ostatnich minutach strzał Scholes'a obronił Robinson, a Ronaldo spudłował po strzale głową. Podział punktów na Old Trafford. Sytuację wykorzystało Wigan i wcisnęło się w tabeli na 4 miejsce przed Manchester. Chyba historyczna chwila dla mieszkańców Wigan - miasteczka rugby. Aha, Rasiaka nie stwierdzono. Ale to nie powinno dziwić...
Również obfitujące w sytuacje podbramkowe spotkanie obejrzeli kibice w Londynie, gdzie Młoty podejmowały Boro. Po cichu sobie tu liczyłem na 1, ale
ciężko typować mecze z udziałem Middlesbrough. Jakby to zapewne powiedział Jan Tomaszewski - Middlesbrough to boska drużyna - Bóg jeden wie jak zagra. Boro do tej pory albo spektakularnie ogrywało silne zespoły, albo podkładało się średniakom
(o ile tacy są w Premier League..). Młoty liczyły na to, że trafią na ten lepszy dla nich okres. I może faktycznie, Boro nie zagrało słabego meczu, ale dobrego również nie. W ataku głównie brylowali gospodarze, jednak były i okresy gry, gdy to Boro miało sporo do powiedzenia. Momentem przełomowym była chyba zmiana Bobbiego Zamory na wyjadacza angielskich boisk Teddiego Sheringhama. On to po 60 sekundach gry
umieścił piłkę w siatce gości. Potem nastąpił jednak kolejny moment przełomowy - sędziowie uznali gol samobójczy obrońcy Boro Chrisa Riggotta, który w rzeczywistości nie padł. Po tej kolejce rozgorzała dyskusja w środowisku sędziów angielskich na temat chipów nowej technologii w piłkach i jednogłośnie idea została poparta. O tym jednak więcej przeczytacie wkrótce w "Newsach z Wysp" w dziale
Liga Angielska. Boro nie mając nic do stracenia atakowało licząc choćby na gol kontaktowy i udało im się to w 87 minucie, gdy to Frank Queudrue głową zdobył gola. Wynik już się nie zmienił, West Ham United - Middlesbrough 2:1
Liverpool nie umie grać angielskiej piłki!!! Pisałem to przed 1 kolejką i będę to pisał, dopóki faktycznie Benitez nie oprze składu na Anglikach. Kiedy w Anglii będąc w lipcu obserwowałem na bieżąco transfery Liverpoolu to pusty
śmiech mnie ogarniał. Fajnie panie Benitez, ale samymi Hiszpanami to można i Ligę Mistrzów wygrać, ale sukcesów w
Anglii się odnosić nie będzie. I co tu poradzi atak Francuz - Hiszpan. Reina jak się cudownie okazało też bogiem nie jest ,
wpuszcza bramki podobnie jak Dudek. Tyle, ze jemu dziennikarze dają spokój. Cóż
taki to nasz polski los, po sparingu (bo jak mogę nazwać mecz ówczesnego zwycięzcy LM z mistrzem Walii w 1
rundzie el. do LM) Liverpoolu z mistrzem Walii, w Daily Mirror przywitała mnie przy Fish&Chipsie ramka "Sorry Jerzy, Reina will reign!" . Dodam, że w tym meczu Reina prawie nie miał
kontaktu z piłką. Cóż. Ale wróćmy do meczu. Typowałem 1x. Szkoda, że buki na to rozwiązanie dawali tylko 1,55 , ale chyba wiedzieli co się święci. The Reds grali w pucharach, więc teraz jeszcze żeby się martwić
Ligą Angielską... Fulham pokazało ostatnio przeciw Man Utd, że grać to oni bynajmniej umieją u siebie. Kto zagrał, ten zarobił. Liverpool grał, a może udawał, że gra. Akcje im się nie kleiły, nie
miał kto strzelać bramek. były momenty, że Liverpool cisnął, ale większość czasu gry
tylko myślał jak pokonać defensywę i bramkarzy (najpierw Mark Crossley, potem Tony Warner). Nie wymyślił. Fulham za to zdobyło gola w 30 minucie (Collins John) i na
"do widzenia" w doliczonym czasie gry (Luis Boa Morte). 2:0 i Wieśniaki żegnają triumfatora Ligi Mistrzów. Jakie to zabawne. Trzeba się nauczyć jeszcze grać angielską piłke, boscy
Hiszpanie i południowcy. Coraz bardziej lubię ekipę z Craven Cottage. Stosunkowo łatwo
przewidzieć kiedy wygrają. Wtedy, gdy są spięci by komuś dokopać. Co ma miejsce stosunkowo często.
I kolejny typ spoxgreq'a, który się wypełnił to zwycięstwo wyjazdowe Charltonu nad Portsmouth. Przyznam jednak, że łatwo to nie było, a Pompey jednak radzą sobie lepiej niż
myślałem przed sezonem, że będą sobie radzili. Chyba nikt bardziej nie osłabił swego składu niż oni. Jednak grają twardo i nadrabiają walecznością. W
pierwszej połowie na Fratton Park niemal zmiażdżyli gości, którzy otrząsnęli się dopiero pod koniec tejże połowy. W 2 minucie chyba największe wzmocnienie Portsmouth - wypożyczony z Newcastle Lauren Robert, specjalista od
strzałów z dystansu i rzutów wolnych, z dość sporej odległości trafia w słupek. Jednak już w 14minucie jest 1:0, Dario Silva umieszcza piłkę w siatce. Pompey byli stroną lepszą,
waleczniejszą, a Addicks jakby przechodzili obok. Po przerwie bardzo umotywowani przez
trenera nie dali już zbyt wiele pograć gospodarzom, a bramki w ich stylu, z prostych,
prostopadłych podań, jak gdyby oczywistych, a jednak zaskakujących wszystkich w Premier League zdobyli dwa gole - Darren Ambrose w
61 min. i Dennis Rommedahl w 77 min. Tak też na Fratton Park wynik brzmiał po 90 minutach 1:2, a Ci którzy postawili w tym meczu 2 po kursie 2,51 mogli już iść liczyć pieniądze. Jednak trzeba pamiętać, że Portsmouth mimo, że bez gwiazd to walką nadrabia sporo punktów i trzeba będzie o tym pamiętać w najbliższym czasie, szczególnie
na Fratton Park.
| |
W ostatnich 3 meczach Blackburn z Birmingham na boisku Blackburn trzykrotnie padał remis. Biorąc pod uwagę (teraz mały eufemizm) różną formę obu zespołów postanowiłem zaryzykować i reklamowałem typ X.
Pierwsza połowa była wręcz tragiczna, prawie bez żadnej akcji, w 39 minucie trybuny ożywiły się, kiedy napastnik Birmingham Mikael Forssell chciał wymusić rzut karny. W odpowiedzi Blackburn oddało cały
jeden strzał na bramkę Maika Taylora i to wszystko do szatni. Po przerwie jednak szybko wszystko zaczęło układać się po myśli gospodarzy. W 49 minucie pada bramka z rzutu karnego, który wykorzystał Paul Dickov. Czy był faul to kwestia sporna. Wypadkową tej bramki była też i druga w 81min. strzelona przez Craiga Bellamy'ego. Birmingham straciło resztki nadziei i zaprzestało ataków. Swoją drogą, od Bellamy'ego oczekiwałem więcej przed sezonem. Jak zobaczyłem , że z Newcastle, a właściwie to Celticu.. przechodzi do Blackburn to poplułem się owsianką. Niestety zbyt dużo nie strzela, może kiedyś zacznie? Ale trzeba pamiętać, że
Blackburn to drużyna która przede wszystkim mądrze i solidnie się broni. Atak jest na drugim miejscu.
Mecz Arsenalu i Manchesteru City miał być jedną z najciekawszych konfrontacji tej kolejki. Sama rozgrywka może nieco rozczarowała, ale przecież Citizens to jedna z rewelacji tego sezonu i można było oczekiwać
trudnej przeprawy Kanonierów. W pierwszej połowie nie było zbyt wielu sytuacji bramkowych, po strzale z obu stron (Pires - Musampa). W drugiej połowie goście zagrozili pierwsi bramce gospodarzy, lecz w
53 minucie główkę Sibierskiego broni Lehmann. Szansa zemściła się w 61 minucie, gdy to gola zdobyli gospodarze. W polu karnym James faulował Henriego, a na bramkę rzut karny zamienił Robert Pires. Henry z kolegami
założyli sobie, że jak dostaną karnego przy prowadzeniu to rozegrają sobie mało znany i już zapomniany sposób strzelania rzutów karnych. Kto z Was wiedział, że rzut karny nie musi być wykonywany bezpośrednim
strzałem, ale może także być rozegrany??? Taką zasadę odkurzyli Kanonierzy, z tym małym niedopatrzeniem, że Pires w 72min. po faulu na Bergkampie, wykonując rzut karny,
rozegrał go na strzał Henriemu, ale...do przodu. Piłka musi być zagrana do tyłu. Tym samym goście dostali rzut wolny, a wielka szansa na podwyższenie wyniku poszła się... zajadać fistaszkami. Najzabawniejszy scenariusz życie
przygotowało w 78 minucie, gdy to Citizens zdobyli gola za sprawą Dariusa Vassela, niestety nieuznanego (domniemany spalony). Fajnie by było gdyby w wyniku niedoczytania zasad i zabaw przez Arsenal, ten
zamiast wygrać 2:0, zremisowałby 1:1... Tak się jednak nie stało i mecz zakończył się skromnym zwycięstwem Kanonierów 1:0.
Ajajaj a tak blisko był piękny typ po kursie 2,06. Tyle dziwnych spojrzeń na forum, których się naczytałem w stosunku do mojej skromnej osoby to już dawno nie było. Newcastle i Sunderland x2? Nie żartuj panie spox.
Nie żartowałem, ale i znowu typ był raczej z tych mocno ryzykownych. Wiadomo jak gra Sunderland. Jakkolwiek miałem sporo pewnych pobudek by twierdzić, że będzie
inaczej niż gra reszta i (niech to) pomyliłem się, jakkolwiek bardzo nieznacznie. Powiem więcej - dobrze się bawiłem.
Szkoda (dla mnie), że jednak Sroki mecz derbowy wygrały 3:2. Początek meczu należał do nich, śmiało atakowali bramkę gości.
Kontuzjowanego Michaela Owena zastąpił Shola Ameobi. Ale za to JAK zastąpił... W 34 minucie wpakował on piłkę do siatki Czarnych Kotów, a 3 minuty później zrobił to po raz drugi! Tyle, że w tym czasie Newcastle
zdążyło już stracić gola za sprawą Liama Lawrence'a. Sam Ameobi też długo się nie nacieszył drugim golem, bo 4 minuty później gospodarze tracą drugą bramkę (Stephen Elliot) i wynik do przerwy brzmi 2:2. W drugiej połowie to goście chcieli bardziej wygrać, byli więcej z przodu, jednak....to Newcastle zdobyło zwycięską bramkę. W 63 minucie po faulu na...tak, na Ameobim - Belozoglu Emre strzela gola z rzutu wolnego. A teraz na rozluźnienie atmosfery - Spróbujcie wymówić szybko imię Emre na jakiejś dobrze zakrapianej (mineralną) domówce..
(-
Emre, emre, emre, ere.. pffuu ;P - Publo)
gwarantuję, że będziecie mieli więcej śmiechu z siebie niż samego imienia. Cóż, żałuję, że nie trafiłem typu, jakkolwiek daleko nie było. Sunderland jest trochę zdesperowany i czekam na serię ciekawych wyników z udziałem tej drużyny wkrótce.
I kolejny mecz w którym wiązałem nadzieję na jakąś zdobycz punktową gości. Bolton podejmuje West Bromwich Albion. Bolton u siebie gra w kratkę, a do tego nigdy specjalnie im z WBA nie szło. Liczyłem na
x2, ale się troszkę przeliczyłem, jakkolwiek znowu było blisko. O tym meczu można
powiedzieć dużo w dwóch zdaniach. Bolton cisnął niemożebnie, ale nie wykorzystał karnego, a reszta piłek leciała nad bramką. To co
leciało w bramkę świetnie bronił Kirkland. I w zasadzie to byłoby na tyle. Ale w 81 minucie, kiedy się już śmiałem, że wyczaiłem
cwaniaków Hidetoshi Nakata pokonuje Kirkiego. 1:0! Jeszcze w doliczonym czasie gry
Kevin Nolan dobija gości i wynik ostatecznie brzmi 2:0. Brawo Bolton, WBA nie błyszczy. Tym samym kończy się moja czarna niedziela, gdzie zamiast
dwóch niespodzianek - gospodarze wygrali. Cóż spox, może następnym razem...
I wisienkę zostawiłem sobie na koniec. Czekałem, czekałem, czekałem aż Chelsea straci jakieś punkty. I doczekałem się. Liga Angielska jest na tyle dziwna i nieprzewidywalna, że Chelsea może pokonać wicelidera i
z 5:0, ale z ostatnią drużyną tabeli może zremisować lub przegrać. Evertonowi udało się urwać The Blues 2 punkty i chwała im za to. Jednocześnie, to dopiero
drugi mecz The Toffees, w którym zdobywają oni punkty! (Pierwszy to wygrana wyjazdowa z Boltonem..dawno). Dziwny ten Everton. Bo na ile byliśmy wszyscy zgodni, że nie
powtórzą oni sukcesu sprzed roku, to jednak kadrę mają co najmniej na solidną, ligową drużynę. Wyniki jednak świadczą przeciwko nim, zajmują ostatnie miejsce w tabeli. Kolejnym argumentem by oczekiwać, że zdesperowany Everton urwie punkty mistrzowi to to, iż piłkarze The Blues to nie roboty i grając któryś miesiąc co 3 dni można się wreszcie poprostu zajechać. Brak świeżości było widać na boisku, akcje się nie kleiły, brakowało wykończenia i tak Chelsea zdobyło tylko jedna bramkę, za sprawą Lamparda w 50 minucie.
Wcześniej jednak, bo w 37 minucie James Beattie wykorzystuje rzut karny podyktowany za faul na Cahillu. Piłka odbija się od poprzeczki jeszcze i wpada do siatki. Chelsea tworzyła jakieś tam sytuacje, ale to nie była ta drużyna, która zawsze olśniewa swoja grą (kogo olśniewa, tego olśniewa, erhm...). Klarowne to one nie były. Widać już brak świeżości, ale nie należy mu się dziwić. Chcę tylko by ktoś zburzył niecny plan Murinho i pokonał Chelsea w lidze. Najlepiej by zrobił to właśnie Everton sasasa....albo chociaż Sunderland, lub WBA.
Ok, koniec offtopiku. Wynik tak czy siak, po końcowym gwizdku brzmiał 1:1. Everton może po tym meczu dostać mały bodziec, by
wsiąść się do kupy i zacząć zdobywać punkty, bo na razie ten wielce zasłużony
dla angielskiego futbolu klub siedzi na desce zawieszonej nad kanałem, a 19 zaślinionych facetów w garniturach przepycha się by
pociągnąć za sznurek, który tę deskę stamtąd usunie... Bardziej obrazowo się
tego ująć nie dało, dziękuję za uwagę

Autor: spoxgreq
| |