N U M E R :
1
grudzień 2005


kontakt

| poprzednie - spis treści - następne |      
Strona - 14 - Al Di Meola...

Al Di Meola, John McLaughlin, Paco De Lucia, "Friday Night in San Francisco"

Płyta ta trafiła w moje ręce w dość dziwny sposób. Otóż pewnego dnia postanowiłem kupić trampki i przechadzając się w poszukiwaniu tego rodzaju obuwia, całkowicie przypadkowo, trafiłem do pewnego sklepu z płytami. Nie pytajcie się mnie, w jaki sposób, ponieważ sam nie wiem, pamiętam tylko, że w jednej chwili byłem na korytarzu, aż tu nagle patrzę i stoję przed stoiskiem z napisem Jazz. Postanowiłem wykorzystać sytuację i zacząłem przeglądać płyty. I wtedy moim oczom ukazała się ta jedyna, na którą "polowałem" od dłuższego czasu. Nie zważając na nic zabrałem płytę, popędziłem do kasy, a następnie do domu. Trampki w tym momencie stały się nieważne.

Że ta płyta będzie świetna wiedziałem już wcześniej, ponieważ zdarzyło mi się już kilkakrotnie słyszeć koncertowe dokonania tych trzech panów. Teraz jedyną kwestią, którą trzeba rozpatrzyć, jest: "jak bardzo dobra?". Nie chcę trzymać was w niepewności i napiszę od razu: te utwory są genialne, chociaż... Nie, narzekanie zostawię na koniec.

Zapis nagrań otwiera utwór składający się z dwóch części. Już od samego początku mamy świadomość, że trafiliśmy na płytę wyśmienitą. Po około 30 sekundach utworu zaczynają się improwizacje, które trwają prawie do samego końca. Podobny schemat możemy zauważyć we wszystkich utworach na tej płycie, jednak nie stanowi to wady. Ośmielę się stwierdzić, że jest wręcz przeciwnie. To właśnie te niesamowite improwizacje sprawiają, że mam aż tak wysokie mniemanie o tej płycie. Być może jest tak również dlatego, że nigdy wcześniej nie słyszałem, aby ktoś grał tak szybko na gitarze klasycznej szarpiąc pojedyncze struny. Szczerze mówiąc, to gdybym wcześniej nie widział niektórych części tego koncertu, to stwierdziłbym, że utwory te były jakoś przemyślnie miksowane w studiu nagraniowym.


Oprócz typowych improwizacji mamy tu również elementy, że się tak wyrażę, "niespodziewane". Bo jak inaczej nazwać to, że w środku utworu gitarzyści przestają "maltretować" struny i biorą się za pudło rezonansowe? Nie wspominam już o czymś tak oczywistym jak granie "poza progami", które w połączeniu z ciszą i kilkoma uderzeniami o pudło brzmi genialnie oraz tworzy niepowtarzalny nastrój utworu.

Niestety nie posiadam nagrań video z tego koncertu. Piszę "niestety", ponieważ w pewnym momencie(końcówka utworu "Fantasia Suite") wydarzyło się coś niesamowitego, co, paradoksalnie, podniosło jakość płyty. Otóż któremuś gitarzyście albo pękła struna, albo mu po prostu "uciekła" albo cały ten zabieg był przemyślany już przed koncertem (w to jednak wątpię). W każdym razie rozpocząłem już poszukiwania jakiegoś DVD z tego koncertu, a jak je zdobędę, to z pewnością kilka słów o nim napiszę.

Zbliża się koniec tej recenzji, więc nadszedł czas na obiecane na początku "narzekanie". Otóż najsłabszym ogniwem całej płyty jest utwór ostatni. Nie, nie dlatego, że jest najkrótszy. Otóż wszystkie utwory, oprócz tego jednego, zostały zarejestrowane na koncercie z 5 grudnia 1980 roku i one są po prostu wyśmienite. Natomiast " Guardian Angel" jest nagraniem studyjnym. Nie mówię, że utwór jest beznadziejny. Nie, on również stoi na bardzo wysokim poziomie, tak jak reszta, ale słychać różnicę pomiędzy nim, a innymi utworami. Brak mu tej... "lekkości improwizacji", która zawsze towarzyszy nagraniom koncertowym, co wcale nie znaczy, że nie warto go słuchać. Wręcz przeciwnie. Zastanawiacie się dlaczego o tym wspominam, skoro "Guardian Angel" również mi się bardzo spodobał? Otóż słyszałem koncertowe wykonanie tego utworu i nie mogę wybaczyć twórcom, że go na tej płycie nie umieścili, ponieważ było o wiele lepsze od studyjnego. Również miłośnicy ballad będą trochę tą płytą rozczarowani, ponieważ nie ma tu ani jednego takiego utworu. Jeśli ktoś nastawia się na płytę podobną do "One Quiet Night" Pata Metheny, to muszę go uprzedzić, że oba te albumy są całkowicie różne. Chociaż uważam, że powinien się nią zainteresować każdy, jeśli nie kupić, to przynajmniej przesłuchać, ponieważ naprawdę warto.

W sumie to były wszystkie zastrzeżenia jakie miałem w stosunku da tej płyty. Z czystym sumieniem mogę ją polecić każdemu fanowi jazzu oraz każdemu fanowi gitary klasycznej. Zresztą, zarówno jedni, jak i drudzy nie będą chyba potrzebowali innej rekomendacji dla tej płyty jak nazwiska wykonawców.

1. a) Mediterranean Sundance (11:25) b) Rio Ancho

2. Short Tales of the Black Forest (8:39)

3. Frevo Rasgado (7:50)

4. Fantasia Suite (8:41)

5. Guardian Angel (4:00)



Autor:Iskendarian 

    | poprzednie - spis treści - następne |
Grafika i teksty tutaj zawarte nie mogą być kopiowane i używane w wszelkiej formie bez zgody ich autorów. Wszelkie prawa Zastrzeżone!
Copyright: Layout & GFX: Urimourn (urimourn@vp.pl)