|
Zemsta imperatywu
narracyjnego
Boginka
Książki są od tego, żeby coś się w nich działo. Tego od nich przecież
oczekujemy, prawda? Pomijając może literaturę "wysokich lotów" i inną awangardę,
książka polega na tym, że bohater realizuje pewien ciąg zdarzeń - fabułę. W
wielu gatunkach literackich, to co ma się dziać jest ustalone: w bajce królewicz
musi zatłuc smoka, w klasycznym kryminale ktoś musi zginąć, a ktoś inny
rozwiązać zagadkę, w romansie musi być dwójka ludzi, którzy się w sobie
zakochują (i żyją długo i szczęśliwie). Tak po prostu jest, rzeczy muszą się
wydarzyć, bo tak nakazuje konwencja - imperatyw narracyjny.
Zazwyczaj imperatyw ten służy fabule, oczekujemy jako czytelnicy pewnych rzeczy,
te rzeczy się wydarzają i jesteśmy z tego zadowoleni. Oczywiście, jeśli czasem
pisarz wystawi nas do wiatru i zakpi z konwencji, to tez może być przednia
zabawa. Ot ze zwykłej przekory to nie królewicz ukatrupi smoka, a smok
królewicza. Tak czy inaczej jest dobrze.
Jest jednak jeden wypadek kiedy imperatyw narracyjny się mści. Rzecz niezwykle
irytująca. Dzieje się tak kiedy pisarz próbuje przekonać czytelnika, że
przedstawia prawdziwe życie. Nie piękną sagę pokroju Tolkiena, nie pouczającą
bajeczkę w klimatach Jane Austein, nie historię triumfu dobra nad złem. To co
pisarz chce pokazać, to degradacja, krew, zło, nienawiść. Nasz świat z tej
czarnej strony. W tym celu, wszechwładny niczym bóstwo, zsyła na bohatera
tysiące upokorzeń stawiając go wielokrotnie o krok od śmierci. Wszystko to z
poważną miną.
Tragedia jednak zamienia się w parodię, jeśli nie uda się uniknąć pułapki
najważniejszego imperatywu narracyjnego - przymusu by bohater mimo wszystko żył.
Być może z jednego nieszczęścia będzie wyratowywany tylko po to, by popaść w
następne, jednak my jako czytelnicy cały czas wiemy, że to jeszcze nie koniec.
Tę kaźń postać także przetrwa, jak krwawy nie byłby opis. Musi, bo jesteśmy
dopiero w połowie książki, a to przecież nie powieść awangardowa i pisarz nie
zakpi z ostatecznej konwencji - książka musi mieć swojego głównego bohatera.
Z każdą stroną powyżej pewnego maksimum, wzrasta więc zobojętnienie. Bohaterowi
wiedzie się tak źle, że gorzej zda się być nie może. Jednak my, równie dobrze
jak pisarz wiemy, że to dopiero początek. Ostatkiem sił postać przemknie do
następnego rozdziału, by znów rozpocząć swoją drogę przez mękę. Drogę, która już
nie wzrusza, ani nie oburza.
Niby to samo można powiedzieć choćby o fantasy opartej na sagach, czy o filmach
z Jamesem Bondem. Tyle że tam nikt nie traktuje tego poważnie. Wszyscy od
początku umawiamy się, że to taka bajka dla dorosłych, w której dobro zwycięży,
bo zło musi być głupie. Tymczasem tu nagle pisarz zdaje się wołać z kart
książki: "Patrz, pokazuję Ci prawdziwy świat." |
|
Ale to nie jest świat prawdziwy. Przez to, że z uporem stara się za bardzo
straszyć swoją "prawdziwością" (choć sam przed sobą musi przyznać, że jest
fikcją) staje się surrealistyczny. Poruszające, fikcyjne książki o tragedii,
upokorzeniu, śmierci i nikczemności trzeba umieć pisać - nie wystarczy "napchać"
tam nieszczęść. Trzeba jeszcze umieć uciec koalicji imperatywu narracyjnego i
niewiary. Przekonać czytelnika, że rzecz może się skończyć tragicznie, główny
bohater może polec właśnie teraz.
Tymczasem niestety coraz więcej książek, z którymi się stykam z jednej strony
chce przedstawiać świat "rzeczywisty", z drugiej jednak pisarz nie zamierza
poprzestać na powiedzmy dwustu stronach. O nie. Rozleniwionej, dekadenckiej
publiczności należy zaserwować minimum pół tysiąca stron juchy, strachu,
przekleństw, flaków, poniżenia i czego tam jeszcze. Stosując przy tym
zmodyfikowaną zasadę Hitchcocka - zaczynamy od trzęsienia ziemi, a dalej jest
coraz mocniej. Tyle że w pewnym stężeniu to już zupełnie przestaje "ruszać".
Ostatnio spotkałam się z następująca mniej więcej opinią o pewnych książkach -
nie podobały się one komuś ponieważ były zbyt "ugrzecznione". Wypowiadający się
wolał takie, które "przynajmniej zauważają istnienie słowa <<dupa>>" A tak sobie
myślę - cóż z tego, że nasi aktualni mistrzowie pióra potrafią kląć jak szewcy,
skoro nadużywane przekleństwa tracą jakiekolwiek znaczenie? Cóż z tego, że
potrafią z maestrią opisać wnętrzności skazańca wbitego na pal, skoro opis taki
dewaluuje się w tempie zastraszającym? Co będzie dalej, gdy "zwykłe" flaki nie
wystarczą już by spowodować drgnięcie brwi u czytelnika?
Mam nieprzyjemne wrażenie, że część literatury bezsensownie się brutalizuje.
Bezsensownie, bo puchnąc pozbawia się wiarygodności. Tym samym zresztą pozbawia
poniekąd wiarygodności brutalność prawdziwą. Choćby tą z kart autorstwa Hanny
Krall, czy Gustawa Herlinga-Grudzińskiego. Dokąd taki bieg przez nikczemność
prowadzi, nawet nie chce mi się myśleć. Boję się tej myśli. Boję się pułapki
imperatywu narracyjnego, którą sami na siebie zastawiamy. My czytelnicy i oni,
idący za naszym "upodobaniem" autorzy.
Dla zainteresowanych: impulsem do napisania tego tekstu była książka A.
Ziemiańskiego "Achaja"
|