« poprzednia | spis treści | następna »  
Ninja Gaiden vs. Devil May Cry
Iggy

Witajcie! Jak co miesiąc serwuję Wam, drodzy czytelnicy tekst z cyklu "zapychacz", na szczęście temat jest dość ciekawy, powinien zainteresować miłośników gier "APP"- kill everything!

W lewym narożniku znajduje się Ryu Hayabusha, bohater "Nina Gaiden", serii o wspaniałym ninjutsu, ratującym po raz n-ty świat od zagłady.
W prawym narożniku stoi ze stoickim spokojem chłopaczek w czerwonym płaszczu, powitajmy Dantego z "Devil May Cry"!
Trudno powiedzieć, która gra jest lepsza, mimo podobnego gatunku, prezentują odmienny styl. Z jednej strony luzacki i nieco dziecinny Dante zaś z drugiej mamy posępnego i honorowego Ninje- Ryu. Obydwa tytuły ocierają się o miano ideału. Devil prezentuje sobą szybką, efektowną i stylową muckę. Tego już nie można powiedzieć o "NG", ta gra to finezyjne, techniczne i głębokie "łubudubu" In japanese style! Nie powiem, która gra jest lepsza, zasugeruję tylko, czym się różnią te "majstersztyki".


Fabuła:
"DMC"- Devil May Cry to standardowo i liniowo poprowadzona fabuła, bez żadnej głębi, typowy standardzik. Nie zobaczymy tu epickich (ostatni boss to wyjątek) momentów jak w serii Koijmy. Żadnych zwrotów akcji, ale nie czepiajmy się, przecież w takich grach chodzi o rzeźnię!

"NG"- Sprawa z przygodami dzielnego ninjutsu ma się podobnie jak z "DMC", wymyślona nieco na siłę, tylko po to, aby był powód tej całej boruty. Urozmaiceniem fabuły są laseczki, które pokazują to i owo, hehe. 

Grafika:
"DMC"- pomimo upływu kilku lat grafika w DMC sprawia bardzo dobre wrażenie. Nawet teraz grając w ten tytuł po raz pierwszy zostaniesz olśniony stylem wykonania, piękną architekturą i posępnie wyglądającymi przeciwnikami. Jedynym minusikiem jest utaj wszędobylskie schodkowanie krawędzi, lecz każdy efekt graficzny rekompensuje ten uraz, który później i tak nie ma znaczenia. 

"NG"- powiem krótko- żyleta! Takiej ostrej i przy tym płynnej grafiki nie widziałem nigdy, 60 klateczek non stop sprawia, że czujemy się zasysani przez ekran telewizora! Rozbłyski, modele postaci, lokacje powodują, że nie raz skoczysz z fotela w akcie "kociokwiku", zachwycając się Taironem- głównym miastem w grze. Olbrzymią beczką miodu są renderowane pokazówki, których nie uświadczymy w "DMC"!

Dźwięk:
"DMC"- muzyka jest ostra! Elektroniczne brzmienia łączą się z gitarowymi rifami, tworząc genialnie pasujące kawałki, przy których wyrzynanie w pień hord nieumarłych sprawia przyjemność! Muzyka towarzysząca w ostatniej planszy- finałowym starciu- po prostu wgniata w fotel/tapczan/krzesło (niepotrzebne skreślić) DMC OST (original sound track) to obowiązkowa pozycja dla każdego melomana! 

"NG"- szczerze mówiąc, muzyka jest w "NG" jest bezpłciowa, w każdej planszy inna. Można ten fakt zaliczyć na plus lub na minus. Trzeba przyznać, że nie ma motywu muzycznego, który by mnie zachwycił, ba, zadowolił, chociaż. 

Szlachtowanie przeciwników:
"DMC"- pełne dynamiki i efekciarstwa walki są punktowane, musisz trzymać fason, więc uważaj jak zabijasz;). Po każdej rundzie, za zdobyte "orb's" można zakupić nowe chwyty, ciosy i triki. Wszystko zostało zrobione według zasady Capcomu: "Lepiej=efektowniej=brutalniej=miodniej". Wachlarz ciosów w "DMC" to standard, lecz zadowoli każdego elektronicznego zabijakę.

"NG"- pierwszy raz w historii gier "APP" miałem do czynienia z namiastka bijatyki. Panowie z "Team Ninja" po doświadczeniach z "Dead or Alive" stworzyli genialny system gdzie liczy się technika a nie szybkość naparzania pacami w pada. Każdą broń można odpowiednio przykapować, robiąc później przeciwnikowi z tylnej części ciała jesień średniowiecza. Oczywiście owe "upgrejdowanie" nie ma tak kolosalnego znaczenia jak w "DMC", można przejść grę używając tylko standardowego wyposażenia Ryu- stalowej katany. 

Przeciwnicy i Bossowie:
"DMC"-
"NG"-

Jeżeli jeszcze nie mieliście styczności z obiema grami a żyjecie w dużym mieście to szybko znajdźcie sobie "kolegów", którzy są odpowiednio zaopatrzeni w dany sprzęt i gry, przynieście ze sobą "prowiant" i masterujcie kolejne poziomy obu dzieł japońskiej wyobraźni. 
Na koniec powiem abyście nie podważali mego zdania, gdyż za moimi plecami siedzi gość, co obie gry przeszedł na "Hardzie", pokłony proszę, powitajcie mojego brata, hehehe. 

« poprzednia | spis treści | następna »