Nosferatu: Wrath of Malachi

Dobrych gier-horrorów blacharzom zdecydowanie brakuje. Konsolowcy dostają support od Japończyków (Capcom, Konami...), a fani kupowania nowych części i śrubowania parametrów? Malutko, oj malutko. Gier tego typu wyplutych na pieca znam mało, ale każda according to me trzyma poziom. Jedną z nich jest właśnie Nosferatu: Wrath of Malachi, który nie dość, że wyszedł w pełni zlokalizowany, to jeszcze był dostępny za marne grosze. Ja np. miałem go za darmo. Wystarczyło pożyczyć krążek z grą od kumpla i zainstalować. Nic więcej.

Historyjka opowiada o tym, jak to pewna dziewoja wchodzi w bliższe stosunki z pewnym panem mieszkającym w wielkim zamczysku. Weselisko miało się właśnie w nim odbyć. Zjeżdża się rodzinka. Kolo w którego się wcielamy oczywiście przyjeżdża jako ostatni i nie zastaje nikogo. W tym momencie gracz zaczyna działać. Mocny klimacik obecny jest od samego początku i trzyma tak do samiuśkiego końca. Zaczynamy przed zamczyskiem. Jest on podzielony na trzy części. Z czasem będziemy zdobywali dostęp do każdej kolejnej. Ciemno wszędzie, głucho wszędzie. Nagle ciszę przerywa dźwięk tłuczonego szkła. To księdzu wyleciał przez okno. Pokiereszowany prosi o lekarza (który notabene przyjechał na weselisko), ale nim ruszymy udziela nam pewnych informacji oraz kilku wskazówek.

Dowiadujemy się, że żadnego wesela nie będzie. Po paru minutach stajemy twarzą w twarz z pierwszą bestią. Walczymy z nią naszą pierwszą bronią. Mieczem. Od razu wiadomo, że nie będzie to spacer po parku wśród zielonej trawki, śpiewu ptaszków i psich gówien pozostawianych na chodniku. Potwory rzucają się na nas z zaskoczenia. To w połączeniu ze specyfiką miejsca (zimne zamkowe mury) i wszechobecnym mrokiem nie raz potrafi przyprawić o łomotanie pikawy. Klimat daje po czaszce! Power! Dobrze, pomykamy sobie po tych korytarzach i pokojach, sieczemy maszkarony i... Co? Ano jest w tym wszystkim pewien cel. Otóż w różnych miejscach ukryli się bądź są przetrzymywani przyjezdni, a my musimy ich uratować. Niekoniecznie wszystkich, bo to trochę trudne, ale większość. Napotkaną osobę musimy zabrać ze sobą i wyprowadzić z zamku. W jego wrota powbijana jest masa krzyży, co zapewnia to, iż żadne plugastwo ich nie przekroczy. Za nimi ludzie są bezpieczni. Każda doprowadzona osoba w akcie wdzięczności gotowa jest sprawić nam jakiś podarek ułatwiający ratowanie reszty nieszczęśników. Niektórych bowiem możemy wyprowadzić dopiero po pokonaniu bossa. Z bestyjami walczyć możemy przy pomocy kilku narzędzi. O mieczu już wspominałem. Dostają nam się także pukawki, woda święcona, krzyż, kołki.

O grafice dużo napisać raczej nie można. Wiadomo, wszędzie ciemności, tekstury słabo widoczne. Nie chcę przez to powiedzieć, ze grafa jest słaba, bo mi to wszystko naprawdę się podobało. Do tego jeszcze ten filtr tworzący wrażenie, iż oglądamy film ze starej, zniszczonej taśmy. Strona audio gry zmiażdżyła mi po prostu baniak! Te dźwięki i muzyka sączące się ze słuchawek w połączeniu z uczuciem lęku i niepewności, które często graczowi towarzyszą, powodowały, iż czasem już nie wytrzymywałem tego napięcia i chciałem grę wyłączyć, pójść już do łóżka. Jednak nie mogłem, bo coś mnie przed monitorem trzymało. Obiecywałem sobie: jeszcze chwilkę, jeszcze chwilkę... Ta gra ma w sobie to "coś". Polecam ją amatorom tego typu wrażeń. Nosferatu można przechodzić nawet kilka razy, bowiem za każdym rozpoczęciem nowej gry zmienia się układ pomieszczeń i korytarzy. Mniam!