Alone in the Dark

Nigdy nie zapomnę filmu Megalodon. Moim zdaniem jedna z największych kiszek. Do niedawna najgorszym filmem jaki widziałem (a zbyt dużo to ja ich nie oglądam) była Narzeczona laleczki Chucky. Totalny badziew, w którym były tak niesamowite akcje jak pieprzące się lalki czy też lalka rodząca potwora. Doceniłem ten filmy gdy zobaczyłem wspomniany Megalodon. Dosłownie po 15 minutach nie wytrzymałem i wyłączyłem tego gniota. Dziadowski plan, aktorzy wzięci nie wiadomo skąd, montaż przerażająco ch*jowy i do tego te sceny tworzone komputerowo wyglądające tak, jakby pracował nad nimi kompletny amator. Cienki jak postny barszczyk Alone in the Dark także doceniłem, gdy przypomniałem sobie o Megalodonie.

Ale, ale... Zagalopowałem się ździebko. Zamiast od razu przedstawiać opinię o recenzowanym filmie skupię się na przedstawieniu fabuły i innych elementów. Otóż film zaczyna się jak za dawnych czasów. Mamy półtora minuty przewijających się przez ekran napisów. Dowiadujemy się, iż Amerykę zamieszkiwał niegdyś lud zwany Abkani, który uważał, że świat składa się z dwóch części, które dzieliły wrota. Abkani udało się otworzyć te wrota i sprowadzić do naszego świata bestie. Następnie ów lud nagle zniknął. Biuro 713 prowadziło badania dotyczące przodków. Zostały one jednak przerwane, a doktorek je prowadzący zaczął prowadzić eksperymenty na dzieciach w tajnym laboratorium ukrytym w pewnej kopalni. Jednemu z nich udało się uciec.

Zapowiada się nawet ciekawie, to przyznać trzeba. Pojawia się znany graczom Edward Carnby wracający z podróży, gdzie odnalazł pewien artefakt. Mamy pościg, mamy scenę walki (trochę dziadowsko miejscami zmontowaną, trza dodać). I po paru minutach zaczyna się. Co? Ano właśnie. Zaczyna wychodzić nijakość tudzież dupowatość filmu. Nie grałem w czwartą cześć gry (jedynie obczaiłem krótkie demko), ale zapewniam, że film poza nazwiskiem głównego bohatera nie ma nic wspólnego z grą. I to jest ekranizacja? Czym był Alone in the Dark jako gra? Ano horrorem. A czym jest film? Bezmózgą sieką z kiepską fabuła, a nawet nielogiczną, w dodatku nudną, nieciekawą. Bzdetną wręcz. Zbliża się 30 minuta filmu i co nam zaserwowano? Rozpierdziel. W ogóle bez polotu ukazano scenę powoli kroczącego Edwarda z Aline w ciemnościach. Światła migoczą, słychać jakieś podejrzane dźwięki. O budowaniu napięcia mowy nie ma. Nagle pojawia się zwaliste monstrum i po chwili nie wiadomo skąd wpada grupa z Biura 713 i robi rozpierduchę. Następnie mamy chwilę oddechu (oddechu? Co ja gadam? Niby po czym?). Przed nami jeszcze dwie sceny rozpierdzielu. W jedej znowu mamy walkę z potworami, tyle że tym razem w kompletnych ciemnościach. Walą wszyscy na oślep i, o dziwo, trafiają w monstra, siebie wzajemnie nie raniąc. Gdzie tu logika? Jedyne co się może podobać w tej scenie to muza i efekty świetlne dawane przez wypluwane z karabinów naboje. Jakiś czas później, po paru minutach zagłębiania się tajniki głupiej fabuły, czeka nas kolejna dzika sieka i finał jakby z Resident Evil wyjęty.

Ja się tam co prawda nie znam, ale jeśli nad scenariuszem pracują trzy osoby, to mimo wszystko chyba można coś naprawdę niezłego w takiej grupie zdziałać. Gówno prawda. Takie rzeczy to ja z kumplami po paru browarkach jestem w stanie napisać. Ci panowie natomiast zgarnęli za to pewnie niezłą sumkę. W końcu budżet filmu wynosił 20 milionów zielonych. Swoje trzy grosze dołożył do tego kaleczniak Uwe Boll (reżyser). Miał on może kilka ciekawych pomysłów, ale ogólnie to zbytnio się nie napracował przy tym filmie. Kiedy przypomnę sobie chociażby koncepcje zastosowane w prowadzeniu kamery w całkiej fajnym Ja, Robot, to aż smutno się robi. Jak już się zdecydował zrobić film akcji zamiast horroru to powinien skupić się na nakręceniu interesujących, robiących wrażenie akcji. No, chyba że według niego to jest horror. Ręce opadają. Pewnie sobie myślicie, że psiorczyć to łatwo, ale trudniej coś zdziałać samemu. Otóż uważam, że jeżeli ktoś chce kręcić filmy to niechaj będą one przyzwoite chociaż. Przed AitD Boll nakręcił House of the Dead. Wszyscy go zjechali. Jaki jest więc sens kręcenia kolejnej kiszki przynoszącej straty? Chyba tylko Bozia raczy wiedzieć.

Film jest nudny, ma cieniutki scenariusz, nie reprezentuje sobą prawie nic, co mogło by się podobać. Fajnie, że przynajmniej zagrali tu Christian Slater i Stephen Dorff. Zawsze jakieś znane twarze (wszak Dorff grał ciekawą rolę w pierwszym, świetnym "Blejdzie"). Gdybym miał wybrać to, co mi sie tu podobało, to powiedziałbym, że "I wish had an angel" Nightwisha na napisach końcowych i plakat jest nawet całkiem fajny. Aż się boję o nadchodzącą BloodRayne. Super obsada, ale Boll pewnikiem wszystko spieprzy. Kiedy czytałem opinię o House of the Dead i AitD, to nie dowierzałem, że są aż marne. Teraz uwierzyłem. Boje się o BR, a także o FarCry. Gdyby chociaż sceniariusze nadchodzących filmów były w miarę wiernym odzwierciedleniem fabuły owych gier. Ech, szkoda gadać. Pożyjemy, zobaczymy.

Wracając do AitD rzeknę tylko, iż decyzja należy oczywiście do was (odkrywcze jak cholera). Możecie uznać żem jest krzykacz-lamer, który nie ma pojęcia o filmach (bo gdyby się tak zastanowić głębiej, to rzeczywiście gówno się na temacie znam), możecie też mi uwierzyć i omijać ten crap szerokim łukiem. Ja tam po prostu chciałem wyrazić własną opinię. Opinię szarego obywatela, który każdego ranka drapie się po torbie, dłubie w nosie podczas loadingu kolejnego etapu w rozpracowywanej gierce i myśli o dupie Marynie z częstotliwością 50 razy na dobę. Tyle. Jedzcie groszek.