|
Święty Mikołaj, zima, puszysty śnieg, choinki, światełka, przyozdobione sklepy, ciepła rodzinna atmosfera. Do tego przyzwyczailiśmy się od dzieciństwa. To obserwowaliśmy zarówno
wokół siebie, jak i mogliśmy podziwiać na różnego rodzaju filmach. W nielicznych produkcjach mogliśmy pośmiać się z zabawnych przygód mężczyzn, którzy musieli udawać świętych Mikołajów, jeździli na saniach, czy zabawiali dzieci. "Zły Mikołaj" opowiada o tym samym... tylko, że w nieco innej formie.
Reżyser Terry Zwigof wpadł na zupełnie inny sposób opowiedzenia historii świątecznej. Przedstawia on nam Willie'go Soke'a, człowieka, który upadł na samo dno, który jest uosobieniem obszczymura, zarzyganego faceta z plamą między nogami i butelką wódki w ręce. O dziwo ten mężczyzna podejmuje pracę sezonową jako święty Mikołaj, któremu dzieci siadają na kolana i zdradzają co chciałyby dostać na gwiazdkę. Willie zawdzięcza tą pracę Marcusowi, czarnoskóremu karłowi, który również pracuje sezonowo, ale jako pomocnik Mikołaja - elf, prawdopodobnie ze względu na swój wzrost. Obaj panowie traktują swoją pracę jako zło konieczne, nienawidzą dzieci, ale jednocześnie jest to jedyny sposób, aby w miarę prosto móc obrabować dom handlowy podczas świąt.
Muszę przyznać, że film mnie oczarował. Jednak nie w tym sensie, iż pokazuje świąteczną, magiczna
atmosferę. Wręcz przeciwnie, "Zły Mikołaj" jest jej zaprzeczeniem i jednoczesnym sprowadzeniu widza na ziemię. Reżyser uzmysławia nam, że święta wcale nie są jakimś tam magicznym okresem, to dni takie jak każde inne. I tu należą się brawa dla twórców. W "Złym Mikołaju" nie uświadczymy absolutnie ani grama świątecznej atmosfery. Nie ma puszystego śniegu, gdyż akcja rozgrywa się w ciepłym Phoenix, nie ma opiekuńczych rodziców i radosnego, grubego pana w
czerwonym stroju z białą, długą brodą. Jest za to Willie. Zmęczona, nieogolona morda, rozchełstany uniform świętego, krzywo
założona czapka i flaszka w ręku. Może jeszcze byśmy to jakoś przeżyli, gdyby nie jego zachowanie. Soke jest typowym pijakiem, który w co drugim wypowiedzianym wyrazie używa wulgaryzmu, niezależnie czy rozmawia z dorosłymi, czy dziećmi.
Biję brawa dla Billy'ego Boba Thortona, który idealnie wcielił się w rolę pijanego Mikołaja. Naprawdę trudno mi jest sobie wyobrazić, aby jakikolwiek inny aktor zrobił to z większą klasą. Billy jest na tyle przekonywujący, że sądzę, iż byłbym mocno zaskoczony widząc go trzeźwego gdzieś na ulicy. Idealnie wywiązał się ze swojej roli. Święty Mikołaj w wykonaniu Willie'go to bowiem postrach dla wszystkich rodziców. Nikt nie chciałby aby jego dziecko usiadło na kolanach wychudzonego Mikołaja, który ledwo trzyma się na nogach, śmierdzi
alkoholem, grzebie sobie w tyłku i klnie. Gdyby jeszcze zobaczyli, że potrafi walczyć z tekturowymi reniferami i uprawiać seks analny w przebieralni z pulchnymi kobietami, byliby przerażeni.
Marcus, czyli pomocnik Mikołaja - elf wywiązuje się ze swojej pracy już bardzo dobrze. Mimo, że ma głęboko w nosie wszystkie dzieci, to jednak sili się na uprzejmości i pracuje tak jak powinien.
Mimo, iż film należy tylko do jednego aktora - Thortona, to na ekranie możemy ujrzeć jeszcze Bretta Kelly'ego. Wciela się on w rolę małego, otyłego chłopaka, który Williemu wydaje się być opóźniony w rozwoju. I naturalnie tak wydaje się również nam. Zaprasza on bowiem do swojego domu zupełnie nieznanego mu
mężczyznę, który w dodatku jest dla niego bardzo niemiły. Pokazuje mu gdzie jego tata (nieobecny zresztą) ma sejf, oraz użycza samochodu. Willie jest zachwycony, gdyż rodzina chłopaka do najbiedniejszych nie należy.
W tym momencie docieramy do pewnego schematu. Zły i niedobry bohater zmienia się pod wpływem upartego i dobrotliwego chłopaka. Chłopczyk bowiem mimo, iż słyszy pod swoim adresem tuziny bluzg, wyraźne odpychanie i trudności w nawiązaniu kontaktu, to jednak jest strasznie uparty, nie poddaje się, jakby wierzył, że uporem i po prostu dobrym postępowaniem może przebić się przez twardą skorupę, jaką otoczył się specyficzny Mikołaj. Jak łatwo się domyśleć, to skutkuje, chociaż nie oszukujmy się, na przytulenie chłopca, Williego nie będzie stać prędko.
Świetne dialogi, bardzo dobry pomysł i realizacja sprawiają, że "Zły Mikołaj" jest wręcz lekturą obowiązkową w święta. Jest odskocznią od tych wszystkich cukierkowatych filmów, jakimi pasie nas telewizja i kino. Ze względu na swoją ordynarność nie polecam go jednak młodym widzom, ale Ci nastoletni, jak i dorośli spokojnie mogą sobie na niego pozwolić
»Ocena:
8+/10
»Autor:
|