|
Dużo wody musiało upłynąć w kaloryferze, od kiedy jakiś film naprawdę mnie zaskoczył. Ostatnie produkcje, które miałem przyjemność oglądnąć były bardziej lub mniej dobre, lecz zaskakiwały widza raczej średnio. W Mieście Boga zaskakują niemal wszystkie elementy: od scenariusza, po świetne ujęcia. W ogóle ten brazylijski film jest
jednym wielkim zaskoczeniem, a co najważniejsze, w bardzo pozytywnym tego słowa znaczeniu. ;)
Chęć na tą produkcję miałem już chyba od roku. Najpierw leżała gdzieś wśród produkcji niekomercyjnych, potem przenieśli ją do kina sensacyjnego. Te częste przeprowadzki wcale nie pomogły mi w wypożyczeniu tego filmu. Zawsze po drodze do regału z Miastem Boga znajdowałem coś innego, dziś muszę przyznać, że niekoniecznie lepszego.
Historia rozpoczyna się od pogoni za kurą. Może to niezbyt widowiskowe zajęcie, lecz sposób w jaki zostało sfilmowane od razu kojarzy się z hollywoodzkimi produkcjami. Chuda kura ucieka ulicami Miasta Boga, goni ją jeden z dwóch największych gangów miasta, ze swoim przywódcą Małym Ze na
przedzie. Kamera wyjątkowo dynamiczna, lecz nie chaotyczna, leci minimalnie nad ziemią dodając efektu ogromnej prędkości kuraka. ;) Gang w pogoni za obiadem wpada na jedna z ulic i staje twarzą w twarz z Rocketem - głównym bohaterem pełniącym zarazem rolę narratora w filmie. Jest on początkującym fotografem i właśnie przynosi Małemu Ze swoje zdjęcia gangu. Podjeżdża radiowóz, z którego wychodzą uzbrojeni policjanci. Tak właśnie zaczyna się nasza historia. Scenariusz napisany jest w ten sposób, że film zaczyna się i kończy w sumie na
jednym wydarzeniu. Takie koło fabularne z retrospekcją. ;P Rocket tłumaczy po kolei losy Miasta Boga, które - jak mówi- w znacznym stopniu różni się od Rio de Janeiro pokazywanego w telewizji. Pierwsza scena rozwiązana zostaje dopiero na końcu, gdy widz wie już wszystko o "Mieście Boga", zna jego historię, ważniejsze postacie przestępczego półświatku i wszystkie zależności kierujące nimi w życiu. Jest to moment kulminacyjny w filmie, chociaż widz zbytnio tego nie odczuwa. Dla niego to tylko sprytny zabieg reżysera i scenarzysty, kolejny etap poznania historii "Miasta Boga".
Tutaj
właśnie wychodzi największy plus filmu. Historia jest cholernie prawdziwa. Wszak końcowy napis tuż przed creditsami informuje, że film oparty jest na faktach. Podczas seansu nie mamy wrażenia, że reżyser robi z nas frajerów, którzy oglądają jakieś jego dziwne wymysły. Tak to bowiem wygląda w większości filmów sensacyjnych. Najpierw budowanie klimatu, trochę strzelania, jakiś pikantny 'momencik' na ekranie też nie zaszkodzi, potem ktoś ginie, ktoś się mści, aż w końcu główny bohater odnajduje swoją miłość, zabija wszystkich i wyjeżdża na Karaiby. ;| W "Mieście Boga" klimat aż ocieka z ekranu telewizora. Nie ma ani jednego słabego
momentu w filmie, przy którym normalnie wypadałoby zrobić sobie herbatkę. Całość trzyma bardzo wysoki, a co najważniejsze stały poziom.
Ani na sekundę widz nie będzie czuł znużenia, choć film z pozoru może wydawać się zwykłą historyjką o wojnie gangów, których na pęczki w kinie. Miasto Boga ma jednak coś w sobie, co nie pozwala ani na moment oderwać wzroku od telewizora. Tempo filmu jest duże, mnogość wątków pobocznych (bez których w sumie film byłby bez sensu) daje wrażenie rozbudowania filmu i doskonale uzupełnia wątek głównego bohatera. Sam scenariusz także zasługuje na najwyższe słowa uznania. Fakty doskonale zmiksowane z fikcyjnymi elementami dają naprawdę piorunujący efekt.
Na koniec nie pozostaje mi nic innego jak tylko polecić Miasto Boga wszystkim, którzy szukają świetnego, bardzo ujmującego filmu. Dzieło Kátii Lund i Fernanda Meirellesa ma już swoje lata, dlatego możliwe, że (o ile jeszcze go nie było ;P) można się go spodziewać w telewizji. Wtedy nie pozostaje nic, jak zaprosić znajomych, kupić chipsy solone z Biedronki i rozkoszować się "Miastem Boga", bo to naprawdę wielki film.
»Ocena:
9+/10
»Autor:
|