|
Nie jest łatwo zrobić dobry świąteczny film z prostego powodu. Atutem większości filmów, które robią na nas wrażenie jest ich oryginalność. Trudno mówić o oryginalności przedstawiając po raz kolejny Boże Narodzenie. Każdy bowiem wie do czego służy Mikołaj i choinka i prezenty też. Twórcy filmów starają się zatem opowiadać tę samą historię na wiele różnych sposobów. "Grinch: świąt nie będzie" jest tą jedną z oryginalniejszych.
Za górami, za lasami w pewnej dolinie leży miasteczko o nazwie Ktosiowo. Nazywa się tak ze względu na swoich mieszkańców - Ktosiów. Każdy Ktoś, gdy nadchodzi Ktosiowe Święto dostaje szały świątecznej atmosfery. Biega za prezentami, świeczkami, czy potrawami. Wszyscy Ktosiowie chcą przeżyć Ktosiowe Święto jak najlepiej i jak najpełniej. Jest jednak ktoś... eee, to znaczy coś, kto nie nawidzi Ktosiowego Święta, bo i
nie cierpi samych Ktosiów. Tym czymś strasznym i wzbudzającym przerażenie w każdym Ktosiu jest... Grinch. Zielony, nieogolony stwór zamieszkujący pobliskie góry nad miasteczkiem. Grinch zrobi wszystko, aby Ktosie były nieszczęśliwe, ukradnie im Ktosiowe Święto!
Już pierwsze minuty nastrajają widza pozytywnie. Zagłębiamy się w świat Ktosiów, ich rozterki i pracę na kilka dni przed ich świętem. Uśmiech na twarzy pojawia się w momencie, gdy słyszymy nazwy. Genialny pomysł na nazwanie tajemniczego ludu, mieszkającego w górach. To nie żadne gremliny, krasnoludy, orki, czy inne wymyślne nazwy, to po prostu Ktosie. Gdy pierwsze pozytywne zaskoczenie minie, niestety zaczyna się nudno. Następuje bowiem wprowadzenie. Poznajemy małą dziewczynkę Cindy, jej tatę, który pracuje na poczcie, oraz jej mamę, która za wszelką cenę, chce mieć ładniej przystrojony dom, niż jej sąsiadka, ale zdaje się co rok z nią przegrywać. Gwar na małych uliczkach, szał zakupów, pośpiech i zamęt. Raczej sceny te należą do męczących. Później jest już znacznie lepiej.
Gdy na ekranie pojawi się Grinch film nabiera rozpędu. Grincha boją się wszyscy Ktosie, powstają na jego temat legendy, jakoby pożerał niegrzecznych mieszkańców Ktosiowa. Okazuje się jednak, że poza nieco dziecinnym, ale i zawistnym charakterem, Grinch to całkiem sympatyczny stwór, skory do robienia głupich żartów. Po jednej ze scen wiemy już, że tylko udaje twardziela, a tak naprawdę to zwykły łobuziak, który swojego czasu opuścił Ktosiowo i od tamtej pory go nienawidzi.
Tak jak "Piraci z Karaibów" należą do Johnnego Deppa, tak "Grinch..." należy do Jima Carrey'a. Aktora tego zna chyba każdy czytający tą recenzję. Człowiek o gumowej twarzy mówią jedni, głupi pajac - inni. "Głupi i głupszy", czy cykl z "Ace Venturą" udowodniły, że Jim jest w stanie zagrać wszystko i pokazać wszystkie miny. W swoim świątecznym filmie Jim jest fizycznie nie do poznania. Nie ma mowy, aby rozpoznać dokładnie jego twarz, ale wcale nie trzeba było czytać informacji o filmie, aby domyśleć się, że takie miny i pozy jest w stanie przybrać tylko jeden aktor - właśnie Carrey. Podskoki, nienaturalne pozy, groteskowe przedstawianie
różnych ludzi, bardzo wyraziste przedstawianie emocji, takich jak zadowolenie, chichot, rozczarowanie, zmartwienie, czy gniew. Każdy mim mógłby się od niego uczyć, a widza całe zachowanie amerykańskiego
aktora zwyczajnie bawi, tak iż zwija się ze śmiechu.
Film ma charakter nieco bajkowy. Na pewno można to odczuć podczas oglądania scen w Ktosiowie. Małe ulice, które są pięknie przystrojone, wystawy w sklepach, choinki, puszysty, biały śnieg. Jednocześnie mamy wrażenie, że cała scenografia została zrobiona dla najmłodszych widzów. Dla tych nieco starszych będzie irytująca, bo twórcy nałożyli zbyt wiele lukru. Tak samo przedstawia się to w przypadku groty Grincha. Wiadomo było, że "przerażający" stwór musi mieć obrzydliwe mieszkanie. Nie zastaniemy tu co prawda gołych czaszek ludzkich, ale na pierwszy rzut oka jest mrocznie i straszno. Tego oczekują dzieci i tak jest, chociaż na dorosłych nie ma prawa zrobić wrażenia.
Kolejny film, który trzeba zobaczyć w święta. Kawał dobrego kina. Może starsi widzowie będą momentami rozczarowani, ale naprawdę warto poczekać, gdyż druga połowa film jest zdecydowanie lepsza. Miny Carrey'a zobaczyć po prostu trzeba. Polecam!
»Ocena:
9/10
»Autor:
|