|
Wiele osób stawia sobie polską kinematografię bardzo nisko i po prostu nie ogląda rodzimych filmów. Jeśli dawniej poszczycić mogliśmy się wieloma ciekawymi pozycjami ("Rejs", "Miś", "Sami swoi"), tak dzisiaj polskie kino wyraźnie kuleje. Większość polskich filmów w ostatnich latach to ekranizacje lektur szkolnych. "Pan Tadeusz", "Zemsta", "Ogniem i mieczem", "Quo Vadis", czy chociażby "Przedwiośnie" kształtują nie najlepszy poziom polskiej kinematografii.
[Zależy jak na to patrzeć. Amerykanie ekranizują komiksy, my lektury. "Pan Tadeusz", czy "Przedwiośnie" to całkiem niezłe kino... tylko, że specyficzne. - Dishman] Powiedzmy sobie szczerze - czy z wyżej wymienionych tytułów któryś można zaliczyć do udanych? Wszystkie są schematyczne, nudne i nikt nie ma ochoty ich oglądać.
[Moim zdaniem np. "Pana Tadeusza" ogląda się dobrze o ile zdołamy się przestawić na prowadzenie dialogów wierszem i nie skreślimy go tylko dlatego, że jest ekranizacją nudnej (dla niektórych) lektury. - Dishman] Poza ekranizacjami książek namnożyły się ostatnimi czasy wszelkiej maści komedie. Większość również leci na schematach, zaś scenariusz oparty jest na bluzgach i głupich odzywkach. Przykłady? "Chłopaki nie płaczą", "Poranek kojota", "E=mc2", "Kariera Nikosia Dyzmy".
Beznadziejną sytuację stara się ratować Marek Koterski ze swoim obrazem "Dniem świra". Czy udało mu się poprawić stan polskiej kinematografii? Czy "Dzień świra" rzeczywiście jest filmem rewolucyjnym? O tym za chwilę, najpierw jednak zajmiemy się fabułą.
Adam Miauczyński (w tej roli Marek Kondrat) uważa się za człowieka przegranego. Mieszka sam, gdyż jest po rozwodzie z żoną. Lata nauki zaowocowały posadą nauczyciela ze słabą płacą. Z racji tego, iż jest perfekcjonistą ciągle coś mu przeszkadza. Wszystko musi być zrobione bardzo dokładnie, nie ma mowy o żadnych usterkach. Niestety, bez przerwy ktoś lub coś mu przerywa. Budząc się rano, ostatnią rzeczą, jakiej się spodziewał są robotnicy pracujący pod jego oknem z młotem pneumatycznym. Po niezbyt grzecznym ich wyproszeniu dokucza mu sąsiad, który słucha muzyki z głośnością ustawioną na maxa... I jeszcze sąsiadka waląca bezsensownie w stół... I robotnik koszący trawę... I baba w sklepie, która bez przerwy go popycha... I można tak wymieniać bez końca. Adaś nadal żyje w nadziei, że pewnego dnia spotka swoją pierwszą miłość - Elżbietę. Jedyną rzeczą, która trzyma go przy życiu jest syn. Tylko dzięki niemu może jeszcze sprawnie funkcjonować.
Adaś w nadziei na polepszenie beznadziejnej sytuacji postanawia wyjechać na wakacje. Pakuje się więc i udaje do pociągu, gdzie przeżywa niezbyt szczęśliwą podróż. Wydarzenia, które zazna nad morzem jeszcze głębiej ujawnią bezsensowność jego egzystencji...
Z racji tego, iż film jest komediodramatem zaznamy tu obu gatunków. W pewnych momentach głośno się śmiejemy, jednak nie jest to zwykły śmiech. To gorzki śmiech. Bo jaka może być reakcja na przesadną dokładność Adasia? Nawet codzienne czynności wykonywane przez niego są skrupulatnie wyliczone. Śmiejemy się, lecz jest to śmiech przez łzy. Bardzo ciekawe połączenie, trzeba przyznać.
Wiele sytuacji z życia Adasia przypomina te z naszego. Matka przesadnie troszcząca się o syna, działający na nerwy sąsiedzi i wiele innych sytuacji uświadamia nas, że tak naprawdę obraz Adasia to odzwierciedlenie nas samych w krzywym zwierciadle. Wtedy nie jest już tak śmiesznie.
Nie polecam oglądać tego filmu początkującym bądź oglądającym mało filmów widzom. Postanowiłem przeprowadzić małą ankietę. Rozmawiałem z ludźmi, którzy również widzieli "Dzień świra". Okazało się, że nie widzieli w nim nic poza fajnymi odzywkami czy bluzgami. Przykre. Jako że połowa scenariusza to kur** i chu** większość moich znajomych zainteresowana była właśnie nimi, a nie właściwym przesłaniem filmu. Znalazło się kilka osób, które w filmie ujrzały coś więcej, lecz jest to grupa nieliczna. A jak sami wiecie niemiło się patrzy na to, gdy koleś uważa film za dobry, bo dużo w nim bluzgają. Nasuwa mi się w tej sytuacji pytanie: czy w Polsce większość osób to umysłowi kalecy, którzy oglądając film nie zwracają uwagi na nic poza głupimi odzywkami?
Moim zdaniem w filmie zdecydowanie przegięto z przekleństwami. Nie wierzę, że nie dało rady zrobić go bez użycia takich środków. Ten aspekt jest w "Dniu świra" trochę przesadzony, przez co
wydaje nam się, że bluzgi są wstawione na siłę. Wypada to trochę sztucznie, gdy co drugim słowem Adasia jest kur**.
Nie piszę w tej recenzji o reżyserii, zdjęciach, czy aktorstwie. Nie jest to tutaj ważne, zresztą oglądając film nie zwracamy na to uwagi. Liczy się historia, która - trzeba przyznać jest znakomita. Czy film jednak przełamie jakieś bariery i polepszy jakość polskiej kinematografii? Z pewnością jest to kino bardzo ambitne, jednak obrazowi brakuje polotu. Można go obejrzeć raz, może dwa, jednak oglądanie go po raz wtóry będzie jedynie męczarnią.
Polecam wszystkim doświadczonym widzom, którzy potrafią docenić dobre kino.
[Ja ze swojej strony tym, którzy już oglądali "Dzień Świra" i tym, którzy dopiero mają zamiar to zrobić polecam obejrzenie innych filmów o Adasiu Miauczyńskim, choćby
"Ajlawiu", czy "Nic śmiesznego" z Cezarym Pazurą, lub "Dom wariatów" z młodym Markiem Kondratem. -
Dishman]
»Ocena:
7+/10
»
Zalety
+ Niebanalna historia
+ Niektóre sytuacje z życia Adasia
»
Wady
- Film na raz
- Zbyt duża ilość przekleństw
»Autor:
|