Wybryk matematyczno-metafizyczny
Racjonalne dowodzenie istnienia Boga jest chyba starsze niż racjonalizm ;). Zawsze jakaś grupa ambitnych (w różnym znaczeniu tego słowa) apologetów wynajdywała dziesiątki niepodważalnych świadectw jego bytności gdzieś ponad naszymi głowami. Niektórzy posuwali się w swych rozważaniach niezwykle daleko, pisząc dziwne quasi-wzory i tworząc różne potwory logiczne, które wszak stawały się wielkimi filozoficznymi myślami.
I nad jedną taką właśnie zastanawiająco krótkowzroczną koncepcją chciałbym się zatrzymać w tym małym pisarskim wybryku [jakiś nowy gatunek literacki? :)]. Z owym kuriozum zapoznałem się, jakżeby inaczej, na religii, kiedy miałem jeszcze przyjemność być licealistą. Mowa o zakładzie Pascala. Z całym szacunkiem dla jego innych różnych osiągnięć, ale ten logiczny twór wydaje mi się funta kłaków niewart.
Są dwie podstawowe płaszczyzny, na których można podejść do sprawy. Podejdziemy na obu, lecz najpierw dowiedzmy się, na czym polega jej istota. I trzeba zaznaczyć, że mówiąc o człowieku wierzącym, mam na myśli takiego, który jednocześnie stosuje się do religijnych zaleceń - inaczej (ponoć) i tak idzie się do piekła.
Religia to propozycja, zakład. Człowiek może wybrać, czy wierzy, czy nie. Następnie, już po jego śmierci, mogą okazać się dwie rzeczy - Bóg jest, albo go nie ma. Wtedy człowiek ponosi straty, lub zyskuje.
1. Jeśli nie wierzył, a Bóg istnieje, idzie do piekła - traci.
2. Jeśli nie wierzył, a Bóg nie istnieje - nic nie traci.
3. Jeśli wierzył, a Bóg istnieje - zyskuje wieczność.
4. Jeśli wierzył, a Bóg nie istnieje - nic nie traci.
Ergo, bardziej opłaca się wierzyć - można wyciągnąć taki wniosek analizując sytuacje, gdy wierzymy i porównując z tymi, kiedy nie wierzymy. Więcej możemy zyskać wierząc, więcej ryzykujemy nie wierząc.
Dziwne, prawda? Pascal podszedł do problemu jak trup, nie zauważając, że każdy człowiek podejmuje decyzję o wierze za życia i to zazwyczaj w młodym wieku. Być może był już stary, gdy formułował swój "zakład" [tego nie udało mi się ustalić ;)], ja jednak wciąż jestem jeszcze niedojrzały, więc nie mogę się zgodzić, iż człowiek, który wierzy, a Bóg nie istnieje, nic nie traci - traci całe życie (z powodu nakazów i zakazów, jakimi męczy go niepotrzebnie religia). Paradoksalnie, wychodząc z takich samych założeń jak Pascal, mogę dojść do zupełnie innych wniosków.
Oto więc i moja koncepcja:
1. Najwięcej człowiek zyskuje, gdy nie wierzy, a Boga nie ma. Wtedy przez całą długość trwania swej egzystencji (100%) nie jest ograniczany zbędnymi prawami wynikającymi z imperatywu religijnego i nie ponosi za to konsekwencji.
2. Gdy człowiek nie wierzy, a Bóg istnieje, człowiek traci 99,(9)% swego życia na smażenie się w piekle. Życie na Ziemi, w czasie którego był wolny i frywolny, jest wartością nieskończenie małą w porównaniu z wiecznością po śmierci, ale nie zerową.
3. Gdy człowiek wierzy, a Bóg istnieje. Człowiek wierzący jest na Ziemi nie tyle nieszczęśliwy, co nie jest tak usatysfakcjonowany (zaspokojony?), jak mógłby być, będąc niewierzącym - ergo traci. Tak więc w ostatecznym rozrachunku zyskuje 99,(9)% egzystencji - wieczność.
4. Człowiek wierzy i się ogranicza, a Boga nie ma. Traci 100% swego istnienia na pierdoły ;).
Po przeanalizowaniu sytuacji dochodzimy do wniosku, że bardziej opłaca się nie wierzyć. Można zyskać 100%, a stracić tylko 99,(9)%, natomiast, gdy się wierzy, jest odwrotnie: można zyskać jedynie 99,(9)%, a stracić całe 100%.
I tak, w prosty sposób, odwrócono kota ogonem :). Kto racjonalizmem wojuje, od racjonalizmu ginie.
A mówiąc poważnie, nie mam wcale zamiaru udowadniać słuszności swych poglądów na religię itp. Po prostu zabawiłem się trochę, by ukazać krótkowzroczność niektórych koncepcji i twórców robiących wszystko, by dopasować fakty do teorii (i żeby ich pogląd był na wierzchu). Zresztą, powyższe moje obliczenia też są podobne, bo wszystko zależy od podejścia poszczególnych ludzi do tego typu spraw (z uwzględnieniem kwestii wieczności i ryzyka). Po prostu: racjonalizm racjonalizmowi nierówny (i/bo psychika psychice nierówna).
Jest jeszcze oczywiście wspomniana przeze mnie druga płaszczyzna, dużo prostsza w ewentualnym wyłożeniu znajomym o odmiennych na kwestię poglądach podczas dyskusji przy kawie. Mianowicie, Pascal był cwany (albo miał zaćmienie), bo przeoczył, że wiar, z których każda insynuuje sobie prawo do "jedynosłuszności", mamy, skromnie licząc, parę tysięcy. I protestuję przed argumentem, że większość można olać, bo jacyś guru-wyzyskiwacze je pozakładali. Jedyną "wyższością" tych starszych (i "poważanych") kultów wydaje mi się tylko to, że mają tyle lat, iż nie sposób udowodnić im mistyfikacji i nieciekawych początków (która religia nie zaczynała jako sekta?). Nie będziemy również chyba oceniać poszczególnych wyznań po powodzeniu na tym (marnym i złym) świecie, ani po poczynaniach wiernych, którzy twierdzą, że postępują "zgodnie z wolą Boga" (vide Talibowie), bo nie nam (ludziom) chyba rozsądzać, co Bóg może kazać robić, a co nie? Słowem, każda religia jest tak samo prawdopodobna, co w świetle ogromnego ich natłoku prowadzi do jednego, ostatecznego wniosku...
W świetle racjonalizmu, najrozsądniejszy i najlogiczniejszy jest agnostycyzm, który w codziennym życiu sprowadza się siłą rzeczy do postaw ateistycznych. Ha ha - i tak wyszło na moje ;P.
Oczywiście, statystyczny Kowalski racjonalizmem kieruje się bardzo rzadko ;). Wielu ludziom potrzebna jest świadomość, że jakaś Świadomość nad nimi czuwa i ich w razie czego wspiera. Nie mam zamiaru z tym dyskutować, jednak, przy okazji, pragnę zwrócić uwagę, że są również osobniki, które odczuwania tego typu stanów do utrzymywania wewnętrznej równowagi nie potrzebują (i zajmują się obalaniem dowodów na istnienie bogów i diabłów).
Swoją drogą, w życiu bym nie przypuszczał jeszcze rok temu, że będę kiedykolwiek pisał takie teksty z matematyką w roli fons et origo ;). W każdym razie, jak wynika z moich (matematycznych) obliczeń, czytacie ten wybryk mniej więcej pod koniec sierpnia, więc potraktujcie go jako rozgrzewkę przed powrotem w mury szkolne :P.
Wooward
wooward@op.pl
|
|