| Kolejny chory tekst (c) by Pewien Gość | Reklamacji nie uwzględniamy |
Politycy są bez wyjątku złymi ludźmi. Nie tak złymi może, jak na przykład autor tego tekstu, ale są źli w stopniu wystarczającym, ażeby unikali samotnych spacerów ulicami w obawie przed linczem z rąk wdzięcznych rodaków. Należy tutaj wspomnieć, taka mała dygresja, że polskie prawo nie pozwala zabijać polityków dlatego tylko, iż prawo tworzą właśnie politycy, a ci z reguły nie chcą być zabijani; poza tym żaden istotny powód nie istnieje.
Politycy są chciwi, cyniczni, obłudni, mają na względzie tylko własne dobro, zaś zwykłych obywateli w dupie. Są to prawdy powszechnie znane i to znane od lat wielu, konkretnie zaś od tylu lat, ile liczy sobie historia ludzkości. Przez te wszystkie lata nie zmieniło się w tej kwestii nic. Nic, oprócz jednego małego szczegółu - dziś oficjalnie władza należy do ludu, czyli panuje tak zwana demokracja. Demokracja to słowo pochodzące od greckiego demokratia, co znaczy: "I tak rządzić będziemy MY, a was wszystkich mamy w dupie!".
Zmiana ta, przyznajmy, jest czysto kosmetyczna; w gruncie rzeczy bowiem w stosunkach obywatel-warstwa rządząca, jako się już rzekło, pozostało wszystko po staremu. Wciąż ci pierwsi żyją po to, by być wykorzystywanymi przez tych drugich, a ci drudzy - by móc wykorzystywać pierwszych. Po co więc całe to przedstawienie z głosowaniem, z wolnością wyboru, z... (słowo to z trudem przechodzi mi przez bufor klawiatury) z demokracją?
Dawnymi czasy przeciętnemu szaremu człowieczynie nie w głowie była polityka. Ówczesnym władcom nawet przez głowę by nie przeszło, żeby ktoś ich "wybierał". Wybierali się sami. Jeśli tron nie należał im się akurat z racji samego urodzenia, to wstępowali nań drogą zakatrupienia prawowitego sukcesora. Często należało też zakatrupić konkurencję, której z pewnością nigdy nie brakowało i która rzadko kiedy wykazywała skłonności do ugody. Przeciętnym szarym ludziom wszystko to, za przeproszeniem, zwisało; wychodzili ze słusznego założenia, że przeciekający dach chałupy czy cieląca się właśnie krowa to sprawy daleko ważniejsze, niż jakieś tam przepychanki polityczne. Jako że mieszczuch ze mnie z krwi i kości (choć na wsi mieszkający), to i nie mam bladego pojęcia, czy krowy lubią, gdy się im asystuje przy porodzie. Z pewnością jednak dla przeciętnego i szarego człowieczka były to sprawy o wiele bardziej zajmujące jak to, czy polityk A pokona polityka B.
Sytuacja taka była dla obu stron (polityków i szaroprzeciętnych obywateli) całkiem wygodna. Politycy wykorzystywali swych poddanych i nie musieli silić się na pozory, że robią coś dla ich dobra. Poddani mogli zająć się swoimi sprawami, nie zjadali własnych nerwów na sprawach ich nie dotyczących i nie musieli tracić cennego czasu na głosowania. Wszyscy odnosili wiec z tego stanu rzeczy korzyści. Tym bardziej dziwi mnie, że wielu przedstawicieli dzisiejszej młodzieży, ba! przedstawicieli tej inteligentniejszej części młodzieży, ba! przedstawicieli elity wśród tej inteligentniejszej części młodzieży, dochodzi do wniosku, że naszym przodkom krzywda wielka się działa, ponieważ głosować nie mogli i że głosowanie jest nie tylko ich świętym prawem, ale i obowiązkiem.
Taki UnionJack w tekście "Nie idę gdzie nie idę" (AM 67, jakby ktoś nie czytał bądź nie pamiętał) stwierdza wręcz, że obywateli za niepójście do urn należało by karać. Nawiasem mówiąc, szkoda wielka, że UJ nie posunął się w swej bezwzględności wobec apolitycznych (a również szarych i przeciętnych) obywateli do wyroku śmierci, miałbym wówczas doprawdy wspaniałą okazję do docinków; skoro jednak się nie posunął, to trudno. Docinać będziemy i tak.
Przede wszystkim nie wydaje mi się, ażeby mój głos cokolwiek znaczył w tłumie innych głosów. Nie ukrywam, że sytuacja taka nie należy do moich ulubionych; tak jak większość ludzi wolałbym, by tłum chłonął łapczywie każde me słowo, aniżeli by mi te słowa zagłuszał. Nie oszukujmy się - większość obywateli (zupełnie niezależnie od tego, że są przeciętni i szarzy) to zwykłe przygłupy. Będą głosować na tego, kogo im wskażą w telewizji bądź w gazetach. Tak więc władza należy do tego, kto ma w rękach media, zaś głosy inteligentniejszej części społeczeństwa, w tym mój, nie liczą się i stanowią tak zwany pic na wodę.
Na sarkazm (albo na szczyt cynizmu - zależy czy mówi zwykły obywatel czy polityk) zakrawa stwierdzenie, że czynny udział w wyborach jest dla przeciętnego oraz szarego obywatela jedyną możliwością wypowiedzenia swojego zdania. Równie dobrze obywatel ten mógłby bowiem w całej swej przeciętności i szarości wypisać tę wypowiedź na papierze toaletowym, po czym podetrzeć nim sobie tyłek. Dokładnie tyle samo osób mogłoby się bowiem wówczas z treścią tej wypowiedzi zapoznać. I dokładnie tyle warte są wypowiedzi, z którymi nikt się nie liczy.
Chciałbym również zauważyć, że postawienie krzyżyka przy wybranym nazwisku jest dość skromną formą wypowiedzi, nie tylko jak na mój gust. Nie po to przez lata człowiek uczy się kaligrafii, ortografii, gramatyki, stylistyki i innych dupereli, żeby na starość stawiać na papierze krzyżyki, to się chyba rozumie samo przez się. Jeżeli o mnie chodzi, to życzyłbym sobie wręcz, żeby w ramach obywatelskiej wypowiedzi pozwolono mi wygłosić przemówienie w stylu Fidela Castro, przemówienie odpowiednio długie i kwieciste, a może nawet dodatkowo całkiem do rzeczy. Skoro jednak tego mieć nie mogę, a jako prawy obywatel wypowiedzieć się muszę, chciałbym móc wrzucić do urny choć jedno krótkie zdanie. Napisałbym coś w rodzaju "A pies was j..ał!".
Pewien Gość
zlosliwiec@epf.pl
29.08.2005