TEN TEKST TO KREACJA A JEDNAK NIE, CHOCIAŻ TAK

Wszystko co napisze będzie kreacją. Jedną wielką kreacją. Na usta ciśnie mi się słowo "pierdoloną". Pierdoloną kreacją.
Zawsze mam tę manierę nie pisania tylko pokazywania się przed Wami jak papuga. Nie potrafię pisać tak jak bym chciał.
Gdy tylko wiem, że piszę do innych, włącza mi się coś w mózgu i powstaje kolejny przekłamany tekst. Jestem wielkim,
nadmuchanym balonem pustym w środku. Nie umiem siąść i napisać czegoś prawdziwego. Dlatego "Tralalalala la", które
pisałem z nadzieją, że będzie całkowicie szczere, też było kreacją.
Mam Was wszystkich w dupie i możecie się gonić.
Ten tekst będzie ostatni. Może napiszę coś potem, raczej na pewno kiedyś. Kolejny ostatni tekst. Często chcę wrze-
szczeć na całą tę śmieszną planetę, zbluzgać ją ostatecznie i nieodwołalnie, zamieść za sobą butami i niech pies to
wszystko. A potem znowu tak chcę. Często chcę też się dowiedzieć czegoś o sobie. Wszystkiego. Ogółu tego, co można
wiedzieć na mój temat. Tego jaki jestem, aby zawsze na wszystko mieć gotową odpowiedź i nigdy nie mysleć co trzeba
zrobić. Pozwolić tej mojej omnibusowatości myśleć za mnie. Wtedy świat byłby łatwiejszy. Chciałbym się wziąć i zgwałcić.
Stanąć całkowicie z boku, popatrzeć na siebie i wiedzieć już, kto ja zacz. I tak samo z tym światem zrobić. Jeżeli nie wiem
o co w nim biega, to chociaż chciałbym stworzyć sobie jakąś jego iluzję. I wystarczy. Taki mechanizm obronny. Czyli nie
mam Was wszystkich całkowicie w dupie? Czyli to tylko kreacja? Skorupa? Krzyk rozpaczy kogoś kto nie chce używać
mózgu? Skoro to jest skorupa to gdzie jestem prawdziwy ja? Gdzie Ideał Każdego Nastolatka czyli on sam autentyczny?
Nie ma mnie. Zostałem okaleczony psychicznie przy samym urodzeniu, zaraz na wejściu. Byłem wobec tego bezbronny.
Bóg postawił mnie w otoczeniu oportunistów, którzy żyli tak jak im się akurat spodobało. Jedynym drogowskazem była
wygoda i pieprzona małomiasteczkowa mentalność. Bóg jest kretynem, idiotą, ale szefem i go szanuję. Skoro mi się to
zdarzyło, to jest do przyjęcia bo się zdarza. Może są na tej ziemi ważniejsze rzeczy niż bycie autentycznym. Po prostu
tak się czasem dzieje. Rozumiem to. Ale za cholerę nie chcę się z tym pogodzić. Budzi to we mnie głęboki sprzeciw. Nie
mieć duszy to nie tak jak nie mieć ręki ani nogi. Ludzie żyją bez ręki, bez nogi, i radzą sobie z tym, ale życie bez kończyny
nie polega na udawaniu, że się ją ma! A życie bez duszy - polega. Polega na byciu skrytym i żywieniu nadziei na to, że jak
ktoś nas przejrzy, to nas uszanuje. Chyba tylko idiota mnie pokocha. Lubić mnie mogą, owszem. To co robię ma urok. Ale
życie z dnia na dzień cholernie męczy. Z czasem pragnie się czegoś innego. A tu żyć z dnia na dzień programowo? Uczyć
się wszystkiego od nowa co rano, bo po wstaniu z łóżka znowu kocha się tylko własną wygodę, władzę, seks i kasę?
Udawać uczucia skoro się ich nie ma? Zawsze i wszędzie być kreacją samego siebie a nie sobą bo mnie-po-prostu-nie-
ma?? Bóg sobie ze mnie zakpił. To tak jakby widzieć kogoś, kogo się bardzo kocha za szybą, ale nie móc się do niego
zblizyć.
Waliłem wtedy gruchę jak pisałem Art Abstrakcyjny, a co mi tam. Dlaczego nie mieć wszystkich i wszystkiego w dupie
skoro się nie widzi granic? Czemu uznawać że są? W imię czego? Życia w społeczeństwie? Nie uznaję społeczeństwa,
byłem chowany samotnie i w niejakim odosobnieniu. A jak się od-odosobniłem, to było za późno. O to też mam żal.
Gdzieś na horyzoncie widzę siebie jako mędrca. Myślę że jako poważny, skupiony, spokojny i wyważony spełniłbym
się. (Może dlatego fajka mnie lubi, jest to jakieś podświadome odbicie tych pragnień.) Widzę siebie jako kogoś kto nie
podnosi głosu, zastanawia się długo nad tym co robi... Kto wie, że czasy były zawsze ciężkie, że nie każdy człowiek to
pierdolony egoista, kto wie że żyjemy dla tych którzy nas kochają i dla tych których my kochamy, a nie tylko dla siebie.
(Zresztą wiem to. Mam to w środku. Tak jest w teorii) Inne typy zachowań już mnie męczą. Coś w środku tęskni do właśnie
takiego mnie. Skąd się bierze to rzeczywiste pragnienie? Chyba stąd że taki wizerunek to odwrotność tego, czym jestem
dzisiaj. Może powinienem się stać właśnie kimś takim. Może to moja szansa na bycie człowiekiem. Może nic innego poza
tym mnie nie zadowoli. Widziałem tyle zła schowanego pod pozorami że chciałbym być schowanym samym dobrem.
Urodziłem się z zadatkami na kawał gówna a mam być zupełnie kimś innym? Nie no, ktoś tu ma posrane we łbie... Ale
cóż. Przecież albo będzie tak jak ja chcę, albo kij temu wszystkiemu w oko. W takim wypadku jedyną szansą jest zachcieć
zostać tym Mędrcem.

Ciekawe jak będę widział ten tekst jutro i za miesiąc


Donald

5-10-2005

Słuchałem Macieja Zembatego.

"Jak dobrze mi w pozycji tej,
w pozycji horyzontalnej.
Ubodzy krewni niosą mnie na swych ramionach,
a za trumną idzie żona (...)

Raz, dwa i lewa...
Raz, dwa i lewa...
Raz dwa i lewa..."

albo

"W prosektorium najprzyjemniej jest nad ranem
Gdy szarzeje za oknami pierwszy świt
W oświetleniu tym korzystnie wyglądają starsze panie
A i panom nie brakuje wtedy nic(...)

la la lalalalalalalala lalala la lalala la la

Świeży uśmiech opromienia tak poważne kiedyś twarze,
A niektórzy szczerze szczerzą ząbki swe
Tylko jeden, ten co leży pierwszy z brzegu
Nie uśmiecha się, bo głowy nie ma już(...)"