DIABELSKIE NASIENIE
Mam Ci ja ogródek. Nie, nie jest to piękny, rajski skrawek ziemi, otaczający jednorodzinny domek. Trudno o taki stan rzeczy, mieszkając w bloku. Mój ogródek stanowią dwie działki dzierżawione od Zarządu Ogródków Działkowych, połączone w jedność. Lokalizacja owego poletka jest delikatnie mówiąc dramatyczna. Od ulicy dzieli je ledwie kilka metrów, a dostęp promieni słonecznych skutecznie blokuje wybudowany w pobliżu gigantyczny biurowiec pewnej prężnej w czasach PRL-u firmy produkującej odzież sportową, obecnie obracający się w ruinę.
Opis warunków klimatycznych sobie daruję, każdy żyje w naszym kraju dostatecznie długo i na tyle uważnie uczestniczył w lekcjach geografii, że w temacie „wpływ klimatu na uprawę roślin w Polsce” byłby w stanie wypowiedzieć parę zdań. Opowiem zatem o glebie, wszak nie każdy wie, jaka ziemia znajduje się w północnym skrawku do niedawna górniczego miasta na południowym zachodzie Polski. Sądząc po znikomej urodzajności tych gleb jestem przekonany, że są to słabe gleby górskie, ewentualnie jakiś rodzaj równie kiepskich bielic.
Między innymi ta urodzajność zniechęciła mnie do uprawiania ogródka. Mając sześć lat zacząłem sadzić na jednej z grządek marchewkę, pietruszkę i rzodkiewkę. Oczywiście wszystko zgodnie ze sztuką i rolniczym savoir- vivre’ m. Jakież było moje zdziwienie, kiedy to, co po pół roku skakania wokół mojej małej plantacji wyhodowałem nijak nie przypominało tego, co dotychczas kupowałem w sklepie z warzywami. Nie przypominało to nawet tego, co było na opakowaniu z nasionami. Ba… To, co wyrosło z paczki nasion mogłem kupić w warzywniaku. Taniej niż nasiona. Że o mojej robociźnie nie wspomnę…
Najlepiej rosły oczywiście chwasty. Jednego dnia z grządki 1,5 metra na 6 potrafiłem wyrwać z czterdzieści nierejestrowanych miłośników fotosyntezy, by po dwóch dniach mieć kolejną, nie mniej liczebną kolonię, czującą się na glebowym obiekcie mojej troski znacznie lepiej niż mój karotenowy obiekt pożądania. Czyżby Moc była z chwastami? Czyżby wspierał je sam diabeł? Razem ze swoim poplecznikiem wiatrem, który rozsiewa te diabelskie nasiona w bliskie sąsiedztwo mojej marcheweczki? Chcąc nie chcąc trudno było mi uwierzyć, ze prawa natury mogą być tak okrutne.
Pozostawało pytanie. Czy jestem rolniczym nieudacznikiem, czy ci od hodowli warzyw to cudotwórcy? Może i oni mają glebę lepszą niż to, co mi się trafiło, ale czemuż oni mieliby nie mieć chwastów. To chyba nie jest tak, że Bóg mnie opuścił i zesłał mi całe roślinne zło tego świata na zagon, rozmiarami nieprzekraczający tego, co zajmę na cmentarzu, kiedy już będzie po wszystkim. A skoro jest to wykluczone, to przecież nie mogło być tak, że rolnicy zasuwają po tych swoich hektarach i wyrywają chwaścik za chwaścikiem od wschodu do zachodu słońca.
Nam wierzyć nie kazano, polazłem za miasto i spojrzałem na pole… O żesz ja pindole… Rolnik z motyką zasuwa po wielkim polu i grzebie między rzędami niewielkiej zieloności wystającej sponad gleby. Czyli jednak… Rolnik zaczął jawić mi się jako niestrudzony wojownik o to, żeby na moim stole codziennie pojawiały się świeże warzywa i owoce, niezłomny tępiciel chwastów i innych szkodników, atakujących jego małe królestwo.
Młody i głupi byłem, w końcu powiedziano mi o tym, że nie sama motyką rolnik żyje, że są inne sposoby, aby wszystko ładnie rosło w górę i dawało plon obfity. Niestety sztuczne wspomaganie mojego zagonu większego sensu nie miało, a i życie siedmiolatka niosło ze sobą ciekawsze perspektywy niż przekomarzanie się z chwastami, toteż mój agrarny rozdział w życiu dobiegł końca.
Tak oto wyleczyłem się z rolniczego hobby. Moi rodzice, mimo większych jednak niż ja sukcesów i cierpliwości również zrezygnowali. Grządki znikły, pojawił się trawnik, kwiaty, całkiem zgrabna, drewniana altanka i małe wodne oczko. Nie jest to ósmy cud świata, ale wygląda znacznie lepiej niż bezustannie odchwaszczany warzywniak. Latem pszczółki zapylają kwiatuszki, ważki fruwają nad wodą, w której pławią się małe rybki. Obrazek iście uroczy. A to wszystko parę metrów od ulicy, w jedną stronę widok na socrealistyczny moloch, a z drugiej na resztki dawnej piekarni. Prawdziwa oaza na pustyni ruiny. Na coś się przydały owe diabelskie nasiona…