| Wyganiałem
diabła 7-8.IX.2005 |
Na budowie człowiek się tylko rozpija. Praktycznie rzecz ujmując, nie ma chyba ani jednego porządnego majstra, który jednocześnie nie byłby alkoholikiem. A i wśród załogi abstynencja jest spotykana równie często, jak kobiety w sypialni Eltona Johna. Wala się butelka za butelką, hektolitry złocistego piwska nader pozytywnie wpływają na klimat pracy, wódka na ilość wypadków tamże, a wszystko to przy ogólnej akceptacji szefów. Murarz zawsze pił i basta! A dlaczego? Bo diabeł siedzi na budowie, ot! Odpowiedź jest zaskakująco prosta. Choć teraz już i tak rzadziej się pojawia... Ale jednak - czasem jest. Diabeł, czort, bies. Ditko. Nie przypomina on wszakże poczciwego Rokity z cepelii, ani tym bardziej tego z Sejmu. Nie nosi łańcuchów, mordy smołą nie ma wysmarowanej. Nie chowa kosmatej sierści za stylowym kontuszem. Skurczył się jakoś ostatnimi czasy, zmarkotniał... Ponoć żalił się nawet majstrowi, że mało kto już w niego wierzy. Lecz, mimo to, dokazuje, jak za dobrych lat. I trudno się go pozbyć! Przylezie taka franca pierwszego dnia, czepi się pierwszej cegły i puścić nie chce. A później jest tylko gorzej. Drapie rogami po styropianie, pcha się z kopytami w świeży beton. Czasem nawet paskudzi chłopom do kanapek. Nie daj Boże, jak któryś się zapomni i diabłu ogon przytrzaśnie drzwiami! Wtedy to przez tydzień nie ma spokoju! Zginie mu młotek, szczebel w drabinie dziwnym trafem trzaśnie pod stopą... Czuć, że coś wisi w powietrzu... Wtedy to majster wciska swemu pomagierowi w łapę kilka złotych i wysyła do monopolowego. Bo co tu dużo mówić - z diabłem trza dobrze żyć! Piją wtedy chłopy na zgodę, co by czorta udobruchać i robotę w czasie skończyć. A leją do pełna, przelewają, co konieczna. A co zostaje na dnie, strzepują. Bo diabeł nie wypije z człowieczego naczynia. On przychodzi na końcu i spija ze stołu. Czasem majster, ten co zna dawne obyczaje, na zgodę zostawi mu kilka ochnali, żeby sobie podkowy na nowo przybił. I sytuacja wraca do normy. Bo diabeł budowlany to swój chłop. Urazy nie trzyma długo. A że psoci? Cóż, nie on pierwszy i nie ostatni. Gorzej jak się budowa kończy. Znajomy już przecież czort biesi się i nachmurza. Czuć czasem siarką wtedy. Zanim ostatni dzień robót skwituje tradycyjna wiecha, wiele może się zdarzyć. A to jeszcze raz zatynkować trzeba, bo dziwnym trafem w nocy wszystko odpadło od ściany, a to farba na drzwiach się oddzieliła. Ale czort już wie, że czas swawoli dobiega końca. Pozwala zakończyć i tylko smutno patrzy jak majster zdaje robotę. Później tylko samotnie czeka na właścicieli. Kuzyn wprowadził się po kilkutygodniowym remoncie. I jak to w nowym mieszkaniu: żarówki czasem przerywają, drzwi same się otwierają. Dziecko płacze, jak tylko samo w pokoju zostaje. Długo nie trzeba było czekać na telefon. Szybko uzgodniliśmy termin i wkrótce pojawiłem się w progu, ściskając kurczowo, zawiniętą w szary papier, broń. Wyganianie diabła czas rozpocząć! Znając obyczaj, polewaliśmy uważnie, żeby kropli nie uronić. Czart czartem, nie kretynem - zrozumie, że wódki dla niego nie ma i czmychnie dziurką od klucza na diabelską emeryturę. Najczęściej do piwnicy, gdzie będzie tłukł po rurach kanalizacyjnych. Tymczasem walczyliśmy mężnie. Tylko chwilami widziałem jego odbicie w kieliszku. Z wyrzutem patrzył, by po chwili rozpłynąć się w powietrzu. Firanka w oknie czasem poruszyła się, choć wiatru nie było. Zaskrzypiała podłoga w kuchni... Coraz wyraźniej czułem, tak jego obecność, jak alkohol krążący w żyłach. W ubikacji, gdzie musiałem się udać, ukazał się kolejny raz. Tym razem wyraźnie zobaczyłem jego skrzywioną, diabelską fizjonomię w chromowanym uchwycie na papier toaletowy. Wyglądał niczym staruszek. Futro przyszarzałe, twarz pociągła, haczykowaty nos, jednak przegięty już ku ziemi, skrzywiony. Tylko oczy zdradzały dawną werwę, rzucając od czasu do czasu zawadiacką skrę. On jednak zdawał się nie zwracać na to uwagi. Stał i patrzył. Można rzec, że... błagalnym wzrokiem! Tak! On mnie o coś prosił! Dopiero wtedy dostrzegłem epolety na jego kubraku. No tak, kamienica stara, miasto jeszcze starsze... Ile to już lat... Dobra, powiedziałem. Żadnego straszenia małej, żadnego, słyszysz? Z kuzynem też nie przesadzaj. Rozumiem, że musisz z czegoś żyć, ale mała odpada. A resztę domowników też masz w miarę oszczędzać. Ogólnie ma być spokój. Ditko wyraźnie się wyprostował i zaczął uważniej na mnie spoglądać, co niestety nie wpłynęło dobrze na komfort czynności, którą właśnie wykonywałem. Przesolić zupę, zgoda, od święta strącić kwiatek z okna, rónież, ale nic ponad to, perorowałem dalej. Za to nie będziesz gnił w piwnicy. Tyle ci obiecuję. Zgoda? Nic biesisko nie raczyło odpowiedzieć. Spozierał na mnie ciągle swymi gorejącymi ślepiami, a po chwili rozpłynął się w powietrzu. Wróciłem do stołu. Kolejna kolejka. Potem jeszcze jedna i następna. Przy ostatnim kieliszku zauważyłem jakieś mignięcie w szybie segmentu. Długo nie pozwalał na siebie patrzeć. Z pewną nonszalancją skinął jeno głową i tyle go widziałem. Zatem stało się. Odchodząc od stołu przechyliłem ukradkiem kieliszek. Tradycyjne kilka kropel wódki na stole. Tak się pije z diabłem. Czasem, jak odwiedzam kuzyna, uda mi się ujrzeć kawałek ogona wystający zza starego pieca kaflowego. Raz tylko jeszcze widziałem jego kosmaty pysk. Wyszczerzył zęby i zniknął, jak to diabeł. Nie wiem, o co mu wtedy chodziło, ale od tamtej pory, gdy ktoś mi wypomina, że wódkę rozlewam, to się tylko uśmiecham. A ubocznym, i do tego całkiem niespodziewanym oraz miłym, skutkiem naszego porozumienia jest to, że po biesiadach u kuzyna nigdy nie mam kaca. Całkiem korzystny cyrograf, nie? |
| Gregorius grzeniu@gmail.com |