PODAJ! PODAJ!!

 

 

 

-Podaj! Podaj!- Krzyczał wręcz entuzjastycznie młody chłopak, patrząc jak jego koledzy z klasy wymieniają podania. Była właśnie lekcja wuefu. Jak zawsze, grali w koszykówkę. Chłopcu bardzo to odpowiadało. Uwielbiał koszykówkę, ale niestety nigdy nie wybierano go do składu. Zawsze brano go na ostatku, a drużyna, której przypadł w udziale uważała to niemal za karę. Sam nie wiedział, czemu. Grał kiepsko, ale przecież uwielbiał ten sport.

 

Zaczęło się to, kiedy miał sześć lat i jego starszy brat zabrał go na lokalne boisko, aby pokazać mu swój ulubiony sport. Nazwa „boisko” była nieco na wyrost, gdyż była to obręcz zrobiona ze starego koła od roweru, przyczepiona do stajenki. Wokół pełno piachu, sznurki z praniem i sąsiedzi z wyrzutami. Nie były to warunki komfortowe, ale młody chłopiec bardzo chciał grać z bratem. Koszykówka przypadła mu do gustu.

 

Jednak w szkole nie chciano, aby z kimkolwiek grał. Wszyscy trzymali się razem, tylko jego nie lubili, ponieważ uczył się lepiej od nich. Izolowali go wtedy, co on mocno odczuwał. Czuł się wyalienowany, choć nawet nie wiedział, że jest taki termin, aby określić jego sytuację. Był samotny, a przy tym był bardzo słaby w kosza.

 

Dlatego rzadko dostawał piłkę. Choć starał się nie załamywać i biegał z wielkim zaangażowaniem i radością z gry, dostawał piłkę jakieś dwa, trzy razy w meczu. Nie wystarczyło mu to, ale nawet prośby, czy też rozpaczliwe okrzyki „podaj, podaj!” nie przynosiły zamierzonego efektu.

 

Jego brat był dużo starszy od niego, toteż z czasem musiał coraz bardziej poświęcić się nauce. W dodatku nie był to jego rodzony brat, jedynie cioteczny, byli jednak na tyle zżyci, że nazywali się braćmi.

 

Chłopiec nie miał, z kim grać. Mam nie kazała mu się tym przejmować. Ani brakiem umiejętności, ani nadwaga, którą posiadał, gdyż zawsze miał tendencję do tycia. Tłumaczyła mu, że musi się wykształcić, być kimś, choćby miało to go kosztować zostanie aspołeczną jednostką. Tak jak jego ojciec.

 

Tylko, że on nigdy nie widział na oczy własnego ojca.

 

Tak minęło 6 lat szkoły podstawowej. Poszedł do gimnazjum. Dostał nową szansę, lecz z powodu braku jakiegokolwiek treningu czy tez pracy nad własnymi umiejętnościami grał kiepsko. Nawet bardzo słabo. Sytuacja z zeszłych lat zdawała się powtarzać. On udawał, że nadal rozumie i słucha wyjaśnień matki, że cieszy się, że jest raczej „uczonym” niż „sportowcem”. I tylko wieczorem, kiedy zostawał sam ze swoimi żalami w łóżku zdarzało mu się uronić parę łez. Czasami te parę zamieniało się w naprawdę dużą liczbę.

 

Pewnego dnia postanowił to zmienić. Sam z siebie. Nie wiadomo, co było motorem napędowym tej decyzji. Chęć udowodnienia samemu sobie własnej wartości? Miłość do tego sportu? Zapewne.

 

Lato spędził bardzo pracowicie. Chodził na boisko odległe pół godziny drogi od jego domu, aby grać na prawdziwych koszach. Kupił sobie piłkę i zaczął trenować. Zaczął też biegać, aby schudnąć i zyskać odpowiednią sylwetkę. To lato było najcięższe w jego życiu.

 

 I grał Nie poddawał się. Kiedy raz za razem pokonywano go na nowoodkrytym boisku grał dalej, zaciskał zęby i nie przejmował się niepowodzeniami. Wierzył, że jest w stanie być lepszym. Pracował ciężko, tak ciężko jak jeszcze nigdy.

 

Dwa miesiące ciężkiej pracy opłaciły się, jednak w jego gimnazjum nadal nie dawano mu szansy, choć był już zawodnikiem na przeciętnym poziomie. Zmienił klasę. Wszystko z powodu trawiącej go ambicji. Znów mógł zaczynać od zera. Znów miał czyste konto. W nowej klasie zawiązał sporo ciekawych znajomości. Był lubiany. Nie interesowało tu nikogo, jaki był kiedyś- liczyło się, jaki był teraz. A był spoko kolesiem.

 

Przede wszystkim grał już regularnie na wuefie. Stale polepszał swój poziom. Grając najpierw w klasowych rezerwach, potem był już podstawowym zawodnikiem reprezentacji klasy. Jego matka patrzyła z uznaniem na postępy syna i zrozumiała, że niepotrzebnie hamowała jego rozwój w tym względzie wcześniej. Dopingowała teraz swojego ukochanego synka, aby pracował coraz więcej. Byle nie kosztem nauki.

 

Udało się i zakończył klasę. Był już naprawdę przyzwoitym graczem. Rozwinął się psychicznie i przede wszystkim społecznie. Charyzmatyczny, inteligentny, z poczuciem humoru- tak o nim mówiono w jego klasie. Ale nie jego byłej klasie.

 

Znajomi z dzielnicy złożyli mu podczas wakacji propozycję nie do odrzucenia. Otóż we Włocławku odbyć się miał streetball, konkurs koszykówki ulicznej, turniej, w którym udział mogli wziąć wszyscy chętni. Jego koledzy, chcieli, aby z nimi zagrał. Trzech na trzech, plus jeden rezerwowy. Wymyślili byle jaką nazwę dla drużyny i zgłosili się do gry.

 

Poziom ich przerósł. Nic im nie szło. Nie wiadomo, co było tego powodem. Po prostu im nie szło. Jeden z jego kumpli cały czas chciał rzucać, robić z siebie gwiazdę, lecz przeważnie nie wchodziło. Sfrustrowany chłopak dwoił się i troił, ale ostatecznie zakończyli konkurs na miejscu przedostatnim, nie odnosząc ani jednego zwycięstwa. Byli pośmiewiskiem turnieju. Tego chłopak nie mógł znieść.

 

Wakacje się skończyły i zaczęła się klasa trzecia gimnazjum.

 

Takiej prośby jego matka się nie spodziewała. Chciał wrócić do starej klasy. Jego mama nie wiedziała, co jest tego powodem. Przecież w nowej klasie miał prawdziwych kolegów, lubiano go, a i on lubił tamte osoby, teraz zaś chciał wrócić do swoich „prześladowców”?

 

Jego matka nigdy tego nie zrozumiała.

 

Uległa jednak synowi i klasę trzecią gimnazjum rozpoczął jako uczeń klasy III D, co stało się powodem do kpin jego nowej-starej klasy. On jednak był już kimś innym. Nigdy więcej chowania się za plecami, nigdy więcej przyzwolenia, wymówek, tłumaczeń. Hardość, zaciętość, duma i pewność siebie- nabył te cechy i wystarczyły, aby przekonać innych, że to już nie ta sama osoba.

 

Pozostała ostatnia kwestia. Koszykówka. Na wuefie wybrano go jako ostatniego. Tym razem jednak nie czekał na podania. Sam garnął się do piłki i kiedy już miał, nie oddawał, jeśli nie musiał. Miał coś do udowodnienia. Nie zabierano mu już jej jak kiedyś, kiedy nie umiał porządnie kozłować. Teraz mijał swoich przeciwników z łatwością i zdobywał kolejne punkty.

 

Jego „koledzy” mieli ciężki orzech do zgryzienia. W końcu jednak zaakceptowano go, uznano za „równego”. Jemu jednak nie zależało na jego byłych wrogach. Wolał zadawać się z innymi osobami ze szkoły. Pozostał „outsiderem” tej klasy. Teraz jednak był zwycięskim outsiderem.

 

Pozostała mu tylko jedna rzecz do udowodnienia.

 

Streetball.

 

W tym roku miał odbyć się ten konkurs po raz kolejny. Tym razem jednak to on rozdawał karty. Dobrał sobie swoich kumpli, dokooptowali tez do drużyny zbyt dużo rzucającego kolegę, który chciał z nimi zagrać.

 

Zaczęło się od nowa. Kolejny turniej. Kolejna szansa.

 

Początek był podobny, jak w roku ubiegłym. Jego kolega znów miał gwiazdorskie aspiracje i próbował na siłę rzucać. Po dwóch takich meczach chłopak nie wytrzymał. Pokłócił się z nim i wyrzucił z drużyny. Zostało mu dwóch kolegów, koszykarskich średniaków, jednak podobnie jak on lubiących ten sport.

 

Różnili się jednak tym, że on ten sport kochał.

 

Kiedy chodził do szkoły cieszył się każdą akcją. Każda zbiórka, udana akcja, nawet cudza cieszyła go. Uwielbiał wygrywać. Był osobą ambitną.

 

Dlatego musiał wygrać ten turniej.

 

Z zacięciem na ustach grał kolejne mecze. Z musu był liderem drużyny. O dziwo, po raz pierwszy postawiony w takiej sytuacji grał bardzo dobrze. Początkowe zacięcie i skupienie zastąpił luz i radość. Wróciła wesołość. Kolejne udane akcje przekonywały go, że jest lepszy od wielu grających przeciwko niemu i bezlitośnie to wykorzystywał. Odnosili zwycięstwo po zwycięstwie, udało im się dostać do dalszej fazy turnieju, razem z trzema innymi drużynami.

 

Krótkie losowanie i półfinał. Tu wróciło skupienie. Nie reagował na zaczepki, grał swoje, grał z zaangażowaniem, z miłością do tej gry

 

Jednak na tym poziomie przeciwnicy byli już o wiele bardziej wymagający. Nie ma, co owijać w bawełnę, byli to zawodnicy lepsi, grający, na co dzień w młodzieżowych klubach i odnoszący z nimi sukcesy. Nie ta liga dla młodego samouka koszykarskiego, który miał jedynie swą ambicję i średnią kondycję.

 

Przegrał.

 

Bliski załamania, lecz z ostatecznym celem: zająć trzecie miejsce w turnieju. Jego przeciwnicy również i tym razem przewyższali go poziomem umiejętności o głowę. Zaczął padać rzęsisty deszcz. Była to ulewa, jakiej tego lata jeszcze nie widziano. 

 

Mimo to grał i choć jego koledzy kompletnie się poddali, on nadal grał. Nie spuszczał z tonu, wierzył w końcowe zwycięstwo. Miał za sobą swoich kolegów. Miał po swojej stronie także swoją matkę, która znalazła czas i przyszła patrzeć jak gra jej syn. Podobnie jak wielu innych rodziców. Kibicowała w milczeniu, obserwując jego zmarszczone brwi, spoconą twarz, zacięcie w oczach i nieustannie zaciśnięte usta, bez cienia uśmiechu. Deszczu strugi non stop waliły w beton, powodując, że jakikolwiek rzut o minimalnie innej od idealnej trajektorii „nie wchodził”. Wynik był niezwykle niski.

 

Ciągnął go w pojedynkę. Mecz zbliżał się do nieuchronnego końca, a oni przegrywali jednym punktem. Historia toczyła się jak z filmu: sam jeden zawodnik, który musi wygrać mecz dla swej drużyny bohaterskim rzutem w ostatniej sekundzie.

 

Praktycznie codzienność na wielu boiskach w meczach o różną stawkę, od mistrzostwa jakiejś ligi, po osobistą satysfakcję.

 

Teraz ten rzut należał do niego.

 

Jeden zwód, drugi, arbiter unosi gwizdek, dwa kozły pod nogami, spojrzenie na obręcz. Jego koledzy ustali, kompletnie zrezygnowani. A może zmęczeni. Jego przeciwnik nie śmiał mu się w twarz jak na początku spotkania. Wiedział, że może przegrać, ale wiedział też, że musi grac do końca. Młody chłopak wyskoczył. Obrońca razem z nim, lecz nie zdołał go zablokować.

 

Piłka leciała. Arbiter gwizdnął. Wszyscy jak zaczarowani obserwowali jej lot. Rodzice, kibice, a przede wszystkim gracze.

 

Jak i sam rzucający.

 

Wszystko trwało niecałe trzy sekundy. Głuchy dźwięk i piłka odbiła się od obręczy. Zespół przeciwnika krzyknął z radością i zaczął się ściskać. Wiele osób klaskało. Większość jednak zogniskowała spojrzenia na młodego chłopaka, który ukląkł na betonie i oparł się o niego rękoma. Głową zwiesił smutno. Oddychał ciężko, był niezwykle zmęczony.

 

Podeszła do niego matka i uklękła obok niego i uniosła jego głowę.

 

W jego oczach ujrzała łzy. Rozumiała jego sytuację. Zwycięstwo w tym turnieju było jego największym marzeniem. Tyle przeciwności już pokonał w ciągu ostatnich lat, wszystko zaś, co robił miało mieć szczęśliwy finał w tym miejscu. Miał zdobyć medal, o którym marzył. Zastanawiała się, co mu powiedzieć, jak pocieszyć, lecz wtedy dojrzała w jego oczach coś innego, niż myślała.

 

To nie były łzy rozpaczy, łzy smutku.

 

To były łzy radości.

 

Chłopak uśmiechnął się lekko i wstał. Jego koledzy z drużyny podeszli i zaczęli go pocieszać, lecz on śmiał się i zaczął pocieszać ich. Był szczęśliwy. Przegrał, ale odniósł zwycięstwo. Nie wygrał pierwszego miejsca, nie był kimś, kto pasowałby do amerykańskiego snu, „od zera do bohatera”, lecz był zwycięzcą. I jego zwycięstwo było największym, jakie człowiek może odnieść, jak tłumaczył później w domu swojej rodzinie.

 

Odniósł zwycięstwo nad własnymi słabościami.

 

Tym chłopcem byłem ja. Jestem nim nadal. Wspomnienie tamtych wydarzeń jest w mojej głowie niezwykle silne, jest moją dumą, powodem do radości. Udowodniłem wszystkim, że jestem kimś, a przede wszystkim udowodniłem to sobie. Osiągnąłem to za pomocą samozaparcia i zacięcia, za pomocą ambicji i woli walki.

 

I dlatego wierzę, że marzenia się spełniają. Że każdy z nas może osiągnąć to, co chce. Może nie dosłownie, może nie do końca, ale w końcu uświadomi sobie, że z perspektywy czasu osiągnął bardzo wiele. Bo spróbował. Wzniósł się ponad swoje słabości, swój strach.

 

 

Ja uświadomiłem sobie to zaraz po tamtym meczu.

 

 

 

                                                                                                            JaCeN

                                                                                                ballinboy@o2.pl

 

PS 1: Ten tekst pisany był prosto z serca. Pisałem go jednym ciągiem, zacząłem i skończyłem. Niczego w nim nie poprawiałem. Nie wiem czy w przejdzie, ale mam nadzieję, że tak i właśnie go przeczytaliście. Może przekona was, że naprawdę warto próbować.