|
Ortografia to mandarynka [Z nonsensu prosto w *mrrrrrok*] A tak. Ortografia to mandarynka[1]. Cóż ma ortografia do mandarynki, spytasz pewnie, Czytelniku. I masz w sumie, rację. Otóż, z pewnością, nic ich nie łączy. Ale, dlaczegóż by nie miało? Zdrowy rozsądek mówi, rzecz jasna: to absurd. Ale nie o to chodzi. Pytam się, czemu nie? Każdy absurd da się przecież udowodnić, pozorną go otulić logiką, dopieścić mądrymi słowy, pięknymi słowy, poezją nawet - toż w wierszu można więcej - ten absurd okaże się głębią, bezsensowne na pozór połączenie - ortografia i mandarynka - zda się polonistom środkiem stylistycznym, czekaj, zinterpretują zaraz. A jeśli nie wiadomo o co chodzi, chodzi o miłość do ojczyzny - o, czekaj, do języka ojczystego na przykład, ortografii dokładniej. Być może autorka mandarynki lubi? A może ma na myśli Ukrainę? Toć mandarynka też jest pomarańczowa! Nonsens. Najprawdopodobniej chodzi o to, że nastolatka jakaś, bo któż inny mógłby to zrobić, jako osobniczka zagubiona w myślach swoich, która na wskutek hormonalnych burz i lęków rozmaitych postanowiła, powodowana odpływem dobrego humoru, udowodnić sobie i światu, że jest ponad, z tą swoją mandarynką, wątpliwą tajemnicą w kolorze rewolucji. I tak każe Ci zastanawiać się, cóż jedno ma do drugiego, dlaczegóż w jej mniemaniu ortografia ma cokolwiek do mandarynki. Najpewniej nie osiągnęła jednak celu. I zostanie, nieco ponad, kpiący uśmiech, trochę lżejsza, trochę mądrzejsza, powietrzem pijana - poczeka sobie na wysokościach, aż ktoś ja na Ziemię ściągnie. Tylko, u diabła, ostrożnie. Są ich setki, są ich tysiące, wściekłe, że nikt nie widzi, wściekłe że nikt nie słucha. Trzeba więc wizerunku, trzeba czegoś wielkiego, trzeba zwrócić na siebie uwagę. Bawią się więc słowami, i choć różne są efekty, są - odziane w mrok, czerń i smutki, skutecznie dołując się dzień po dniu, by nie opuścił ich odpowiedni klimat do pisania, złe, zbuntowane dziewczyny, upadłe anielice od siedmiu boleści, poetki, piewczynie nocy. Toż wilki wyją do księżyca, mroczne odpowiednio, blada twarz na nocnym niebie uśmiecha się szyderczo białym sierpem, wilki? Czemu więc nie - usłyszą, zobaczą. Dzień po dniu, układają ciemną draperię, ustawiają dekoracje, obwieszają ściany tysiącem małych smutków, zakładają maski i kostiumy, stwory niemalże już eteralne, zjawy - monstra, kalekie dzieci papierowej matki nocy z twarzą wyciętą z gazety, chwytają za pióra. Ostrożnie, żeby nie popsuć dekoracji, choć cały czas ukryte w ciemności, ledwo tylko wyglądając zza maski, upewniają się, czy nikogo nie ma, czy nikt nie widzi. Chwilka absolutnej szczerości, jedyna prócz snu, bez udawania. Spacer nocą do lodówki, niegdysiejsza zjawa przeciera zaspane oczy, jakże ludzki gest, zalana miękkim żółtawym światłem żarówki, nie ma bladej skóry wampirzycy, nie ma połamanych skrzydeł, pióra nie rzucają cienia, rumieniec barwi blade lico. Popatrz, nie ruszaj się tylko, najczujniejsze z nocnych stworzeń usłyszy szelest i ucieknie, znów budować swój mur, klejony samokrytyką, kompleksami i na siłę przywoływanym smutkiem, cegiełka za cegiełką, chybotliwa konstrukcja pnie się wzwyż, jakoś trzeba ukryć pustkę, zamaskować zagubienie, gdzieś schować strach. Małe, zagubione dziewczę i jej ściany. Na tyle słabe, że byle uśmiech trzęsie ich posadami, wystarczy chwila zapomnienia, słońce nieśmiało wychylające się zza chmury. Cóż z tego, grawitacja jest przecież nieubłagana, ciągnie, ciągnie w dół, niżej i niżej, tam gdzie światło nie ma wstępu. Czuje się kimś w tym mroku tkanym własnymi dłońmi - gdyby miała na tyle sił, może i by się przyznała, że bez tego czuje się nikim, ot, jedna z setek tysięcy szarych dziewczyn, a tak - jedna z tysięcy połączonych wspólną pozą aktoreczek. Czarna pośród tylu szarych, szkolny korytarz, ulica, widzą. Naplują czy pochwalą - widzą, słyszą że jest, krzyczy, błaga, mówi, cokolwiek nie robią, widzą. One proszą o akceptację, trochę zrozumienia, tylko nie potrafią powiedzieć tego wprost, nie takie proste, wyjść z roli i być sobą - zresztą, kim możesz być, kiedy tak długo miast ciebie była tajemnica? I choć nie chcą niczego więcej, - wciąż proszą o zbyt wiele. I choć nie ma to już żadnego znaczenia, jakkolwiek dziwnie to pytanie teraz zabrzmi, a zabrzmieć musi dziwnie: Powiedz mi szczerze, czy masz, Czytelniku, jakikolwiek pomysł, co ma ortografia do mandarynki? [1] napis na murze
Sorbony, okolice roku 1968, autor anonimowy - kto wie, jaki sens widział
piszący, kto wie, czy to nie była jakaś gra słów niedostrzeżona przez
tłumacza? A sam cytat... Skąd? Cortazar.
29.09.2005; 22:02 |