O jogurtach i nie tylko



Chciałem Wam napisać tekst. Taki porządny, z kolorowym tełkiem i jakąś fajną czcionką. Co byście powiedzieli na wywód o aborcji albo eutanazji? Może o tym, jak wczoraj poślizgnąłem się na skórce od banana i spadłem ze schodów? Tylko że mi się nic takiego nie przytrafiło. Owszem, mogło, ale – niestety. Zastanawiam się teraz, co byście woleli: porywające dzieło literackie o stłuczonym kolanie, które tak naprawdę stłuczone nie jest, czy może najnormalniejszą w świecie historyjkę poglądowo-moralizatorską? Co? Aha, już wcisnęliście „wstecz”. Trudno.

 

Nie jest łatwo. Praca praca praca. Studia studia studia. Szkoła szkoła szkoła. Książki. Fil… S… zabrakło czasu. I tak powinniście się cieszyć, że przynajmniej tę chwilkę wykroiłem i włączyłem paskudny, komercyjny program. Mam ową chwilkę, gdyż właśnie zakończyłem czterdziestopięciominutowe próby dodzwonienia się do Marty. Właśnie uaktywniłem sobie pewną usługę telekomunikacyjną, tzw. „szczęśliwe godziny”. Ogólnie chodzi w niej o to, że w piątek i sobotę przez godzinę można rozmawiać za darmo. Schody zaczynają się, gdy próbujemy taką rozmowę nawiązać – w praktyce tylko garstka szczęśliwców może się nagadać do woli, reszta będzie raczona komunikatami o zajętej sieci. Ja w końcu też miałem trochę szczęścia. Ale tylko trochę. Pół godziny nerwów i w końcu jest.

 

A Marta? Niby jej napisałem, że zadzwonię. Niby jutro tego nie zrobię, bo jej nie będzie. Pozostawało więc tylko „dzisiaj”. Tylko że dzisiaj też był chyba zły termin. Ne bardzo lubię, kiedy jakieś wieśniaki stoją obok i się wtrącają. Chamstwo w państwie a bezrobocie rośnie. Pracy by poszukali, a nie stali i wcinali głupie teksty. Kiedyś jeden nawet wyrwał jej słuchawkę i zaczął mi coś krzyczeć prosto do ucha. Zabiłbym skurwysyna.

 

Teraz jestem na maksa wkurzony i chyba mam prawo, nie? W końcu odebrali mi jedyną miłą chwilę tego weekendu. Na szczęście jeszcze nie tego „długiego”. Może następnym razem będzie lepiej? Może mój nowy operator zbankrutuje i będę mógł wrócić do starego, tamten przynajmniej nie robił mi nigdy nadziei na darmowe rozmowy. Tyle że tamten to już nie „Tamten” tylko „Pomarańcz”. Czy jakoś tak. Nie wiem, filologia angielska jeszcze przede mną. W którymś kolejnym życiu.

 

A ja już przecież dzisiaj miałem całkiem sporo czasu w miłym towarzystwie. Wprawdzie towarzystwo to dużo chętniej przyjmuje słowa od dużo piękniejszych ode mnie humanoidów, ale przynajmniej mnie nie olewa i daje się lubić. Bo to też trzeba umieć. Wcześniej istniały dla mnie tylko dwa uczucia – miłość i nienawiść. Teraz już wiem, jak bogata jest gama tych „pośrodku”. Zwątpienie, gniew, rozżalenie – prawda, że jest z czego wybierać?

 

Na początku akapitu użyłem czasu przeszłego – i słusznie. Bo człowiekowi nigdy dosyć, on zawsze będzie dążył, by przyjemność trwała i trwała. Bo co zyskujemy przez czytanie książek czy obcowanie z innymi ludźmi? Przyjemność, ale tylko chwilową. By zachować ciągłość trzeba się albo zaręczyć (w żadnym wypadku ożenić!) albo wykupić kilka księgarni, ewentualnie jakąś niepaństwową (są takie?) bibliotekę. No, jest jeszcze trzecia opcja – zostać sławnym sportowcem. Trzeba tylko uważać na komunikację ([‘]? To takie banalne).

 

Nie tylko ja nie potrafię cieszyć się drobnostkami. To znaczy potrafię, ale tylko do momentu, w którym uświadomię sobie, że inni mają znacznie więcej. Ja kupiłem sobie właśnie nowe głośniki, inni wpakowali kasę w kino domowe. Ja wypożyczyłem film na DVD, reszta woli VHS-y. Kupować. Ja dostałem piekny uśmiech, inni dostali… a, nieważne.

 

Zmierzając już do końca. Trafiłem na promocję jogurtu znanej firmy. Dostałem czteropak – dwa jagodowe i dwa wiśniowe. Wczoraj zjadłem po jednym z obu smaków, delektując się najpierw wisienką, następnie narzekając na dużo gorszy smak jagód. Jako że to, co najlepsze, lubię zostawiać na koniec, dzisiaj odwróciłem kolejność. I wiecie, co się okazało? Jogurt jagodowy jest pyszny.

To wiśniowy jest niedobry.



Tuxedo

tuxedocomen@poczta.onet.pl