Małedziecimałyczłowiek.
Śmigałem wokół jedynej piaskownicy. Nie, to nie była piaskownica. Przecież nie miałby kto przywieźć piasku. A więc: śmigałem między dwiema huśtawkami. Właściwie to były trzy huśtawki, z tym, że jedna uszkodzona. Tylko nieliczni się decydowali. No więc (wiem, nie zaczynamy zdania. Ale kto zabroni writerowi?): byłem wolny. Każde uderzenie malutkiego bucika o podłoże było takie, hm, zwyczajne. Niczym nie wymuszone, przez nikogo nie krytykowane. Po prostu biegałem i czułem, że to jest to. Nastawiałem się na uzewnętrznienie swoich emocji, pokazanie całego siebie. W to, co robiłem, wkładałem całe serce. Że trywialne? Przynajmniej prawdziwe.
Teraz chodzę między blokami z nisko opuszczoną głową. Boję się tych, których kiedyś określałem mianem „młodzieży”. Teraz ową „młodzieżą” jestem ja. A oni? Jeden większy od drugiego, u każdego masa mięśniowa rozrośnięta do nieprzyzwoitości. Gdzieniegdzie błyśnie łańcuch, tam złoty zegarek. Kradziony. Większy prestiż.
A ja? Nadal jestem wolny i ekspresyjny, chociaż mało wyrazisty? Na pewno nie. Skakanie po kałużach, szybki sprint chodnikiem? Ludzie jedynie popukają się w czoło i na pewno nie powiedzą „uroczy chłopak”. Większość pomyśli, że uciekam z łupem. Fantem, jak to teraz pozywają. A mi kłopoty niepotrzebne.
Rozlałem farbki. Najpierw jedną, tę ulubioną. Zieleń, jasna zieleń rozpływająca się po białym kartonie. A potem kolejno: czerwony, niebieski, żółty. Potrafiłem godzinami siedzieć i łączyć te kolory. No i miałem w ławce Anię. Ania też potrafiła. Zwykle byłem spokojny, nawet za spokojny. Ale nie wtedy, gdy zajęliśmy się czymś z Anią. Sześciolatek potrafi rozmawiać o wszystkim.
Sam nie wiem, gdzie zagubiłem tę zdolność komunikacji. Może gdzieś po drodze między dojrzewaniem i zdaniem sobie sprawy, że nie wszyscy są dobrzy. Wtedy, gdy odkryłem pojęcie „małżeństwa z rozsądku” albo kiedy dowiedziałem się, co alkohol robi z człowiekiem?
A Ania? Cóż, Ania okazałą się prawdziwą… no, na pewno nie przyjaciółką. Trudno przyszło mi teraz nawet napisanie jej imienia. Nie potrafię już o niej myśleć w kategoriach koleżanki z dzieciństwa. I też nie wiem, w którym momencie stała się wrogiem. Jedno jest pewne – dążyła do tego celu naprawdę uparcie.
Kupiłem deskorolkę. Wydałem wszystkie oszczędności i z perspektywy czasu było mi ogromnie głupio. Kolejna zbędna zabawka w sytuacji, gdy matka wolała kupić dziecku buty na zimę niż sobie nowe buty, bo stare już się niemal rozleciały.
To jedno zostało mi do dzisiaj. Poczucie winy towarzyszyć mi będzie już chyba zawsze. Wcześniej po prostu chciałem być taki, jak inni. I chociaż teraz z tego wyrosłem, to nadal… nie, chyba nie chcę o tym mówić. Na aż taki ekshibicjonizm mnie nie stać. Kim stałbym się wtedy w waszych oczach? Zaszufladkować na podstawie kilku zdań jest najłatwiej.
Zbierałem ulotki wyborcze. Powiesiłem na ścianie zdjęcie Lecha Wałęsy, które w tym czasie trafiło do wielu domów. Obserwowałem w telewizorze słupki procentowe prezentujące poparcie dla poszczególnych ugrupowań. Były kolorowe, to pamiętam.
Dziś mam na ścianie zdjęcia w zasadzie tylko jednego człowieka, który pozostanie dla mnie bohaterem. A Lech? Czy gdybym dysponował jego facjatą, znalazłaby się na honorowym miejscu? Czy bogatszy o zdobytą wiedzę potrafiłbym go docenić/skrytykować? Kiedyś był tylko sympatycznym panem z obrazka, teraz wiem, że byłym liderem Solidarności. A, prezydentem też był. Marnym dosyć. Oj, zacząłem oceniać. A miało być pytanie retoryczne. Cholera.
Miałem w sercu nadzieję. Czystą, nieposkromioną, nie przyćmioną życiowym pesymizmem, nie zbrukaną kłamstwem i nienawiścią, których tyle jest wokół. Miałem plany, ideały. Miałem wreszcie poczucie przynależności, tak ważne dla każdego człowiek. Miałem. Wczoraj – bo to było wczoraj – miałem jeszcze wiele innych rzeczy. Pomysły, oczekiwania, nastroje – to wszystko mogło lec w gruzach i chyba legło. W ich miejsce pojawiła się p e r s p e k t y w a . Kiedy spojrzałem przez jej pryzmat na to, kim byłem i co potem uczyniłem, odechciało mi się wszystkiego. Przecież zawsze tak się starałem, wybierałem najlepszą moim zdaniem drogę. Dlaczego więc dzisiaj jestem tylko sobą (a i to przecież nie zawsze), czemu nie potrafiłem ominąć oczywistych zagrożeń i czemu nikt mi nie powiedział, że dorastanie to taki cholernie trudny okres?
Gdzie przez te wszystkie lata byłem j a ?
Tuxedo