Acidland
(Przeze mnie, specjalnie dla mnie)
Bo ja wiem? Pytałaś mnie o to wielokrotnie. Tyle samo razy odpowiadałem ci tak, jak teraz. Śmieszne. Za kogo ty mnie właściwie uważasz? Za proroka jakiegoś? Nigdy nikomu nie czytałem w myślach. Nie potrafiłem. Może ty już miałaś w życiu taki etap. Bo ja głęboko wierzę, że to jest możliwe. Ale nie teraz. Nie ja. (?)
Bo ja wiem? Nie chciałem nigdy walczyć. Wiele razy brakowało bardzo, bardzo niewiele, a mimo to w ostatecznym rozrachunku to ja plułem sobie później w brodę i rzucałem pod nosem przekleństwa. Ty myślisz, że łatwo jest być drugim? Pewnie, że tak bezpieczniej i pewniej. Ale na pewno nie łatwiej. (.)
Bo ja wiem? Proces decyzyjny ma to do siebie, że czasem ulega niesamowitemu wprost skróceniu. Już nie ma zbierania informacji, rozważania poszczególnych okoliczności. Jesteś tylko ty. Ja. I częstokroć jeszcze wiele, wiele innych możliwości. Komuś się nie podoba? To ma pecha. (!)
Nic już nie wiem. Ilekroć powolutku zbliżałem się do, nazwijmy to, prawdy, to tyle samo razy tak naprawdę się od „niej” oddalałem. Że dziwną konstrukcją jest kobieta? To spróbujcie zrozumieć mężczyznę. (!)
Ktoś, kto mnie dobrze zna. Ktoś, komu nie zawaham się powiedzieć niczego. Ktoś, kto nie będzie „kimś” tylko nazwy. Całkowicie namacalny kawałek materii. Zwyczajnej, ludzkiej. Można sobie taki kawałek uroić. Można też ulepić. Z plasteliny, a jakże. Szkoda tylko, że modelinowe ludziki są raczej milczące. (…)
Ja teraz słucham sobie przykładnie piosenek o wielkiej miłości, wielkim nieszczęściu i wielkim zapomnieniu. W jednym. Myślę sobie, jaki to ja jestem nieszczęśliwy i jak cholernie jest mi smutno. Robię to siedząc przed komputerem. Jest sobota wieczór. Normalni ludzie na jakichś imprezach, ci mniej normalni w zakładach psychiatrycznych. Moje Wielkie Niespełnione Uczucie bawi się właśnie na czyimś weselu. W linii prostej – trzy kilometry. Chyba po raz pierwszy tak blisko. Dopóki sobie tego nie uświadomiłem, było mi o niebo lepiej. Cholera. (wszędzie dobrze gdzie nas nie ma)
Ktoś miał mniej szczęścia? Rzuciwszy sześcienną kostką masz niewielkie szanse na wyrzucenie z góry określonej liczby oczek. Co innego, gdy satysfakcjonuje cię każdy wynik. Ale to już się wtedy nazywa optymizm. Pamiętam jeszcze, co to właściwie jest? (to be or kurwa not to be)
Moment, ja chyba właśnie zacząłem… filozofować! Tfu, tfu, tfu! Pianino. Kamień. Półka. Cokolwiek. Byle przestać. Byle tylko przestać. (!!!)
Pustka totalna. Nie istnieje, podobnie zresztą jak idealna cisza. Bo na tym świecie idealność nie jest cechą rzeczy, miejsc, obrazów czy sytuacji. Piękny wazon może się stłuc, portret zachlapać, a w towarzystwie zawsze ktoś może puścić bąka. Ideały są w nas, są w nich, są w „onych” i „innych”. I jeszcze w „tamtych” są. (chyba za wcześnie dziś wstałem)
Uwertura spokojnej, wrześniowej nocy. Świeżo zakupione głośniki wydobywają dźwięki, o jakich wcześniej nawet nie miałem pojęcia. Robi się coraz później, a ja się cieszę jak głupi. Bo powoli przestałem reagować, dokazywać, myśleć. Cały myślotok zlepia się w jeden wielki coś-tam. Chyba o to mi właśnie chodziło, nie? Podzielić się maleńkim auto-szantażem i zaryzykować spojrzenia innych. A te, podobno, „mówią wszystko”. Czy po raz kolejny zakwitnie w nich tylko wyraz politowania?
Tuxedo