::: WISŁA
KRAKÓW W UEFA :::
Mam nadzieję, że wiele osób chętnie przeczyta tę relację, bo jak wiadomo Polacy
uwielbiają czytać o klęskach i jak autor pastwi się jeszcze, to jest pełna ekstaza. Ten tekst spełni
większość powyższych kryteriów.
Wisła odpadła z 3 rundy el. do Ligi Mistrzów dość pechowo. Koncertowo zagrany
pierwszy mecz w Krakowie dawał ogromne nadzieje, że jednak do raju trafimy. Rewanż do 60 minuty układał się równie fantastycznie. Potem jednak jak było - wiemy. Trudno. Nikt nie miał wielkich żali i pretensji, to i tak był najlepszy dwumecz polskiej drużyny w el. do LM od bodajże 10 lat. Była walka,
piękne akcje i gole w obu meczach.
To czego nie udało się zrobić w owych eliminacjach, miało zostać przeniesione na rok następny, w którym to Wisła
ma (miała) nadzieje być rozstawiona dzięki dobrej grze w Pucharze UEFA. Kibice również nie mogli się doczekać szybkiego dwumeczu z Vitorią i grupy, która zapewnia
cztery mecze z ogólnie silnymi i atrakcyjnymi rywalami.
Najpierw jednak trzeba było zagrać z Vitorią. W lidze same zwycięstwa, po PAO
świetne wspomnienia. Odszedł tylko Frankowski i Uche. Żal bo żal, ale za Uche spoko, zawsze
ktoś godny się znajdzie, a za Franka, cóż przyszedł Kryszałowicz, którego jednak nikt na poważnie nie traktował, ale jest Marek Penksa.
W Portugalii nastąpił chyba jeden z największych blamażów polskiej piłki, bo nie pamiętam większego. Porażka 1:2 w Tibilisi chyba była mniejszym upokorzeniem, bo była walka. Tym razem, nie było walki, nie było ambicji... ba, nie było strzału. Vitoria jako drużyna bardzo słaba, pewnie byłaby ?średniakiem w naszej 1 lidze. W rodzimej lepiej nie szło, bo gospodarze piastowali ostatnie miejsce. Jednak z
pomocą szczęścia i Wiślackiej drużyny zwyciężyli 3:0. Oddaliśmy im ten wynik bez
zająknięcia. Tego kibice naturalnie wybaczyć nie mogli. Bo kibice takiej drużyny jak Wisła
potrafią wybaczyć wszystko. W imię hasła "Na dobre i na złe". Wszystko - prócz braku
zaangażowania i ambicji.
Piłkarze Białej Gwiazdy po meczu w Warszawie z Polonią obejrzeli plecy kibiców w
Wiślackim sektorze i nic więcej. W czasie meczu mogli też usłyszeć "Mauuroo Mauro Cantoroo", ponieważ brać kibicowska uznała, że jedynym piłkarzem w Portugalii, który naprawdę chciał był
właśnie Argentyńczyk. Potem nastąpił mecz z wiceliderem Orange Ekstraklasy, Lechem Poznań. Pogrom 5:1 i fantastyczna wręcz gra rozpaliły nadzieje kibiców na tyle, że w czwartkowy wieczór stadion po raz pierwszy po dobudowaniu nowej trybuny wypełnił się (niemal...-deszcz;piniki;deszcz) po brzegi. Na oko 15 000 widzów.
Wisła od początku atakowała i była blisko zdobycia gola już w 3 minucie po
główce Kryszałowicza(?). Jednak zaraz potem nastąpiło nieszczęście i w 5 minucie boisko opuszcza Marek Penksa, zastępuje go niezgrany Paulista. Już wtedy nadzieje kibiców na odrobienie
trzy bramkowej straty lekko przygasły. Jednak po półgodzinie gry Wisła stworzyła może
dwie dogodne okazje. Wszyscy widzieli, że nie jest dobrze, jednak doping był
po prostu imponujący. Do przerwy godnym odnotowania był jeszcze rzut wolny marka Zieńczuka wykonywany z ostrego
kąta. Marek postanowił zaskoczyć goalkeepera gości i uderzył bezpośrednio
pod poprzeczkę, jednak ten sparował.
Po przerwie ustawienie wyglądało tak (idąc od obrony) 3-2-5(!). Jednak tylko po rozpoczęciu, zaraz potem wszystko wróciło do systemu 4-4-2. Wisła męczyła się niemiłosiernie, nie miała pomysłu na sforsowanie obrony Vitorii, biła
głową w mur. Widać było nie zgranie i brak takiego motoru napędowego. W 49 minucie wybucha na stadionie przy ul. Reymonta prawdziwa euforia.
Drugą żółtą i w konsekwencji czerwoną kartkę otrzymuje blondynek z numerem 10 i tak nadzieje
odzywają na nowo. Jednak minutę później mała konsternacja na trybunach - goście
ciągle grają w 11! Jak to się stało? Nikt nie wiedział. Wszyscy byli źli i rozczarowani. Jak mam być szczery to do tej pory nie wiem - słyszałem wersję, że sędzia dał kartonik nie temu komu trzeba i zmodyfikował swą decyzję.
Ok. 70 minuty już wiedzieliśmy, że z awansu nici. Cuda się zdarzają, ale nie było widać koncepcji na taki cud.
Chcieliśmy chociaż wygrać. Niestety, były legionista Marek Saganowski pokrzyżował nam i ten plan,
zdobywając ok. 10 minut przed końcem bramkę. Goście cieszyli się jakby zdobyli mistrzostwo
świata, bramkarz wyleciał na ławkę obściskiwać wszystkich po kolei, piłkarze
podrzucali się w powietrze, kibice gości latali po całej obszernej trybunie
(pojemność 1200, ich ok 100) fikając salta i oddając hołd piłkarzom. Co
najmniej jakby w pierwszym meczu było 0:0. Ale ok - nie się cieszą, w końcu to ich chwila, dla nas znowu nie ma pucharów, już
trzeci rok z rzędu odpadamy w rundzie niemal wstępnej (2003 - druga runda P.UEFA, 2004 - 1 runda, 2005 - 1 runda). Pełne rozczarowanie i żal. Nie
można jednak odmówić piłkarzom jednego - ambicji. Chcieli, ale nie wiedzieli jak. Niestety. Zatem tym razem ładnie
wszyscy podziękowaliśmy i cóż, powtarzamy to co co roku... ZOBACZYMY SIĘ ZA ROK W LIDZE MISTRZÓW !!!!!!
Z ukłonami
:: spoxgreq
::
|