::: 7
KOLEJKA PREMIER LEAGUE :::
Witam serdecznie wszystkich w podsumowaniu 8 kolejki angielskiej Premier League
Pierwszy mecz, który idzie pod młotek to konfrontacja Portsmouth - Newcastle. O tym meczu zostało powiedziane całkiem dużo, dawałem pewny typ x2 (i sam go grałem, ale Wisła... no) po kursie 1,41, ale czysty kurs na Sroki kusił i skusił wielu. Dawałem remisowi i 2 po 50%, za remisem przemawiała statystyka (ostatnie 3 na 4 mecze pomiędzy ww. kończyły się remisami) , a za 2
świetna forma Newcastle w ostatnich grach i niezachwycająca kadra Pompey w tym sezonie. A jak wyglądał sam mecz? Tak jak statystyka mówiła. Remisowo. Trochę
strzałów z obu stron, jednak jak na najszybsza ligę świata - było ich mało. Ogólnie mecz rozczarował i remis
0:0 jest chyba najsprawiedliwszym wyjściem.
A teraz mecz kolejki, albo wizytówka Premier League jak kto woli. Ryzykownie typowaliśmy
tu podpierając się statystyką 1x dla Fulham w meczu z Manchesterem Utd. Mecz obfitował w piękne, składne akcje i strzały. Już w 2 minucie gospodarze objęli prowadzenie za
sprawą technicznego strzału Collinsa Johna. Ale Manchester na nasze i Wieśniaków
nieszczęście miał w swym składzie Park Ji Sunga, który wreszcie zagrał od
pierwszej minuty. W 16 minucie był on faulowany i z 11 metrów karnego na bramkę zamienił Ruuuud. Fulham rozpoczęło grę zaraz
tracąc piłkę na rzecz Parka, który podał do Wayne'a Rooneya a ten umieścił
piłke w siatce. 1:2! To nie tak miało być, ale Park Ji Sung był wciąż na boisku. W 27 minucie Claus Jensen
dośrodkowuje, z piłką mijają się wszyscy, nawet...van der Saar. 2:2 na Craven Cottage!!! Wydawało się, że taki stan meczu utrzyma się do przerwy, gdy nagle..
Tak, na boisku wciąż znajduje się Park Ji Sung - wykłada on piłkę Van Niesterlooyowi, a ten z bliska pakuje ją do siatki.
2:3! W drugiej połowie Fulham miało sporo sytuacji by wyrównać, ale i Czerwone Diabły miały swoje szanse. Mecz zakończył się tak jak pierwsza połowa, a Fulham już tradycyjnie u siebie pokazało kawał dobrej piłki.
Śmiem twierdzić, ze gdyby nie cud z Korei, Man U wracałoby do Manchesteru w okrojonej zdobyczy punktowej.
West Bromwich gra słabo. Gra jak w tamtym sezonie. Po nadspodziewanie pozytywnym
początku wróciło do standardowej klepy. Tym razem wybrali się do Blackburn, gdzie głownie remisowali i to 1:1. W
ogóle te dwie drużyny lubią remisować i to skłaniało mnie do ostrzegania przed hurraoptymizmem. 1x to był pewny typ, ale za 1,13. Cóż, do 80 minuty głownie za
sprawą dobrze broniącego Chrisa Kirklanda wynik brzmiał 0:0, aż po dośrodkowaniu
niezawodnego Pedersena reprezentant Finlandii i zarazem bohater meczu Shefki Kuqi zdobywa gola na 1:0. Ten sam pan wykańcza akcję 2 minuty przed końcem i tym oto sposobem
klątwa remisów przełamana, Blackburn zwycięża 2:0, z ulgą oddychają Ci, którzy powierzyli im swoje
oszczędności. To już drugie zwycięstwo z rzędu ekipy z angielską różą w herbie.
A teraz mecz, który wywoływał sporo kontrowersji. Mecz kolejki (z zapowiedzi) pomiędzy Charltonem i Tottenhamem. Kilka osób grało 1, mnie się wydawało, ze Charlton trochę przystopuje wkrótce i może nie w 100%, ale jednak wyszło na moje. W pisaniu tej relacji pomógł mi Ralf, który był wysłannikiem na tym meczu (;)).
Początkowo gospodarzy zaskoczyć próbował Tottenham, jednak bezskutecznie. Charlton gra prosty futbol, oparty na prostopadłych piłkach do
wschodzącej gwiazdy angielskiej piłki - Darrena Benta. Dwa z tych podań znalazły drogę do bramki
strzeżonej przez Paula Robinsona i v-ce lider prowadził na The Valley 2:0! Późniejsze
opady deszczu trochę przystopowały gospodarzy w stosowaniu tej taktyki, a Spurs byli zdeterminowani do walki. Gol kontaktowy padł po troszkę dziwnym strzale Ledleya Kinga 3 minuty
później i od tego czasu Tottenham zwietrzył szansę. W 64 minucie Ahmed Mido dostaje
dobrą piłkę od Tainio i remis w derbach Londynu! Charlton po tym golu przejął
inicjatywę, nie chciał pozwolić by jakiekolwiek punkty wymknęły im się z
rąk. Jednak nie starczyło już sił, po asyście Defoe Robbie Keane umieszcza piłkę w siatce i mimo
rozpaczliwego zrywu gospodarzy, wynik pozostaje bez zmian. Brawa dla gości za walkę i determinację. Charlton - Tottenham
2:3.
Ten mecz to był typowy NO BET. Nie widziałem kogoś, kto by to grał. W meczu dwóch beniaminków, z których pierwszy niedawno się przełamał, a drugi jest
rewelacją rozgrywek (do tej pory zajmuje 5 miejsce) mogło się zdarzyć wszystko. Mecz nie obfitował w ogromną liczbę
strzałów na bramkę, ale gole padły. Sunderland zapunktował już do szatni w 45minucie po golu Tommiego Millera i to on raczej kontrolował grę w
drugiej części meczu. West Ham nie poddał się jednak i w 72 minucie za sprawą
Yossiego Benayoun'a doprowadził do wyrównania. Nic się już nie zmieniło do końca i wynik
1:1 jest chyba sprawiedliwy.
Mecz Manchesteru City z Evertonem był z pewnością jednym z ciekawszych, a przynajmniej na taki się zapowiadał. Wydaje się, że przy obecnej formie
gości typ 1 jest tu oczywisty, mnie jednak kłuło pod bokiem, że Everton
jakimś cudem może punkt wyszarpać i poleciłem grać poniżej 2,5 gola. Jak się
później okazało oba te typy (po takim samym kursie zresztą) były trafne. Jakkolwiek Everton
mógł spokojnie zdobyć trzy gole w tym meczu i sam nie wiem jak to się nie stało. Fatalne błędy obrony City - najpierw bramkarz James podaje piłkę Marcusowi Bentowi z Evertonu, ten jednak zaskoczony
sytuacją nie wykorzystuje jej. 20 minut przed końcem błąd Dannego Millsa dał Kilbane'owi 100% sytuację, jednak wybronił James, a w samej końcówce meczu przy stanie 1:0 dla City, piłka po strzale Weira z Evertonu już zmierzała do bramki, ale w ostatniej chwili wybił ją Sylvian Distin. Jak więc widać, wynik mógł być różny, ale mówi się, ze
szczęście sprzyja lepszym. City mieli klarowniejsze sytuacje do zdobycia bramek, ale
pierwszą zdobyli w 72 minucie za sprawą Dannego Millsa - strzał z 27 metrów i Martyn kapituluje. Po wyżej wymienionych perypetiach Evertonu,
gości dobija w doliczonym czasie Darius Vassel. 2:0 ale inaczej zawiałby przysłowiowy zefirek i wynik mógłby być odwrotny. Gratulujemy Citizens zwycięstwa.
A tu już kolejna rewelacja, czyli Wigan. Niewielu było ?śmiałków, którzy wskazywali na nich przed meczem z Boltonem, a jednak. Wigan dynamicznie rozpoczyna swoje mecze, tak było i tym razem, szybkie
dwa ataki i strzał, jednak bez rezultatu. Potem postrzelał troszkę Bolton, aczkolwiek bez fajerwerków i do szatni obie ekipy schodziły przy bezbramkowym remisie.
Drugą połowę, podobnie jak pierwszą rozpoczęli gospodarze od szturmu na bramkę Kłusaków i w 48 minucie Henri Camara pakuje piłkę do siatki. To nie koniec popisów Latics, kwadrans
później było już 2:0. Tym razem Camara zagrywa do McCullocha, a ten z woleja pakuje piłke do siatki.
Coś niebywałego. Warto jednak nadmienić, że w owym kwadransie Wigan cudem uratowało się od straty bramki - taka jest piłka. Bolton jednak nie strzelił, a Wigan zaraz prowadziło 2:0. Ale to nie koniec, po pięciu minutach
goście zdobywają bramkę kontaktową za sprawą Jaidiego. Ale Wigan nie chciało oddać inicjatywy i mogli zaraz prowadzić
już 4 do 1, ale najpierw z paru metrów spudłował Jason Roberts, a potem sędzia nie uznał gola zdobytego przez Camarę. Los bywa przewrotny i Bolton mógł wyrównać w samej końcówce, lecz wynik pozostał bez zmian. Wigan - Bolton
2:1.
Teraz spotkanie do którego chyba zbyt luźno podchodziła większość osób stawiających
je. Teraz napisze już na przyszłość: Birmingham to w poprzednim sezonie był zespół, który okradał bogatych z punktów bez żadnych kompleksów, przykładowo - Birmingham - Man Utd 0:0, Liverpool - Birmingham 0:1, Birmingham - Newcastle 2:2, Birmingham - Liverpool 2:0, Birmingham - Tottenham 1:1, Chelsea - Birmingham 1:1, Birmingham - Arsenal 2:1.....i tak dalej! Przegrali może ze
trzy mecze z siłaczami. Sezon wcześniej na Highbury zremisowali 0:0. Wiele osób
zajmujących się Liga Angielską było zdania, że za 1,3 nawet nie ma sensu zbierać się za ten mecz. I w gruncie rzeczy nie
mieliśmy racji, bo Arsenal wygrał, ale tak naprawdę to remis wisiał tu na włosku i pewnie niezłych
palpitacji dostawali Ci, którzy mieli te jedyneczkę na kuponie. Jakkolwiek, na
początku po ataku z każdej strony, później wydawałoby się kluczowy moment -
wychodzącego na czystą pozycję Ljungberga zatrzymuje Cunningham i wylatuje z boiska już w 24 minucie.
W jaskini lwa na polach Highbury, szare, przeciętne Birmingham odpiera wielką
potęgę wojsk kanonierskich, co prawda bez generała Henriego, ale za to z pułkownikiem Reyesem, hetmanem Ljungbergiem i snajperem Van Persim
dowodzącymi szeregami walecznych wojaków[/i] . To tak by wyobraźnię pobudzić ;) Tak naprawdę bohaterem meczu był goalkeeperm The Blues Maik Taylor, który
wyciągał niesamowite piłki. W 81 minucie po strzale van Persiego piłka odbija
się od Stephena Clemence'a i zaskakuje Taylora. Tak szczęśliwie pada, jedyny upragniony gol dla Arsenalu w tym meczu.
1:0
Boro gra strasznie nierówna piłkę. Ciężko się dziwić temu, że mało kto odważy się ich grać. Najpierw zdemolowali Arsenal 2:1, potem nienajgorszy, ale jednak remis z Wigan na
wyjeździe, a następnie klęska na Riversiade z Sunderlandem, który zdobył pierwsze 3 punkty w lidze
wygrywając 0:2. Oczywistym było, ze złość piłkarzy Boro będzie wielka i chęć
zemsty a każdym co się nawinie też. Padło na Villę. Na Villa Park widzowie obserwowali aż 5 bramek, w tym o
jedną więcej zdobyli goście. Tych na prowadzenie wyprowadził (:)) nabytek z Portsmouth Yakubu, ale Villa potrafiła w 50 minucie
odpowiedzieć bramką Moore'a. Goście nie poddawali się jednak i w 64 minucie George Boateng wyprowadza Middlesbrough na prowadzenie 1:2.
Lepszą grę gości w tym meczu przypieczętowuje Yakubu po golu z rzutu karnego w 88 minucie. Humory poprawił jeszcze kibicom The Villans Steven Davis w 90 minucie.
Zmniejszył on rozmiary porażki do 2:3. Swoją drogą ten wynik padł w 8 kolejce Premier League aż trzykrotnie.
I HIT. Kilka dni temu te zespoły spotkały się ze sobą w fazie grupowej Ligi Mistrzów
i tam padł niemal tradycyjny bezbramkowy remis. Ja osobiście nie pamiętam, by w meczach tych drużyn padło więcej niż 2,5 gola. Finał Carling Cup -
1:1 (po 90 minutach) , pierwszy półfinał LM 0:0, drugi 1:0, w lidze 0:1 i 1:0 , oba dla Chelsea. Graj tu
coś człowieku i bądź mądry. Przystałem do pędu owiec i również proklamowałem under 2,5 gola. Jednak w
podświadomości czaiło się coś zwane przez mnie [i]schematem kielecko-poznańskim[/i] (wszystkie prawa zastrzeżone:)), czyli meczem, który radykalnie i diametralnie przełamuje wszelkie konwenanse, tudzież statystyki.
Skąd taka nazwa? Ano fani Orange (;) ) Ekstraklasy chyba dobrze pamiętają, jaka była
średnia goli Korony i Lecha na mecz. Aaa tak koło 5 z hakiem. Kiedy doszło do starcia obu tych drużyn mówiło się o wynikach
dwucyfrowych (oczywiście raczej w konwencji żartu, ale przekaz był oczywisty - kanonada gwarantowana). Media mówiły, że jedynym pewnym rezultatem w tym meczu jest tylko duża liczba zdobytych goli. Tymczasem wynik na przekór wszystkim brzmiał...oczywiście 0:0.
Tak też było i tego niedzielnego popołudnia na Anfield Road. Padło, aż 5 bramek i mistrz zdemolował Liverpool
1 :4. Nie ma co się zbytnio rozwodzić, przepaść między Chelsea a resztą
jest ogromna, grube miliony wydane przez Romana musza się przekładać na wyniki, dodatkowo przy takim geniuszu jakim jest Murinho. Spotkałem
się przed tym meczem z taką wizją "Liverpool w lidze nie ma nic do stracenia, musi gonić czołówkę, musi zaatakować, a to
świetna okazja by Chelsea ich pokontrowała zgodnie ze swoim duchem gry ;) ". Brawa dla autora tej wizji, sprawdziła się niemal w
zupełności.
:: spoxgreq
::
|