:: OLDSKUL I INNE RÓWNIE DZIWNE SŁOWA...
Witam na moim kolejnym wykładzie polegającym na byciu jak najbardziej rutynowym... Zero oryginalności!<dziki okrzyk> u je, u je. ujejejeje! :)</dziki okrzyk> Rutynowym - to chyba jasne, dlaczego. Ostatnio w Polsce szerzy się dziwne zjawisko zwane "OldSkul", i choć 3\4 populacji nie wie jak pisze się to słowo, to trzeba przyznać, że stało się naprawdę modne. Ale może opowiem, jakim cudem i sposobem udało mi się dojść do sedna tego tekstu, i tu informacja: jeśli jesteś jedną z niewielu (jedyną?) osób, które to czytają; powinieneś\aś się całkowicie uodpornić na wszelaki bezsens wylewający się z monitora, towarzyszący czytaniu tego tekstu! Choć liczę na to, że wszyscy czytelnicy LC są uodpornieni na ową głupotę, już po przeczytaniu pierwszej Lodówy...:P (sam nie zrozumiałem żartu zawartego w tej części tekstu, więc nie martwcie się! Nie jesteście (jesteś?) sami!) Ale przejdźmy może do mojej wersji wydarzeń...:

Był piękny, zaje%#@ sierpniowy poranek, kiedy ku....eh...znowu pomyliłem teksty... A więc tak: Był piękny, choć późny już, wrześniowy wieczór, kiedy siedziałem sobie w domowym zaciszu i delektowałem się właśnie niedawno zassanym w szkole BrainWave Generatorem. Kiedy już skończyłem wyszedłem posiedzieć chwilę na balkonie, ale że była taka fajna zimna i brzydka pogoda (jak ja to lubię:)) postanowiłem pierwszy raz o tak wczesnej porze napisać tekst, a dokładniej ściep do LC!

No dobra, obiecałem sobie, że będzie to ściep, więc zacząłem myśleć...o czym do cholery napisać?! Żaden ze mnie gejzer pomysłów, nawet nie wiem gdzie leży Szkocja, albo jak smakuje bakłażan w sosie z makreli! A na dodatek nie wiem też, co to wszystko ma ze sobą wspólnego! Cóż...ze zrezygnowaniem stwierdziłem, że ściepa nie napiszę, po czym zacząłem przeglądać strefę 51, a co? :P Jako, że był to jakiś stary numer, to znalazłem tam co nieco o BWGenie, oraz wyczytałem, że ten oto program posiada nawet funkcję zwiększania kreatywności...która zresztą całkiem by mi się przydała...Dobra, wrzucam na płytę mp3'ki tych dzikich dźwięków i kocich ruchów, oraz trochę innych pierdół, znajduję słuchawki (o tym możliwe, że będzie w GR), podkręciłem je co-nie-co, podłączyłem wszystko pod magnetofon, odpaliłem "kreatywność", ale najpierw autohipnozę, żeby nie było, i wiecie co? O 22 wstałem, poszedłem do kuchni, spojrzałem przez okno i zobaczyłem trójkę dzieciaków bawiących się w "kręci mi się w głowie!". Jeden z nich wylądował na masce poloneza, po czym wstał, szedł, podniósł patyk, szedł, zakończył drogę przepięknym uderzeniem głową o kontener na śmieci :)))

...I tak powstało światło! I tak wymyśliłem pomysł na ściepa!...

Pomysłem był, jak wam już wiadomo - Oldsql, OldSchool, StaroSzkół, czy jak kto tam jeszcze woli...A mianowicie chodzi mi o zabawy i eskapady przeprowadzane na podwórku, za czasów mojego wczesnego, pięknego, cudownego, wspaniałego młodu*. A że jest to Lodówa Center, to nawiązanie do żarcia też być musi!

1. Tynk też może być jadalny:)
Taaaa...tynk to jedna ze smaczniejszych rzeczy jakie jadłem, ale żeby nie było - nie jadłem w życiu tylko i wyłącznie tynku:P Miałem wtedy ze 5-6 lat i każdego wieczora siadałem z kumplem na łóżku, przy ścianie, w której znajdowała się wywiercona omyłkowo wiertarką dziura. Cóż, nie wyglądała już może jakby była wywiercona, bo z jakichś 2 cm. zrobiła się 6-7cm. A wszystko to za sprawą "żarcia ściany". Owa ściana miała to "coś", że była aż tak smaczna, jak nigdzie indziej! Z czasem, kiedy wiedzieliśmy już o takich wynalazkach jak: ketchup, sól, majonez, czy cukier; zaczęliśmy używać ich przy spożywaniu ściany. Choć i tak najlepsza była czysta, nieskażona żadnym dodatkowym bajerem. Bo trzeba ci wiedzieć, że jedzenie jej z takim np: ketchupem, to był wielki szpan, i zaraz całe podwórko słyszało jaki to ja dzielny nie byłem:)) Tynk postaram się poddać recenzji, jak tylko zechce mi się ruszyć d$$ę...

2. Ślimak - tylko dla wyjątkowych macho!
Ślimak był jedną z tych rzeczy, których nigdy nie zapomnę, jeśli chodzi o stare podwórko... To było piękne, cała ta akcja, kiedy kumpel jadł podgrzanego zapałką, martwego, ale prawie surowego ślimaka. Bo sam odważyłbym się, ale dopiero za jakąś kasę, czy 'coś':P, zresztą jak każdy inny... Ale przejdźmy do tego pięknego widoku - koleś zdejmuje resztki skorupki zmiażdżonego, bo zrzuconego z 4 piętra (takie tam hobby...:)) ślimaka, po czym wkłada go do ust, miażdży zębami, a ze ślimaka wypływa....dobra, wiem że za wrażliwi jesteście na takie (gupie, zresztą) rzeczy :))) Powiem tyle, że po tym jak tylko go spróbował; wypluł go i uciekł do domu...(?)

3. Zupka z chwastów...
To żarcie pamiętam doskonale, bo pamiętam, że urządziliśmy sobie zawody między sobą (ja i 2 kumpli z podwórka): kto zje całą, lub więcej - Zwycięża, i będzie miał supermoce itd...znacie to chyba...? Najpierw trzeba było przyrządzić takową zupę, co było bardzo ryzykowne! Nie można nam było wychodzić poza obszar widzenia z okien, bo zaraz nam się od mam dostawało**. Więc, jak widać - trzeba było działać szybko i niezauważalnie! Jeden z nas zostawał na straży, a dwójka pozostałych zakradała się na pobliski skwerek, lub o zgrozo park! - Co było już prawie szczytem naszych możliwości. Jeśli mieliśmy iść do parku, trzeba było nam odpowiedniego wyposażenia - szliśmy do komórek, co zresztą było naprawdę wielkim osiągnięciem. A iść do końca korytarza w komórce było mistrzostwem, którego nikt nie śmiał pobić - oczywiście mojego rekordu :P W komórce znajdywaliśmy różne rury, stępione piły, sznurki, łańcuchy, i wiele innych niepotrzebnych rzeczy, które wykorzystywaliśmy w eskapadzie do parku, gdzie trzeba było wziąść ileśtam liści z jakiegoś wysokiego drzewa, czy coś w podobnych klimatach...

Raz nawet, kiedy nikt nie mógł dosięgnąć odpowiedniego owocu, 'pożyczyliśmy' miotłę sąsiadki, która stała przed drzwiami (ta miotła, nie sąsiadka...). Wyobraźcie sobie jak to wyglądało - ulicą idzie dwóch brudnych, małych chłopaczynów z miotłą i tępą piłą w ręku...:)))) Kiedy zupa była gotowa poszliśmy do kumpla, kiedy nikogo nie było i podgrzaliśmy ją na patelni, po czym rozdaliśmy równe części do miseczek i zaczęliśmy konsumpcję! Jak się okazało - wszyscy zjedliśmy wszystko! Skończyło się oczywiście częstymi wizytami w świętym miejscu, zwanym potocznie WC. Ale to nie koniec! Zrobiliśmy dogrywkę, wszystko zdobyliśmy, z tym że teraz były tam jeszcze bardziej paskudne rzeczy. Schowaliśmy to za drzwiami jednej z klatek schodowych (oficyn:P), ale nie wiedzieliśmy, że przebiegła pani sprzątająca zauważy i zabierze nam nasz dorobek. Bo jak się okazało na drugi dzień - żarcia tam już nie było!

4. Cegła =D
Jak widać cegła raczej do żarcia się nie zalicza, ani też cegły tak często nie jedliśmy -ot, taka tam alternatywa do jedzenia ściany:) Cegłę dodałem jako mały bonus, bo muszę wam o tym opowiedzieć :)))

Wraz z kumplem wymyśliliśmy zabawę w obrzucanie siebie małymi odłamkami cegły, a jeśli będzie trzeba - cegłę rozbić na mniejsze kawałki, i już można atakować! Walka przebiegała uczciwie i była bardzo przyjemna...do czasu. Kiedy oto pan kolega nie miał już małych kawałków pod ręką, oczywiście spróbował ją rozbić o ścianę, ale i to nic nie pomagało, więc co się będzie chłopaczyna trudził - złapał całą cegłę, rzucił w moim kierunku, a ja kolejną scenę jaką pamiętam to -dom, 1 godzinę później. Okazało się, że jest różnica pomiędzy dostaniem kamyczkiem w łeb, a dostaniem całą cegłą w ww. miejsce. Bolało.

(I widzicie? zagadka się rozwiązała! już wiadomo dlaczego nie sprawiam wrażenia zdrowego na umyśle...:)) PS. Jackass & CKY Rulz!
PSS. Nał pleje: The Nomand - IM :P

* -Niepotrzebne skreślić. Ej, mówiłem chyba, że "NIEPOTRZEBNE", a nie całą prawdę, i tylko prawdę! :P
** - Eh...pamiętam jak poszliśmy na rynek nieopodal, a dokładniej poszliśmy na postój taksówek, obok rynku, żeby wyżulić jakiej nalepki różnych firm, lub chociaż słynną naklejkę na szybę "PL". Jak wróciliśmy z łowów, dostało nam się tak, że nie mogliśmy wychodzić tydzień z domu! A za tych czasów w domu był tylko pegasus (SNES) i telewizor. Więc duża to była męka, i to w wakacje!
© COPYRIGHT BY LODÓWA CENTER. ALL RIGHTS RESERVED.